Historii nie da się interpretować w kluczu rasowym, klasowym, ani tym bardziej narodowym. Celem pracy historyka jest poznanie prawdy. Politycy Prawa i Sprawiedliwości o tym zapominają.

Pojęcie „prokrustowego łoża” znane jest miłośnikom dziejów antycznych z mitologii greckiej – pewien rozbójnik porywający podróżnych zmierzających do Aten poddawał ich torturom polegającym na dopasowania ciała nieszczęśników do swego łoża. Zbyt wysokim obcinał nogi, zbyt niskich rozciągał przy dźwiękach trzaskających kości. Wybitny leksykograf Władysław Kopaliński słusznie określił tym wyrażeniem doktrynę lub praktykę polityczną zmuszającą jednostkę do uległości wobec narzuconych przez władzę idei.

Kontrola nad biegiem historii, czy raczej nad historiografią, która ma pasować do istniejących trendów politycznych, jest domeną rządów totalitarnych i autorytarnych. Dobrym przykładem jest tu nasz sąsiad zza wschodniej granicy, u którego za czasów Związku Radzieckiego, mimo oficjalnego wyzbycia się ustroju monarchicznego, dokonywano paralelnych porównań Stalina z Iwanem Groźnym, pierwszym carem Wszechrusi i twórcą opriczniny – tajnej policji – co pewnie nie było bez znaczenia. W obecnej Rosji Władimir Putin jawi się z kolei w oficjalnych mediach jako drugi Włodzimierz Wielki – kniaź, który dokonał chrztu Rusi i nawiązał kontakty z cesarstwem bizantyjskim. Analogia nie jest przypadkowa, nową wizją dawnego agenta KGB jest przecież stworzenie Unii Euroazjatyckiej – przeciwwagi dla Unii Europejskiej (zdegenerowanej i upadłej moralnie).

Pod nadzorem polityków

Do tworzenia spójnej narracji historycznej zgodnej z wytycznymi rządzących potrzebni są dyspozycyjni historycy – nie tylko akademicy, ale też prezesi i dyrektorzy placówek kulturalno-naukowych. Innymi słowy, im większe zaufanie władzy, tym wyższa pozycja w hierarchii „naukowej” i szanse na awans.

Na polskim podwórku dokonano ostatnio zmiany stanowisk w kluczowej placówce badawczo-edukacyjnej zajmującej się dziejami najnowszymi – Instytucie Pamięci Narodowej. Nowa ustawa o IPN zniosła konkurs na prezesa placówki, zlikwidowała Radę IPN składającą się z uczonych o uznanym dorobku i zastąpiła ją Kolegium IPN, likwidując przy tym wymóg posiadania jakiegokolwiek wykształcenia, o historycznym nie wspominając. Wszystkie stanowiska obsadziły osoby związane z Prawem i Sprawiedliwością – skrajnym tego przykładem jest Krzysztof Wyszkowski, uczestnik strajków w Stoczni Gdańskiej, obserwator obrad Okrągłego Stołu, ale też członek zarządu spółki Srebrna i pozwany w procesie z Lechem Wałęsą. Jeśli chodzi o przygotowanie merytoryczne – absolwent szkoły podstawowej.

Partia, która pisze historię Polski na nowo, potrzebuje kontroli nad muzeami kultywującymi pamięć o społeczności żydowskiej

Nie lepiej dzieje się z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – nowym dyrektorem został dr Karol Nawrocki, zaufany partii i co najważniejsze ekspert od „żołnierzy wyklętych”, czyli właściwie od wojny po wojnie. Człowiek ten, ma stanąć też w przyszłości na czele Muzeum Westerplatte i Wojny 1939, mającego powstać na półwyspie Westerplatte – żeby dzieło uwieńczyć sukcesem rząd przejmą teren należący do samorządu gdańskiego, uchwalając w parlamencie specustawę.

Partia, która pisze historię Polski na nowo, potrzebuje też kontroli nad muzeami kultywującymi pamięć o społeczności żydowskiej. Wszak – jak uważa partia rządząca – historia ma być podawana z polskiego punktu widzenia. Tym samym nowa narracja powinna brzmieć następująco: Żydzi współdziałali z Niemcami w wymordowaniu własnego narodu, a jedynymi, którzy próbowali pomóc nieszczęśnikom byli narażający życie Polacy. Nie dziwi więc, że bój o stanowisko dyrektora Muzeum POLIN właśnie trwa.

Przykładem tego, jak działa placówka muzealna pod nadzorem politycznego rewizora, jest przypadek Zamku Królewskiego w Warszawie, kierowanego przez Wojciecha Fałkowskiego. Dyrektora mianował minister kultury Piotr Gliński, bez konkursu i wbrew decyzji Rady Powierniczej predestynowanej do przeprowadzenia procedury konkursowej. Fałkowski przejął nową funkcję, przechodząc wprost z resortu obrony narodowej – zajmował tam stanowisko wiceministra, obdarzonego pełnym zaufaniem Antoniego Macierewicza. Nowy dyrektor szybko spłacił swój dług wdzięczności, arbitralnie – wbrew kuratorom wystawy „Znaki wolności” powstałej z okazji 100. rocznicy odrodzenia Rzeczypospolitej – umieścił zdjęcie braci Kaczyńskich w części ekspozycji poświęconej „Solidarności” lat 1980-81. To nic, że Jarosław Kaczyński nie uczestniczył w sierpniowych strajkach, nieważne, że zdjęcie pochodzi z sejmu RP roku 1992, nieistotne, że umieszczenie go wśród Anny Walentynowicz, Lecha Wałęsy czy Andrzeja Gwiazdy jest manipulacją z premedytacją. Najważniejsze, że – jak usprawiedliwia się dyrekcja Zamku Królewskiego – wypełniono w ten sposób wolę narodu, by takie zdjęcie się pojawiło.

Dominacja heroizmu

Nauka historii w polskich systemach autorytarnych służyła bieżącym celom politycznym. Dawniej sanacja, a dzisiaj PiS, cierpi w sposób widoczny na kompleks mocarstwowości, nieznośnej megalomanii narodowej, która nie pozwala zaakceptować prostego faktu, że bez stabilnej demokracji i praworządności alienacja wśród tych, do których chciałoby się należeć, będzie się tylko pogłębiać.

Jeśli historia jest nauczycielką życia, jak chciałby Cycero, to należałoby spytać, czy mamy na tyle pojętnych uczniów, by zrozumieli jej przesłanie. Historii bowiem nie da się interpretować w kluczu rasowym, klasowym, ani tym bardziej narodowym. Ostatecznym celem pracy historyka jest poznanie prawdy sprzed laty na podstawie dostępnych źródeł, ich analizy i dyscypliny metodologicznej. Stefan Kieniewicz, badacz wieku XIX, po odwilży Polskiego Października 1956 roku, przestrzegał swoich kolegów przed odwróceniem naturalnego porządku w pracy intelektualnej – to teza powinna wynikać z badań, a nie badania dopasowywać do tezy. Historia bowiem nie jest niczym zdeterminowana, jest splotem i to najczęściej przypadkowym różnych zdarzeń. Historia też nie jest sędzią ludzkich sumień (parafrazując słowa Zygmunta Augusta). Jest raczej opisem i próbą interpretacji wydarzeń dziejowych, najlepiej przyprawionych dużą dozą empatii związanej ze specyfiką danej epoki.

W dzisiejszej edukacji historycznej dominuje ton heroiczny, zarówno na płaszczyźnie politycznej wychodzącej z ośrodków władzy, jak i na płaszczyźnie public history (mass mediów, grup rekonstrukcyjnych, muzeów etc.). Uwypukla się, nadając im status świąt narodowych, te wydarzenia z przeszłości, które mają charakter militarny, i których atrakcyjność opiera się na martyrologii klęski, głównie powstań narodowych. Do symbolu urastają tzw. żołnierze wyklęci – ich pokolenie stoi na czele drzewa genealogicznego prawdziwych patriotów, które przez innych „niezłomnych” – np. „Solidarność” Walczącą – kończą swój bieg na dzisiejszej warstwie rządzącej. W taki to sposób sprawujący władzę stają się niemal bezpośrednimi spadkobiercami patriotów w czystej postaci – nieskażonych żadną współpracą, ani nawet tolerancją wobec przeciwnika, a jeśli taka nastąpiła to nieświadomie lub w wyniku oszustwa. W cień schodzą te sukcesy narodowe, które były rezultatem mądrości politycznej i nie pociągały za sobą rozlewu krwi, do nich zaliczyć możemy: akt konfederacji warszawskiej, uchwalenie Konstytucji 3 Maja, rozmowy Okrągłego Stołu i wybory z 4 czerwca 1989 roku.

Nowa „jakość”

Dwa ostatnie wydarzenia obchodzą właśnie jubileusz 30-lecia, tymczasem przedstawiciele władz w oficjalnych wystąpieniach nie tylko dyskredytują, ale wręcz je potępiają. Chyba nie warto przypominać słów doradcy Prezydenta RP Andrzeja Zybertowicza na temat uczestników Okrągłego Stołu, który z kolei powoływał się na słowa Andrzeja Gwiazdy (nota bene uważającego też, że rozmowy w Pałacu Namiestnikowskim były zmową Waszyngtonu i Moskwy). Andrzej Nowak, nauczyciel akademicki UJ i członek Kolegium IPN, na portalu wPolityce.pl pokusił się o literacką dyskredytację osób biorących udział w rozmowach nazywając ich „politycznymi stolarzami”; usprawiedliwił zarazem udział w nich Jana Olszewskiego tradycyjnym: „nie chciał ale musiał” – zrzucając odpowiedzialność za to przymuszenie na prof. Adama Strzembosza.

Dla prezydenta RP Andrzeja Dudy, który ujawnił swój stosunek do Okrągłego Stołu w kościele św. Brygidy w Gdańsku, wadą ówczesnych przemian był ich bezkrwawy przebieg (dosłownie: „bezkrwawa rewolucja”), a konsekwencje tego były i są odczuwalne do dziś… komuniści i postkomuniści nie tylko żyją, ale i rządzą Polską – tzn. rządzili do 2015 roku – do zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych.

Do tworzenia narracji historycznej zgodnej z wytycznymi rządzących potrzebni są dyspozycyjni historycy – nie tylko akademicy, ale też dyrektorzy placówek kulturalno-naukowych. Im większe zaufanie władzy, tym wyższa pozycja w hierarchii „naukowej” i szanse na awans

Nowej „jakości” wydarzeniom sprzed lat dało TVP Info, które 24 lutego br. na tzw. pasku poinformowało widzów, że „Koalicja Europejska to dopełnienie Okrągłego Stołu i reaktywacja postkomuny”. Nie wiem, czy podstawowe medium indoktrynacyjne rządu nie przeceniło swoich odbiorców, którzy przecież mogą popaść w niemały ambaras, próbując połączyć „rozmowy”, w których uczestniczyli między innymi: Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki i bracia Kaczyńscy z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Jakby nie było, i jakby głowa nie rozbolała od myślenia, ostateczny przekaz powinien być jasny. Wyjaśniam tym, co zrozumieć powinni: Okrągły Stół plus Unia Europejska równa się postkomuna.

Pozostając w kręgach medium telewizyjnego, warto jeszcze nadmienić, że główny przekaz Wiadomości z 4 czerwca br., a więc z dnia jubileuszu, poświęcony był „elitom, które umówiły się przy Okrągłym Stole na wolność (jedynie) reglamentowaną”. Gdy na ekranie pojawił się architekt reform gospodarczych – Leszek Balcerowicz – komentator zaznaczył: „co znamienne, za plecami Balcerowicza stoi Lesław Maleszka, który donosił na Stanisława Pyjasa”. Czy było to świadome, czy też nie – pięć dni później staja Republika skupiła uwagę odbiorców na „resortowych dzieciach w biznesie”, jako jedynych prawdziwych beneficjentach przemian 1989 roku. Innymi słowy: „Początek III RP był związany z pojawieniem się wielkiego i małego biznesu, który łączył wspólny mianownik – służby specjalne PRL zarówno wojskowe, jak i cywilne oraz związki z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą…”. Ostatecznie tylko „Nasz Dziennik” wprost ujawnił w czym rzecz, jeśli chodzi o miarę upadku uroczystości rocznicowych. Na pierwszej stronie dziennika odkryto genius loci Europejskiego Centrum Solidarności – miejsce głównych obchodów to zdaniem toruńskiej gazety siedlisko lewackich przedsięwzięć promujących ideologię gender i grupy LGBT.

Sąd ostateczny?

Nie sposób budować wspólnoty narodowej na wykreowanej, ocierającej się o mit narracji z przeszłości. Spoiwem tożsamości może być tylko prawda, zarówno ta, z której jesteśmy dumni, jak i ta trudniejsza do zaakceptowania – ale nasza. Historia narodu nie jest koncertem życzeń i nie da się wybrać tylko chwalebnych epizodów, wymazując z pamięci pozostałe. Negatywnym przykładem jest obecne działanie IPN w sprawie mordu w Jedwabnem. Wydawałoby się, że rana się zabliźniła, a nawet stała się początkiem dobrych relacji „sąsiadów”. Nic z tego, nowe kierownictwo IPN, podważyło własne dotychczasowe ustalenia i poinformowało o gotowości podjęcia na nowo prac ekshumacyjnych w Jedwabnem. Tym razem jednak nadgorliwych historyków powstrzymała prokuratura.

Nie zatrzymała ich natomiast przed fałszowaniem literatury lagrowej. W kwietniu tego roku z okazji 76. rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim IPN umieścił na stronie internetowej okazjonalny film, a w nim słynny cytat z „Medalionów” Zofii Nałkowskiej: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Tym razem jednak wersja była poprawiona – po pierwszym słowie umieszczono w nawiasie napis: „Niemcy” – tak, gdyby ktoś nie wiedział, kto stał za „ostatecznym rozwiązaniem”. Dla poprawiaczy historii nie ma znaczenia, że Nałkowska nadała tym słowom wymiar uniwersalny, przestrzegając przed możliwością powtórzenia się podobnej hekatomby – składanej zwyczajowo na ołtarzu ideologii nienawiści. Przykładem może być Srebrenica w Bośni, gdzie Serbowie dokonali czystki etnicznej muzułmanów – rozrywając granatami ponad osiem tysięcy mężczyzn i chłopców.

Nieprzewidywalność koryfeuszy historii służących partykularnym potrzebom partyjnym zagraża w równym stopniu zdrowiu moralnemu narodu, jak i reputacji kraju na zewnątrz. Wykorzystując autorytet Michała Bobrzyńskiego, niegdysiejszego przedstawiciela szkoły krakowskiej, należy ostrzec tych, którzy chcieliby mieć monopol na władzę i wiedzę, że „sądy historyka, nie są nigdy sądami ostatecznymi” – tymi zajmuje się ktoś zupełnie inny.