Z komunikatu Konferencji Episkopatu Polski wynika, że abp Charles Scicluna przyjechał do Polski po to, aby pochwalić nasz episkopat za opracowanie świetnych wytycznych do walki z przestępstwami seksualnymi w Kościele. Czy polscy biskupi naprawdę nie mają sobie nic do zarzucenia?

Zakończyła się jednodniowa wizyta w Polsce abp. Charlesa Scicluny, sekretarza pomocniczego Kongregacji Nauki Wiary, od lat walczącego z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich w Kościele. Jedni są rozczarowani jej przebiegiem, a nawet oburzeni, inni z kolei zachwyceni sami sobą.

Z komunikatu Konferencji Episkopatu Polski można wnioskować, że abp Scicluna przyjechał po to, aby pochwalić polski episkopat za opracowanie świetnych wytycznych i dokumentu o prewencji. Nic nowego, przecież Kościół w Polsce ma misję do spełnienia nie tylko w Europie, ale i świecie. Po prostu: jesteśmy najlepsi. Nic nam tego samopoczucia nie odbierze.

To, że mamy dobre wytyczne, nie znaczy wcale, że są one stosowane wszędzie w taki sposób, aby dobro osoby skrzywdzonej było na pierwszym miejscu. O tym mówił zresztą maltański arcybiskup – od dokumentu trzeba przejść do jego wiernej realizacji. Zatwierdzony pięć lat temu dokument o prewencji też jest dobry, ale dopiero niedawno zaczyna być znany i powoli wcielany w życie.

Można tak dalej wymieniać, ale rodzi się pytanie – po co? Czy nasi biskupi naprawdę nie mają sobie nic do zarzucenia? Czy autentycznie czują się tak wspaniali? Jeśli tak, to faktycznie żyją w innej rzeczywistości niż duża część członków Kościoła w Polsce.

Mamy obecnie precyzyjne procedury, według których należy działać, aby nastąpiło zwolnienie biskupa z kościelnych funkcji. Oczekiwanie, że ktoś przywiezie w teczce dymisje hierarchów, jest naiwnym myśleniem życzeniowym

Gdyby z kolei odnieść się do głosów części „oświeconych” mediów, należałoby uznać, że abp Scicluna jest nieporadny i w sumie nie wie, po co przyjechał. Nie przeczytał przecież prasówki, jaką dwie panie, które z Markiem Lisińskim przyjechały w lutym do Rzymu, wręczyły papieżowi, a także nie zapoznał się z ich „mapą kościelnej pedofilii” i dlatego nie przywiózł listy z nazwiskami biskupów do zdymisjonowania. Wielu oczekiwało „drugiego Chile”, nie przyjmując do wiadomości, że watykański hierarcha przyleciał do Polski na jeden dzień szkolenia, w dodatku na zaproszenie KEP. Jak widać, nie są ważne fakty, ważniejsze pozostają własne projekcje i uprzedzenia. A wraz z nimi rozczarowanie i agresja.

Czy w Polsce powtórzy się scenariusz z Chile? Z dużym prawdopodobieństwem nie, gdyż w Kościele jesteśmy po lutowym szczycie przewodniczących episkopatów w Watykanie i po motu proprio „Vos estis lux mundi” –mamy obecnie precyzyjne procedury, według których należy działać, aby nastąpiło zwolnienie biskupa z kościelnych funkcji. Oczekiwanie, że ktoś przywiezie w teczce dymisje hierarchów, jest naiwnym myśleniem życzeniowym. W żadnej instytucji, gdzie szanuje się prawo, takie działania nie są możliwe. Nowe motu proprio wskazuje jasno, co należy zrobić, jeśli są podstawy do zarzutów o ukrywanie pedofilów w sutannach, czy też o czyny przestępcze wobec osób małoletnich i innych podatnych na zranienie. Należy je po prostu zastosować. Gdy to nie zadziała, to ingerencja z zewnątrz ma sens, ale i tak nie obędzie się bez poważnego dochodzenia i procesu.

Mamy w Polsce środowiska, które angażują się w to, by oczyścić Kościół, pracują na rzecz ochrony dzieci i młodzieży nie tylko w Kościele. Jest wiele osób znanych i nieznanych z nazwiska, jest o. Adam Żak SJ, koordynator episkopatu ds. ochrony dzieci i młodzieży. Działa inicjatywa „Zranieni w Kościele”, inicjatywa „To jest nasza sprawa” i inne. W nich moja nadzieja.