Religijność to wyraz umysłowej niedojrzałości; wiara w Boga niczym się nie różni od wiary w krasnoludki; Biblia to podszyte horrorem bajeczki o wiecznie obrażającym się na ludzi bóstwie – powiadają antyreligiancko nastawieni dziedzice Oświecenia. Jak na to odpowiadać?

Od miesięcy, z dnia na dzień coraz silniej, targa mną wewnętrzny niepokój. Wiem już na pewno, że w konfrontacji z wszystkimi wieściami na temat kryzysu w Kościele, skandali pedofilskich czy postępującej sekularyzacji na świecie i w Polsce moja wiara religijna nie okazała się oporna na ciosy. Czasem mam poczucie, że na niewiele już mi się zdają powtarzane od dzieciństwa wezwania do duchowej wytrwałości, czuwania i modlitwy. Bronię się przed myślą, że mój Kościół właśnie intensywnie zaczął doświadczać rozpadu.

Natychmiast jednak pojawili się podsuwający swoje jedynosłuszne recepty doradcy. Prof. Jan Hartman, etyk, nie pozwala mi na przeżywanie bezproduktywnych rozterek:

„Chcę powiedzieć coś, co wybrzmiewa bardzo rzadko w przestrzeni publicznej, a powinno być mówione na co dzień i pełnym głosem: przynależność do Kościoła katolickiego i płacenie nań jest głęboko niemoralne i hańbiące. Nikt nie może dziś tłumaczyć się, że nie wie, jak potwornym, niekończącym się pasmem zbrodni jest historia tej organizacji i jak niesamowita jest skala jego zepsucia i zwyrodnienia w naszych czasach. Każdy katolik ma dostęp do wiedzy o straszliwych represjach i terrorze naznaczających tysiąclecie totalitarnej władzy papiestwa w Europie, podobnie jak do informacji o gigantycznej liczbie księży gwałcicieli, o głodzeniu i zabijaniu dzieci w Irlandii, o masowych nadużyciach księży wobec zakonnic, o masywnych i trwałych powiązaniach mafijnych Watykanu etc. […]

Katolik musi dziś to wszystko przemyśleć i wyciągnąć wnioski. Nowoczesność dała mu bowiem wystarczające wykształcenie, żeby zaciążył na nim moralny obowiązek myślenia. Musi też, z tego samego powodu, dowiedzieć się, jakie są właściwie doktryny kościelne i zawarte w nich przekonania moralne. Dowiedzieć się – bo ogromna większość nie ma o tym pojęcia. A gdy już się czegoś dowie, niechaj sobie zada pytanie, czy wypada mu wierzyć, że przez chrzest stał się lepszy od innych ludzi, gdyż otrzymał od Boga specjalne łaski i cnoty? Czy wypada mu wierzyć, że kiedyś wszyscy ludzie na ziemi wyrzekną się swojej wiary i swojej kultury, uwolnią się od błędu islamu, hinduizmu, buddyzmu i ukorzą się przed Jezusem Chrystusem, który przyjdzie na ziemię jako Król? Czy to po prostu wypada kulturalnemu człowiekowi w XXI w.?”[i].

Wierząc w Kościele, pozostaję zatem – zdaniem profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego – w przymierzu ze złem. Trwanie w tej wierze powinno być dla mnie powodem do wstydu.

Nie zaprzeczę: gliniane naczynie, w którym wedle św. Pawła przechowywałem – podobnie jak inni przyznający się do Chrystusa – wielki skarb (por. 2 Kor 4,7) pod uderzeniem takich pocisków zaczęło kruszeć. Dotąd miałem nadzieję, że mimo oczywistych trudności spotkanie z niewierzącymi oraz wspólna rozmowa na temat wiary i niewiary są możliwe. Prof. Hartman (a z nim stale rosnąca – o czym przekonuję się każdego dnia za pośrednictwem różnego typu mediów – masa doradców-oskarżycieli wskazujących palcem na takich jak ja) nie pozostawia mi w tym względzie żadnych wątpliwości: „Nie ma czegoś takiego jak światły i otwarty katolicyzm. Nie łudźcie się, straszni mieszczanie! Doktryna jest, jaka jest. Weź oficjalny katechizm (jakże ugrzeczniony wobec dawniejszych pism kościelnych!) i czytaj – zdanie po zdaniu. Ile napotkasz w nim wrażliwości moralnej, dobroci, szacunku dla prawdy i dla wiedzy, ile tolerancji, ile szacunku dla odmienności i różnic między ludźmi, dla równości i wolności, a ile spotkasz obłudy, ciemnoty, fanatyzmu, pychy, przewrotności, gwałtu na sumieniu w imię sumienia?”[2].

Na tej wojnie nikomu nie wydaje się potrzebny mistycyzujący Dostojewski. Podobnie jak nieumiejący pozbyć się wiary w Boga orędownicy dialogu z niewierzącymi

Prof. Hartman (i jego liczni consortes) podsuwają mnie – strasznemu mieszczaninowi w „zgrozie zimowej, ciemnym konaniu” – prosty przepis na uwolnienie się od brzemienia haniebnej niemoralności, obłudy i głupoty, na które skazuje wiara religijna. Wedle ich niezachwianej wiary jedynie słuszne, wyzwalające dla mnie rozwiązanie jest nieodparte i proste. Zbyt wiele lat życia poświęciłem chimerom (czy też raczej „rosnącym warstwami bredniom potwornym” z wiersza Tuwima o strasznych mieszczanach). Powinienem zatem wychwalać czas, w którym świat bez religii staje się wreszcie realną opcją.

Nie musi mnie przy tym dziwić, że nie od razu doświadczę w sobie ekstazy uwolnienia. Ważne, bym uznał, że w społeczeństwie obojętnym względem jakiejkolwiek wiary religijnej będzie wreszcie lepiej, sprawiedliwiej, uczciwiej i radośniej. Chwilowe trudności nie mogą mnie powstrzymywać od dołączenia do prawdziwego wspólnotowego „my”. Trzeba natomiast uwierzyć (sic!), że w ten sposób ustąpią kiedyś dylematy związane z Bogiem, którego obdarzać chcemy – na równi niemądrze – ufnością bądź nieufnością. Taka jest w każdym razie rada pisarza Ziemowita Szczerka: „Chodzi o to, by wypchnąć na stałe religię ze sfery decyzyjnej. I pamiętajmy też, że świat bez religii będzie dla wielu ludzi pusty, pozbawi się mięśni, motywacji, ścięgien, duszy. Pamiętajmy, że to my [lewica – S. D.], nie tylko prawica, musimy brać aktywny udział w wielkiej debacie, «co po trupie nieistniejącego Boga», podawać ludziom nadzieję i cel. To jest nasze wielkie zadanie, a nie zwykłe prostackie narzekanie, że ksiądz gwałci dzieci, a Bóg to ch… [w oryginale: bez wielokropka – S.D.], bo pozwolił na Auschwitz”[3].

Wyzwolony Szczerek w imię darowywania innym „nadziei i celu” nie pozwala sobie na przesilone wątpliwości odnośnie Boga, który dopuszcza cierpienia niewinnych[4]. „Bóg, który nie istnieje” jest dla autora „Siódemki” tylko użytecznym orężem w rękach prawicy (wolno sądzić, że jej zwolennicy i tak w większej swej części w żadnego żyjącego Boga nie wierzą), z którą dziś walczy nowa lewica, mająca za giermków co bardziej uczciwych bezbożnych liberałów. Mistycyzujący Dostojewski – wraz ze stworzonym przez siebie alter ego: Iwanem Karamazowem – na tej wojnie nikomu nie wydaje się potrzebny. Podobnie jak nieumiejący pozbyć się wiary w Boga orędownicy dialogu z niewierzącymi. Ci zresztą są wrogami zarówno prawicowej, jak i lewicowej armii. Mój wieloletni przyjaciel, związany z „nową lewicą”, stwierdził ostatnio bez ogródek: „Nie ma żadnego «Kościoła otwartego». Wystarczy odrobinę poskrobać, żeby z kulturalnego i pełnego ogłady katolickiego intelektualisty zeszła politura. I klerykał, i „otwartysta” chcą tego samego. Ci pierwsi są tylko bardziej szczerzy od drugich”[5].

W wojnie toczonej na trupie nieistniejącego Boga nie ma przyjaźni.


[1] J. Hartman, „Wstyd być katolikiem!”, hartman.blog.polityka.pl/2019/03/15/wstyd-byc-katolikiem [dostęp: 13.05.2019].
[2] Tamże.
[3] Z. Szczerek, „Europa będzie oświecona albo będzie bezludna”, krytykapolityczna.pl/felietony/ziemowit-szczerek/europa-islam-a-oswiecenie [dostęp: 13.05.2019].
[4] Por. S. Duda, „Przesilona wątpliwość”, Warszawa 2018.
[5] A. Leszczyński, „Do kochanych katolików od «przyjaciela ateisty»”, krytykapolityczna.pl/kraj/do-kochanych-katolikow-od-przyjaciela-ateisty [dostęp: 13.05.2019].

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, lato 2019

Kup tutaj