„Pewnego razu… w Hollywood” to powrót Tarantino do formy z lat 90. Reżyser pręży muskuły: jest panem świata, do którego nas zaprasza, może więc robić, co mu się żywnie podoba.

Powiedzmy od razu: Quentin Tarantino nakręcił film czuły, rozleniwiający i piękny – a także, oczywiście, bardzo długi. Lecz kiedy skończyła się ostatnia scena, miałem ochotę pomieszkać jeszcze chwilę w wyobrażonej Kalifornii, poobserwować Leonardo DiCaprio i Brada Pitta przez kolejne pół godziny, wybrać się na jeszcze jedną nieśpieszną przejażdżkę po okolicy. Był już jednak środek nocy, wypadało się zbierać – mimo że żaden z bohaterów nie kładł się do snu – i zostawić rok 1969 za sobą. Bajki mają to do siebie, że można ich słuchać wielokrotnie; nie posiadają terminu ważności – także bajka Tarantino pozostanie z nami na dłużej, nawet jeśli to kino niepozorne i proste.

Począwszy od „Pulp Fiction” (1994), swojego drugiego filmu, reżyser celuje w opowieściach rozwlekłych i nieprzeciętnie rozbudowanych. Należy do wąskiej grupy popularnych twórców dużego formatu, którzy nie przejmują się długością swoich filmów (podobnie jak Martin Scorsese i Christopher Nolan). Zbliża to Tarantino do obiegu festiwalowo-artystycznego, a nie do starego kina eksploatacji, które zwykle zamykało się w 90 lub ewentualnie 120 minutach. Nawet jeśli więc twórca „Django” (2012) podsuwa nam tuziny tytułów, którymi się inspirował, sam kręci w zupełnie innej kategorii wagowej. Nie chce albo nie umie stosować zwięzłej narracji, najczęściej lepi nad-filmy: dwa razy dłuższe od pop-klasyków, do których nawiązuje, przegadane, nabrzmiałe bocznymi wątkami, celebrujące przedmioty, zachowania aktorów, niespiesznie zmontowane. W filmach Tarantino zawsze jest czas i przestrzeń: na kolejną wymianę dialogów, następnego drinka i taniec, a także – na zmysłowe ujęcia kobiecych stóp.

O ile w niepotrzebnie cynicznej „Nienawistnej ósemce” (2015) gadulstwo zaprowadziło reżysera na manowce (można było odnieść wrażenie, że bezkrytycznie zakochał się we własnych, chwilami nużących dialogach), o tyle „Pewnego razu… w Hollywood” to powrót Tarantino do formy z lat 90. oraz domknięcie, jak mi się wydaje, jego trylogii „rewizjonistycznej”: w „Bękartach wojny” (2009) żydowscy żołnierze zabijali Hitlera, w „Django” Jamie Foxx całkiem dosłownie wysadzał w powietrze instytucję niewolnictwa, a w „Pewnego razu…” otrzymujemy przeczące faktom marzenie o schyłku lat 60. Jest w tym przepisywaniu historii coś z dziecięcej niezgody na zastany porządek rzeczy oraz potrzeby stworzenia mitów o emancypacyjnym potencjale. Bez wątpienia w ten sposób Tarantino pręży także muskuły: jest panem świata, do którego nas zaprasza, może więc robić, co mu się żywnie podoba. Wpuszcza więc do kin blisko trzygodzinny film, w którym więcej jest zawieszenia i przestojów znanych z „Somewhere. Między miejscami” Sofii Coppoli aniżeli gęstej akcji rodem ze spaghetti westernów.

Tate & Polański…

„Pewnego razu…” to zresztą w pierwszym rzędzie film o postaciach, niekoniecznie nawet o perypetiach tych postaci. Cała fabuła krąży wokół cudownie szczęśliwej pary, czyli Romana Polańskiego (Rafał Zawierucha) i Sharon Tate (Margot Robbie), których po raz pierwszy widzimy na lotnisku w Los Angeles. Uosabiają oni – jak chce Robert Richardson, stały operator Tarantino – nowe Hollywood, patrzymy natomiast na nich oczami zmierzchającej gwiazdy westernów Ricka Daltona (DiCaprio), przywiązanego mentalnie do telewizyjno-kinowej epoki lat 50., oraz jego dublera Cliffa Bootha (Pitt). Polańskiego widzimy w zaledwie kilku ujęciach i tylko raz otrzymuje on krótką scenę solo – a raczej w duecie z ukochanym psem Sharon, Doktorem Sapersteinem. Zawierucha emanuje potrzebną Tarantino wschodnioeuropejską aurą, ale Polański jest tu raczej symbolem geniusza z dalekiego kraju, który podbija Amerykę, aniżeli liczącą się postacią dramatu. Kimś w rodzaju Godota: na spotkanie z nim jego sąsiad Rick niecierpliwie czeka, ale nie mamy pewności, czy kiedykolwiek do niego dojdzie.

Osobliwy fragment, w którym Sharon Tate idzie do kina obejrzeć komedię szpiegowską z własnym udziałem – „The Wrecking Crew” Phila Karlsona (1968) – to być może najbardziej jawnie kinofilska scena, jaką Tarantino kiedykolwiek nakręcił. Filuterna, urocza i rozbrajająco niewinna w tej roli Margot Robbie przedstawia się w kasie, pozuje do zdjęcia przy plakacie filmu Karlsona i siada na widowni w staroświeckim kinie-pałacu, śmiejąc się dyskretnie z kolejnych żartów, które wydają się autentycznie ją bawić. To rewers sceny z Anną Kariną, która płacze i przeżywa katharsis oglądając „Męczeństwo Joanny d’Arc” (1928) Carla Theodora Deyera w „Żyć własnym życiem” (1962) Jeana-Luca Godarda, czy próba nawiązania empatycznej relacji między widownią a postacią, która w rzeczywistości zostanie zamordowana kilka miesięcy później? Tarantino celebruje w tej scenie słodką naiwność i prostoduszność bohaterki, które istnieją być może tylko w jego wyobraźni. Tate pozostanie jednak w tle opowieści podobnie jak Polański – to do duetu Rick & Cliff, rymującego się z kultowym duetem Jules & Vincent z „Pulp Fiction”, należy „Pewnego razu… w Hollywood”.

„Pewnego razu… w Hollywood” pełne jest zamrożonych możliwości i potencjalnych zwrotów akcji: choć niewiele się tu dzieje, a Tarantino pławi się w dygresjach, całość podszyta zostaje niepokojem

Filmowców fascynuje robienie filmów o robieniu filmów: najłatwiej mówić chyba o sobie, swoich tęsknotach i lękach, a najciekawsze wydaje się czasem to, co dotyczy nas bezpośrednio. Mam alergię na opowieści o artystach – ten całkiem pokaźny gatunek, który próbuje przekonać nas, że życie malarzy, pisarzy i reżyserów jest o wiele ciekawsze niż codzienność biznesmenów, pielęgniarek i studentów.

A jednak nawet najwspanialsi twórcy mają czasem potrzebę, by opowiedzieć o kinie w sposób bezpośredni: o pracy na planie, rozterkach twórczych, zawodowych satysfakcjach i frustracjach. Cytujący innych bez opamiętania Tarantino długo od tego stronił, ale dzięki „Pewnego razu… w Hollywood” otrzymujemy w końcu jego wersję „Osiem i pół” Felliniego (1963), „Nocy amerykańskiej” (1973) Truffauta (1970) i „Gracza” Altmana (1992). To, że film Tarantino jest do poprzedników zupełnie niepodobny, staje się jednym z jego zwycięstw.

…Rick & Cliff

Polański & Tate to sąsiedzi Ricka Daltona, ale tak naprawdę mieszkają na innej orbicie. Cieszą się sukcesem (niedawno premierę miało „Dziecko Rosemary”) i są jakby po drugiej stronie lustra. Rick, była gwiazda serialu „Bounty Law”, najlepsze lata ma już za sobą. Grywa drobne role złoczyńców w telewizji, ale nie chce wyjechać do Rzymu, by kręcić tam włoskie westerny – chociaż to właściwie jedyna szansa, żeby jego imię zostało wydrukowane na plakacie wielkimi literami. Jego cieniem jest kaskader Cliff, który ze stoickim spokojem przyjmuje wszystko, co serwuje mu życie. Domyślamy się, że jako wojenny weteran i człowiek, który – jak głoszą lokalne plotki – zamordował własną żonę, może skrywać więcej niż się na pozór wydaje. Z wierzchu jest łagodnym mężczyzną o pięknym ciele Brada Pitta, żyje w przyczepie, w której telewizor jest nieustannie włączony i naprawia anteny na dachu, na który wskakuje z gracją krzepkiego szympansa. W jednej ze scen sprawia też łomot pyszałkowatemu Bruce’owi Lee, uderzając nim bez wysiłku i z cichą satysfakcją o karoserię samochodu.

Rick & Cliff to bohaterowie drugiego planu, których Tarantino darzy wielką sympatią. Różnica klasowa między nimi (jeden mieszka na tyłach kina samochodowego, drugi ma do dyspozycji basen i willę) jest zaznaczona, ale nie staje się źródłem niesnasek – wisi w powietrzu jako znak zapytania; możliwość, z której może zrodzić się konflikt.

„Pewnego razu.. w Hollywood” pełne jest takich zamrożonych możliwości i potencjalnych zwrotów akcji: choć niewiele się tu dzieje, a Tarantino pławi się w dygresjach, całość podszyta zostaje niepokojem. Prawie eksploduje on w scenie, w której Cliff odwiedza stare ranczo, na którym kiedyś kręcił filmy. Okupująca je sekta Charlesa Masona, złożona niemal wyłącznie z młodych kobiet, patrzy na każdy jego krok (Pitt przechadza się po zakurzonej, pustej drodze niczym szeryf z „W samo południe” Freda Zinnemanna z 1952). Nastrój grozy i dziwności, jaki tworzy tu kadrowanie, praca kamery, dźwięk i aktorstwo jest przeszywający – a zarazem mija bardzo szybko, wystarczy że Pitt wróci Cadillakiem Ricka na hollywoodzkie bulwary.

Choć nostalgia wydaje się unosić w powietrzu, a tło społeczne zostało ograniczone do minimum, „Pewnego razu…” ani przez chwilę nie staje się martwą, zajętą samą sobą laurką

Obserwowaniu aktorów – a jest to film oliwiony kunsztem DiCaprio i Pitta – towarzyszy zatem poczucie, że coś się niedługo skończy, a także świadomość, że cała historia musi mieć tragiczny finał (a może wcale nie musi? – pyta co chwilę Tarantino). Już w pierwszej scenie – czarno-białym wywiadzie z Rickiem, któremu towarzyszy małomówny, lecz pewny siebie Cliff – „Pewnego razu…” ustanawia dynamikę relacji między kumplami, którą pogłębiają kolejne sceny. Każdego z aktorów reżyser prowadzi inaczej: DiCaprio ma momenty bez mała szekspirowskie, przeżywa kryzysy niczym w rozedrganych, zagranych na wysokich nutach rolach u Scorsesego. Kiedy podczas nagrywania długiej sceny w ramach westernowej chałtury zapomina kilka razy tekst, chwilę później wścieka się na siebie w przyczepie, ciskając przedmiotami na lewo i prawo. Jest tak samo ograniczony jak Pitt w swoim domu na kołach, ale w większym stopniu zjada go frustracja; pozostaje też wiecznie niedowartościowany.

Z kolei Cliff w interpretacji Pitta ma być może podwójne oblicze, ale przede wszystkim daje popis luzu, na który stać tylko największych gwiazdorów współczesnego kina. Sposób, w jaki w kulminacyjnej scenie Cliff gwiżdże na swojego psa; swoboda, z jaką odrzuca propozycję seksualną od nieletniej (scena stanowi jakby prefigurację późniejszej o kilka lat afery z Polańskim); przyjemne uczucie, jakie maluje się na jego twarzy, kiedy jedzie na luzie przez miasto (tu Tarantino cytuje przejazd przez miasto naćpanego Travolty z „Pulp Fiction”) – to momenty tak fetyszystyczne, tak genialnie skrojone pod kamerę Richardsona, która uwielbia twarze całej ekipy, że nie można sobie chyba wyobrazić, żeby ktoś był bardziej cool. Jeśli ten film jest jak wiatr smagający łokieć wystawiony za okno podczas jazdy przez kalifornijskie bezdroża, to duża w tym zasługa Brada Pitta.

Ave, Hollywood!

Skąd fraza „Pewnego razu…”? Tarantino oczywiście uwielbia Sergia Leone, którego dwa arcydzieła miały tytuły zaczynające się od tych słów. Ważniejsze jest jednak to, że swoim dziewiątym filmem (z dziesięciu, jakie planuje nakręcić, zanim przejdzie na artystyczną emeryturę) twórca „Jackie Brown” roztacza przed nami lekko smutną, ale ostatecznie sielską, skąpaną w słońcu wizję Ameryki i jej filmowego centrum. To fantazja nie tylko o radosnej, złocistej, ubranej w krótkie spódniczki i białe kozaki Sharon Tate, ale też o stylowych neonach, które zapalają się jeden po drugim, niczym lampy uliczne skrzyżowane ze światłami choinkowymi (ciąg ujęć neonowych szyldów należy do najpiękniejszych momentów w filmie). Choć nostalgia wydaje się unosić w powietrzu, a tło społeczne zostało ograniczone do minimum (widzimy tylko garść hipisów, a przecież koniec lat 60. był jednym z najbardziej niespokojnych i brutalnych okresów w historii USA, także w Kalifornii), „Pewnego razu…” ani przez chwilę nie staje się martwą, zajętą samą sobą laurką.

Tarantino ewokuje lata 60. tak jak dekadę lat 50. pokazali Coenowie w „Ave, Cezar!” – filmie pod pewnymi względami zaskakująco podobnym do opowieści o Ricku & Cliffie. W obu dziełach postaci rzeczywiste mieszają się z fikcyjnymi, plan filmowy przenika się z życiem codziennym, a my jako widzowie doskonale zdajemy sobie sprawę, że oglądamy świat, który już dawno nie istnieje. Oczywiście, co innego pokazywać schyłek systemu studyjnego, a co innego przełom lat 60. i 70., na który przypadły bodaj największe zmiany w kinie amerykańskim od czasu przełomu dźwiękowego (w tym sensie Tarantino odsyła do jeszcze jednego arcydzieła: „Deszczowej piosenki” Gene’a Kelly’ego i Stanleya Donena). U Coenów pewien świat się kończy, a w każdym razie już zamienił się w farsę; u Tarantino stare lwy patrzą z zazdrością na młode wilki w typie Polańskiego. A najważniejsza i tak jest telewizja, którą oglądają wszyscy – kino, do którego zagląda Sharon Tate, jest zaś w połowie puste.

Coenowie trzymają się klucza pastiszowo-ironicznego; Tarantino inscenizuje całość z wielką miłością i troską: trochę tak, jakby kręcił film, w którym sam później chciałby zanurzyć się jako widz. Wejście w ekran, katapultowanie się do starego (albo przeżywającego przełom) Hollywood zdaje się jego marzeniem. Podobnie jak Steven Spielberg, który w „Player One” (2018) wrzucił bohaterów wewnątrz „Lśnienia” Kubricka (1980), Tarantino wszedł do środka „Wielkiej ucieczki” Johna Sturgesa (1963), jednego z najwspanialszych przygodowych filmów wojennych. Technologia daje dziś reżyserom możliwość spełniania także tego typu zachcianek – Steve’a McQueena w obozie jenieckim zastępuje wklejony w poszczególne ujęcia Leonardo DiCaprio, a my świadkujemy niesamowitej zabawie, w której nasza popkulturowa pamięć otwiera się na alternatywne historie kina.

Złota Palma w Cannes dla „Pulp Fiction” zamiast dla „Trzech kolorów: Czerwonego” nikogo już raczej nie dziwi – dziś w modzie jest wręcz patrzenie z politowaniem na Kieślowskiego, który na późnym etapie kariery lubował się w mistycznych i podniosłych opowieściach o cudownie przecinających się losach obcych sobie ludzi. Jak słusznie zauważył pewien krytyk, dokładnie taka sama filozofia stoi za „Pulp Fiction”, którego postaci zderzają się ze sobą w równie przypadkowy sposób. Idealną scenerią takich zderzeń jest Los Angeles, co świetnie pokazał w „Na skróty” Robert Altman (1993) i o czym wie każdy, kto obejrzał dokument „Los Angeles Plays Itself” Thoma Andersena. Dziwny, pozbawiony centrum twór urbanizacyjny, przypominający ciągnące się kilometrami przedmieścia, zaprojektowany pod szosy, a nie chodniki; miasto amorficzne i rozproszone, w którym różne opowieści biegną równoległymi torami – echa tego L.A. znajdziemy w „Pewnego razu… w Hollywood”.

Tarantino spuszcza powietrze i pozwala nam powałęsać się wraz z Rickiem & Cliffem po mieście, które wygląda dziś zupełnie inaczej. W finale dostajemy scenę godną Howarda Hawksa: wzruszające, choć wstrzemięźliwe pożegnanie dwóch przyjaciół – zapomnianych kowbojów, którzy próbują jakoś przetrwać w stolicy światowej rozrywki. Choć świat Quentina jest czysto filmowy i pozszywany z warstw popkultury, czasem potrafi on wykrzesać z niego autentyczne, intymne emocje. W takich chwilach trudno nam rozstać się z Hollywood, które nigdy nie istniało, ale które Tarantino pokazał tak, jakby sam się w nim urodził.