W kościelnej mowie publicznej pierwszoplanowe stało się ratowanie twarzy instytucji, przede wszystkim przez tworzenie rzeczywistości à rebours: księża odpowiedzialni za przestępczość seksualną przedstawiani są jako ofiary jawnej stygmatyzacji Kościoła lub ofiary seksualizacji współczesnego świata.

Blisko 40 lat temu Irena Bajerowa w szkicu poświęconym listom pasterskim polskiego episkopatu pisała: „Nie będziemy się tu zajmowali poprawnością gramatyczną ani potoczystością czy pięknem stylistycznym. Będzie nam chodziło o uwolnienie tego stylu od pewnych elementów języka propagandy, jakie czasami zakradają się nawet do oficjalnych wypowiedzi Kościoła […]. Czujemy się przez Sobór Watykański II powołani do współodpowiedzialności za losy naszego chrześcijaństwa i ta współodpowiedzialność każe nam zwrócić uwagę na to, co − naszym zdaniem − jest nie dość dobre lub wręcz błędne. Sprawa zaś języka, jakim Pasterze w listach do nas przemawiają, wydaje się nam podstawowa, gdyż to podstawowy sposób porozumiewania się Ich z całą wierzącą częścią narodu i to w sprawach największej wagi. Chcielibyśmy, aby zawsze porozumienie to było pełne […]”[1].

Bezpośrednim przedmiotem krytyki języka uczyniła nieżyjąca już krakowska językoznawczyni list episkopatu z 30 kwietnia 1978 r., zatytułowany „Dlaczego oddaliśmy Polskę w macierzyńską niewolę Maryi, Matki Kościoła”. Autorka odkrywała wówczas przed czytelnikami wszystkie obecne w liście zabiegi językowe mające na celu tendencyjne ukierunkowanie odbioru wypowiedzi, a wśród nich te znane podówczas z analiz języka propagandy politycznej lat 70., jak arbitralne zmiany znaczeniowe wyrazów, gromadzenie słów o podobnej funkcji, wyrazy schematyzujące i wartościujące. W środowisku językoznawczym dawała swoim tekstem (wraz z innymi autorami tomu „O języku religijnym”) początek namysłowi nad językiem w Kościele katolickim, kładła podwaliny pod dyscyplinę nazywaną współcześnie teolingwistyką.

Ratowanie twarzy

Kiedy wracam dziś do dawnej lektury, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tamten głos niepokoju pozostaje zadziwiająco aktualny. Może nawet należałoby tezy − stawiane wówczas w sposób wyważony i ostrożny – formułować współcześnie dosadniej. Opisane bowiem przed czterema dekadami praktyki stylistyczno-retoryczne już nie tylko „czasem zakradają się” do oficjalnych wypowiedzi władz polskiego Kościoła, ale w istocie zdominowały oficjalny dyskurs biskupi. Sprawa zaś języka, którym dziś biskupi przemawiają do wierzących (a i niewierzących), w obliczu narastającego braku zaufania do Kościoła jako instytucji i wobec obserwowanego kryzysu jego tożsamości wydaje się jeszcze bardziej fundamentalna, nadto okoliczności obligują świeckich bardziej niż kiedykolwiek do współodpowiedzialności także za język, który w Kościele wybrzmiewa.

W poczuciu takiej odpowiedzialności problem sformułowałabym więc dziś bardziej kategorycznie: w kościelnej mowie publicznej − tej, którą posługuje się oficjalnie Konferencja Episkopatu Polski w sytuacji, gdy pasterze głos zabierają publicznie – pierwszoplanowe stało się ratowanie twarzy instytucji, przede wszystkim przez tworzenie rzeczywistości à rebours. To dlatego księża odpowiedzialni za przestępczość seksualną przedstawiani są w tej narracji jako ofiary jawnej stygmatyzacji Kościoła lub ofiary seksualizacji współczesnego świata. Akcentowany jest globalny zasięg pedofilii, a Kościół ujmowany jako kozioł ofiarny. Taką narrację zapoczątkował 14 marca br. podczas konferencji poświęconej pedofilii w Kościele przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki, gdy mówił (pozwalam sobie na dłuższy cytat, gdyż posłuży mi on jeszcze w dalszym wywodzie):

„To nie jest problem samego Kościoła. To jest problem całego świata. […]. Bo jeżeli w Europie dotyczy on 18 milionów wykorzystywanych dzieci, to znaczy, że to nie są to wszystkie 18 milionów w Kościele. Tylko to jest problem dotyczący całych warstw społeczeństwa. To jest problem społeczny. Niestety do tej pory nie widać chęci ruszenia tego problemu w wymiarze społecznym. Te wszystkie próby dotarcia do instytucji i zwracania uwagi, że owszem tutaj Kościół swoje reguły, swoje wytyczne, swoje też instrukcje przygotowuje i przeprowadza te procesy i ma swoich delegatów do zgłaszania i swoje gremia do tych procesów sądowych, i potem droga do Kongregacji Nauki i Wiary, to wszystko owszem, ale jakoś nie widać szerszego zainteresowania społecznego. Znaczy myślę także o zainteresowaniu rządowym i o zainteresowaniu samorządowym. Co z tego wszystkiego będzie, jeśli my zlikwidujemy powiedzmy problem pedofilii w Kościele, a on będzie w takim wymiarze w społeczeństwie ? […]

Okoliczności obligują świeckich bardziej niż kiedykolwiek do współodpowiedzialności za język, który w Kościele wybrzmiewa

Druga rzecz to jest, że my znowu zacieśniamy problem od szerokiego do wąskiego, zamiast mówić o tych różnych kategoriach przestępstw wobec dzieci, wobec małoletnich i tej seksualnej turystyce, i wykorzystywaniu dzieci jako żołnierzy, i handlu organami dziecięcymi, wszystkich w ogóle formach, które są przestępstwem wobec dziecka, w szczególności właśnie ze względu na to, że dziecko jest bezbronne, starszy człowiek na tyle, na ile może się bronić, przy dziecku jest to niemożliwe. Więc znowu żeby wrócić do istoty problemu, a nie tylko marginalnego punktu w tym problemie, to znaczy do samej pedofilii. […]

Trzecia sprawa to jest kwestia różnych środowisk przestępczych. Do tej pory się przyzwyczailiśmy, że jedynym środowiskiem przestępczym jest Kościół, że duchowieństwo jest jedynym, powiedzmy, winnym tego przestępstwa. Natomiast tutaj słyszymy dziwne konsyderacje tych środowisk, instytucji międzynarodowych, które mówią, pierwszym środowiskiem przestępczym jest rodzina, że praktycznie na 10 tych dziewcząt − 9 doznaje tych przestępstw właśnie w rodzinie. I to niekoniecznie chodzi o patologiczne, o rodziny przestępcze z natury czy skłonne do tego. Chodzi nieraz o całkiem normalne środowiska”[2].

Mamy zatem do czynienia z rozgrywającą się na naszych oczach kampanią obronną wraz z właściwymi jej strategiami erystycznymi, jak odwracanie uwagi od tematu (skupienie jej na innych, czasem odległych, kategoriach przestępstw na dzieciach oraz na innych niż kościelne środowiskach, w których przestępstwa mają miejsce), oraz ze służącym jej językiem ogólników i marginalizowania, umniejszania problemu pedofilii w Kościele (przymiotnik „marginalny” i „normalny” odgrywają w cytowanym fragmencie rolę kluczową, niosąc nie tylko wprost ocenę niewielkiej wagi problemu pedofilii w ogóle, ale i presupozycję, że jej akty − skoro zdarzają nie tylko w środowiskach w oczywisty sposób patologicznych − są tylko jakimś „wypadkiem przy pracy”). Do przyjętej strategii obrony nie ma wstępu nic, co prowadziłoby do przyjęcia jakiejkolwiek, choćby zasłużonej, krytyki z pokorą.

Retorycznie, ochrona wizerunku rozgrywana jest przez stosowanie takiego stylu, jakby wszyscy wokół się sprzysięgli w aktach agresji przeciw Kościołowi, nastał czas ostatecznych prześladowań, więc im kto wyższe zajmuje w nim stanowisko, tym bardziej czuje się zagrożony.

Na językowe konsekwencje poczucia, że żyje się w oblężonej twierdzy, nie trzeba długo czekać. Jest wśród nich to, co w odniesieniu do języka propagandy określa się jako ideologizacja języka, nierzadko połączona z arbitralnym tworzeniem słownika wyrazów odpowiednich i niestosownych; nieobca jest tej mowie rytualność skutkująca obecnością po wielokroć w tekstach powtarzanych klisz językowych, dalej − swego rodzaju magiczność, objawiająca się w specjalnych użyciach słów i mówieniu – zwłaszcza o bolesnej rzeczywistości, która Kościoła dotyczy (jak przypadki alkoholizmu czy pedofilii wśród duchowieństwa) lub z którą Kościół sobie nie radzi (jak problem LGBT) − w sposób rozmywający jej obraz i rozmiękczający ocenę kompromitujących Kościół faktów, przerzucający za nie odpowiedzialność na innych. Ważne jest nie to, jaka rzeczywistość jest naprawdę (mimo że to łatwo da się zweryfikować przez bezwzględne dane statystyczne), ale to, jak ją władza kościelna przedstawia, ocenia i w konsekwencji – jak winni ją postrzegać wierni. Taki klimat towarzyszy publicznej oficjalnej wypowiedzi przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski z 14 marca 2019 r.:

„Nie jest to problem instytucji tylko, ale że jest to problem globalny. Do tej pory przyzwyczailiśmy się do tego hasła ukutego ideologicznie, mianowicie: pedofilia w Kościele. To hasło dość zręcznie dobrane miało w sumie z jednej strony wskazać na problem, który istnieje, z drugiej zaś strony poderwać też autorytet Kościoła i doprowadzić do tego, ażeby zaufanie wiernych do samej hierarchii, zaufanie w ogóle do instytucji Kościoła zostało zniszczone […].

Ochrona wizerunku rozgrywana jest przez stosowanie takiego stylu, jakby wszyscy wokół się sprzysięgli w aktach agresji przeciw Kościołowi, nastał czas ostatecznych prześladowań

Z jednej strony tworzy się programy seksualizacji dzieci […], żeby jak najwięcej zarobić na środkach antykoncepcyjnych, żeby puścić szybko w ruch życie seksualne […]. Z jednej strony jest pompowanie seksualizmu, nie mówiąc już o pornografii, oddziaływaniu internetu ciemnego na środowiska dzieci, młodzieży, starszych. A z drugiej strony właśnie potem atak na to, co spowodowało te przestępstwa. […] jest z jednej strony ogromny przemysł, który pompuje stronę seksualną, a z drugiej strony od razu pałką w głowę tych, którzy się poddają temu przestępstwu”[3].

Nie byłoby może powodu do alarmującego niepokoju, gdyby zjawiska, o których piszę, były udziałem wprawdzie sprawujących wysokie funkcje przedstawicieli episkopatu, ale dawały się zauważyć wyłącznie w spontanicznych wypowiedziach dla mediów albo gdyby widoczne były z rzadka w indywidualnych, wygłaszanych „na żywo” kazaniach parafialnych. Problem jednak w tym, że to jest język władzy w Kościele i wygląda na to, że jest on obmyśloną retoryczną strategią, praktykowaną w wypowiedziach wcześniej przygotowanych, nawet kierowanych do wiernych na piśmie, gdy trudno cokolwiek kłaść na karb językowej nieudolności, chwilowych emocji czy ludzkiej słabości płynącej z braku odwagi.

Nie potrafię przyjąć tej praktyki kampanijnej bez wstydu i zażenowania czy usprawiedliwić jej tylko niezręcznością sformułowań. Coraz trudniej też wobec jej zalewu przychodzi mi znalezienie argumentów, by bezpiecznie czuć się w moim Kościele i dać moim dzieciom poczucie takiego bezpieczeństwa, a nade wszystko sensu trwania w nim mimo wszystko.


[1] I. Bajerowa, „Kilka problemów stylistyczno-leksykalnych współczesnego polskiego języka religijnego”, w: „O języku religijnym”, red. M. Karpluk, J. Sambor, Lublin 1988, s. 35.
[2] Pisząc ten tekst, korzystam z pełnego nagrania konferencji udostępnionego na stronie https://www.youtube.com/watch?v=Ry8x6WLWK8k przez Punkt Widzenia TV [dostęp: 23.04.2019).
[3] Tamże.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj