Miłosz wiedział, że większość modlitw pozostaje niewysłuchana. A jednak swoją twórczością składał protest przeciw rozpaczy.

To nie tak miało być, zupełnie nie tak. W sierpniu 2002 roku z powodu choroby szpiku kostnego do szpitala trafia Carol Thigpen-Miłosz, druga żona Czesława. Poeta leci z Krakowa do San Francisco. Zdążą się jeszcze pożegnać.

Jej śmierć była dla Miłosza ciosem. Co prawda przywyknął już chyba do bólu i cierpienia: zmierzył się wcześniej ze śmiercią pierwszej żony i chorobą psychiczną młodszego syna, odprowadzał na cmentarz kolejnych przyjaciół i znajomych. Widział, jak kończy się znany mu świat – po raz pierwszy w 1939 roku (wraz z wojną), po raz drugi 12 lat później (wraz z emigracją). Ale nagły brak Carol stał się końcem jego osobistego, bardziej wewnętrznego, intymnego świata. Była przecież o 33 lata młodsza od niego, pełna zaraźliwej energii i radości. To ona miała wyprawić męża na drugi brzeg, a nie odwrotnie.

Noblista w ostatnich latach notował pomysły na wiersze najczęściej nad ranem, zaraz po przebudzeniu. Tym razem było inaczej. Pisał nocami. „Zamiast rozmyślać, przychodziły kolejne fragmenty, jakby bez mojej woli” – wspominał w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym”. Tworzył „Orfeusza i Eurydykę” – niezwykły poemat dedykowany pamięci żony. I przeciwko własnej rozpaczy. Tekst, w którym skupione zostały refleksje, nawiedzające 91-letniego twórcę przez niemal całe długie życie.

Protest

W utworze Miłosza Orfeusz, po zejściu do Hadesu, wykonuje przed Persefoną koncert na swojej lirze, w której niesie „pieśń ziemi przeciw otchłani”. Nie śpiewa jednak o miłości do Eurydyki, ale między innymi o „jasności poranków”, „o rzekach w zieleni”, „o dymiącej wodzie różanego brzasku”, „o ucztowaniu na tarasie nad zgiełkiem rybackiego portu”, „o smaku wina, soli, oliwy, gorczycy, migdałów”, „o zapachu naręczy bzu w letnim deszczu”.

Podobnie przez całe lata robił Miłosz, który uparcie starał się znieść napięcie między tym, co zmysłowe, a tym, co duchowe. Wierzył chyba, że zachwyt nad ziemią, choć nie może ukoić egzystencjalnego bólu, potrafi go nieco uśmierzyć. Jak wyznawał w jednym z utworów, lubił przyjemności życia: „dżem truskawkowy / I ciemną słodycz kobiecego ciała / Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie / Zapachy: cynamonu i goździków”. Zachwycał się dniem, w którym „mgła opadła wcześnie”, „kolibry przystawały nad kwiatem kapryfolium”, a on sam mógł spokojnie pracować w ogrodzie. Pod koniec w autoironicznym utworze wyznawał, że patrzy wciąż na nogi kobiet w minispódniczkach, „zamyślony, kołysany marzeniami porno”.

Miłosz nie chciał i nie umiał oswoić w sobie rozpaczy, wiedział bowiem, że oswojona powszechnieje, banalizuje się

Te i podobne wiersze nie tylko nie stanowiły wyrwy w metafizycznej twórczości autora „Na brzegu rzeki”, ale stawały się jej nieodłączną częścią, wyrazem „ekstatycznego obcowania”. Tak jakby noblista wciąż przypominał sobie i czytelnikom słynne wersy Mickiewicza, że „kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie”.

Co chyba najistotniejsze, Orfeusz „swoje słowa układał przeciw śmierci / I żadnym swoim rymem nie sławił nicości”. Sam Miłosz bardzo poważnie traktował ten nakaz. Sprzeciwiał się żałobnym treściom w poezji. Nie znosił, gdy ktoś wyliczał „powody rozpaczy” i przypominał o powszechności śmierci, aprobował nihilizm lub nicość. „Orfeusz i Eurydyka” jest poetyckim protestem skierowanym głównie przeciw nim. Nawet bowiem jeśli zostanie po nas „ogromny śmiech pustki”, to i tak – jak notował w jednym z wierszy – „chwała należy się mężnym, / Którzy do końca zakładali protest / Przeciwko wiarę niweczącej śmierci”. Oto program i oś całej twórczości autora „Ocalenia”.

Inne

Takie podejście nie oznaczało taniego pocieszania. Miłosz nie negował ciemnej strony życia, codziennych mniejszych lub większych klęsk. Wiedział doskonale, że większość modlitw pozostaje niewysłuchana. Jego interpretacja mitu o Orfeuszu, zgodnie zresztą z klasyczną wersją, jest przecież opowieścią o niemożności pokonania śmierci. Eurydyka – podobnie jak Carol – nie zostaje wyrwana otchłani, nie wraca do świata żywych, nie da się bowiem cofnąć przeznaczenia.

Co więcej, poeta nie chciał i nie umiał – jak zauważał Stefan Chwin – oswoić w sobie rozpaczy, wiedział bowiem, że oswojona powszechnieje, banalizuje się. Wiedział też, że jego – wspomniane wyżej – próby ekstatycznego zachwytu nad rzeczywistością są tylko metodą „zacierania śladów” namysłu nad ludzkim losem. Często nie pisał co naprawdę myśli, bo nie chciał „wyjawiać sekretów naszej wspólnej cielesnej mizerii”. Wolał udawać radość, „chociaż jej zabrakło, / Bo mnożyć skargi byłoby za łatwo”.

Wiara była dla poety finezyjnym tańcem nad przepaściami nicości

Życie nie było dla Miłosza zabawą, w której można bezmyślnie „szczerzyć zęby i fikać koziołki dla pełnej sali”. Jego życie stawało się – wiedział o tym dobrze u kresu drogi – „igraszką sił tajemnych”, „uśpionym teatrem marionetek”, czymś niemożliwym, ale znoszonym. Nie pocieszała go świadomość, że – jak pisał Iwaszkiewicz – świat będzie dalej piękny, i bez nas. „Co mnie albo i komu tam jeszcze do tego / Że będą dalej wschody i zachody słońca, / śnieg na górach, krokusy, / i ludzkość ze swoimi kotami i psami? / (…) Co nam do tego – jeżeli w naszej krainie milknie zgiełk świata / I wchodzimy w Inne, poza czas i przestrzeń” – zapisywał w jednym z ostatnich wierszy.

Wiersze Czesława Miłosza

Czesław Miłosz, „Wiersze”, „Świat. Poema naiwne”, „Głosy biednych ludzi”, Wydawnictwo Więź

To „Inne” wyraźnie przez całe lata fascynowało Miłosza, w Nim z tęsknotą upatrywał sensu. Przeświadczony, że nie jest „stąd”, krytykował nasz świat za to, że znaleźliśmy się w ziemi Ulro, krainie pozbawionej metafizycznej wyobraźni. A przecież, jeśli uznajemy porządek, w którym silni triumfują, słabi giną, a wszystko i tak kończy się śmiercią, godzimy się – jak pisał w „Traktacie teologicznym” – na „diabelskie panowanie”. Za swoje uznawał pozornie naiwne wyznanie prostej dziewczynki z jednego z późnych utworów: „w tym świecie za dużo ohydy i brzydoty, / Więc musi gdzieś być prawda i dobro, to znaczy musi być Bóg”. Ten, który będzie towarzyszył poecie w cierpieniu i da pewność, że trudził się on na Jego chwałę.

Nie oznaczało to wcale, że zniknęły wątpliwości, przeciwnie – wiara była dla poety finezyjnym tańcem nad przepaściami nicości i rozpaczy. Tak zresztą czuł także jego Orfeusz, w którym „rosło zwątpienie”; który „płakał nad utratą / Ludzkich nadziei na z martwych powstanie” oraz który doskonale wiedział, że „musi wierzyć i nie umiał wierzyć”. Nie jest to jednak zarzut, a głęboko ludzka cecha. I kolejny w twórczości noblisty wyraz przekonania, że „jedynie wątpiący pozostaną wierni”.

Jego poezja utkana została ze sprzeczności. Z godzenia w sobie wiary i zwątpienia, zgody i niezgody na przemijanie, zachwytu nad światem i świadomości tego, jak marna jest nasza rzeczywistość. W tym chyba tkwi jej największa wartość.

***

Miłosz do końca powtarzał, że Carol była jego „czasem darowanym” i lekiem przeciwko pesymizmowi, „jej miłość – jak w poemacie – ogrzewała go, uczłowieczała”. Ona, odchodząc, obiecała mężowi: „nie martw się, miłość tam nas połączy”. Poeta zmarł piętnaście lat temu, 14 sierpnia 2004 roku, niemal dokładnie dwa lata po śmierci żony. Czy spotkali się po drugiej stronie?