Dlaczego, chociaż kontakty Jacksona z dziećmi od początku nosiły znamiona Wielkiej Manipulacji, tak bardzo chcieliśmy wierzyć, że są one niewinne, a nawet więcej – typowe dla kultury celebryckiej?

Po pierwsze, empatia. Jeśli planujemy stanąć w szranki z „Leaving Neverland” – dokumentem, który ledwie przed kilkoma dniami wysadził w powietrze kult Michaela Jacksona – i wynieść z tej konfrontacji coś więcej niż tylko pogłębiające się poczucie paranoi, będziemy potrzebować jej w nadmiarze. Nie tylko dlatego, że nasza kultura ma zupełnie bezkrytyczny stosunek do, skądinąd fundamentalnej, zasady domniemania niewinności – co przez lata pozwalało opinii publicznej bagatelizować, a nawet otwarcie dyskredytować świadectwa ofiar przemocy seksualnej.

Tak, czterogodzinny miniserial – pełna niezwykle intymnych szczegółów filmowa psychoterapia dwóch mężczyzn, Wade’a Robsona i Jamesa Safechucka, którzy utrzymują, że w dzieciństwie byli molestowani przez jedną z najbardziej wpływowych osób na Ziemi – nie przynosi żadnych nowych dowodów w starej sprawie. O problemach Jacksona z wymiarem sprawiedliwości wiedzieliśmy doskonale, podobnie jak o „ekscentryzmach” rancza Neverland i prowadzaniu się z dziećmi po czerwonych dywanach. Tyle że dziwactwo to jeszcze nie krzywda, a o zbrodni i karze decyduje prawomocny wyrok sądu.

„Leaving Neverland” ma jednak moc oddzielania żywej oceny etycznej od nie zawsze dobrze naoliwionych urządzeń prawno-instytucjonalnych. Jeśli w trakcie seansu uda nam się uruchomić empatię, film odsłoni przed nami swoją ponadprzeciętną wartość diagnostyczną. Da wgląd w mechanizmy odpowiedzialne za milczenie, wyparcie, a nawet – jak w przypadku Robsona – obronę swojego kata, które przeciwnicy tak zwanego „polowania na czarownice” bardzo chętnie przywołują jako dowód na to, że oskarżanie znanych i lubianych po wielu latach od domniemanej zbrodni to przede wszystkim kwestia zemsty, chciwości i wojny o wpływy. Bo jak to możliwe, że ofiary przez dekady stały murem za sprawcami, a teraz nagle zmieniają zdanie i publicznie mówią o swojej krzywdzie i życiu w cieniu traumy? Dlaczego – skoro wczoraj było tak różne od dzisiaj – mielibyśmy wierzyć temu, co teraz, a nie temu, co wtedy? Prawda to zjawisko bardzo kruche i migotliwe, podobnie jak słowo jest na sali sądowej wciąż orężem słabszym od obrazu.

A jednak nowy, empatyczny stosunek do pozasądowych świadectw ofiar przemocy seksualnej jest dzisiaj możliwy także dlatego, że rewolucja #metoo przeforsowała zmianę w dotychczasowym pejzażu etycznym. Nie wystarczy już powiedzieć, że Jacksonowi – chociaż stawał w obliczu wymiaru sprawiedliwości dwukrotnie, w 1993 i 2005 roku – nigdy niczego nie udowodniono, a więc teraz, dziesięć lat po jego śmierci, nie wypada rzucać kamieniami w dinozaury i stresować globalnej fanbazy króla popu.

Po Weinsteinie i spółce z pełną odpowiedzialnością można przeformułować stare twierdzenia w nowe pytania – dlaczego właściwie nie powinniśmy i dlaczego niczego nie udowodniono? A jeśli odpowiedź wciąż pozostaje zbyt łatwa – bo nie było twardych dowodów (albo: bo wygrały z nimi wielkie pieniądze) – spróbować jeszcze ją pogłębić: dlaczego, chociaż kontakty Jacksona z dziećmi od początku nosiły znamiona Wielkiej Manipulacji, tak bardzo chcieliśmy wierzyć, że są one niewinne, a nawet więcej – typowe dla kultury celebryckiej? Jakie były źródła tej zbiorowej halucynacji? I czy na pewno wszystko można zrzucić na popkulturę i jedno z jej podstawowych założeń – profesjonalne wytwarzanie iluzji?

Z uwodzenia dzieci Jackson uczynił globalny spektakl telewizyjny, co paradoksalnie jeszcze wzmocniło powszechne przekonanie o jego dobrych intencjach i szczerości

Empatia jest niezbędna również po to, żeby odczuć grozę i potęgę wykreowanej przez Jacksona fantasmagorii. Jako antropolog kultury wizualnej mógłbym powiedzieć, że Jacksonowski wizerunek Piotrusia Pana dawał się czytać w kategoriach tak zwanego „mocnego obrazu”. Zawierał w sobie i osobistą traumę nieszczęśliwego – czy nawet więcej: nieprzeżytego – dzieciństwa, i kapitalistyczny mit self-made mana, który nieprzebraną nadwyżkę gotówki inwestuje nie w zmiany systemowe, ale w łatwe do sfotografowania szczęście wybranych jednostek. Była tam opowieść o nieprzeciętnej wrażliwości na los wykluczonych, spleciona z osobowością tak infantylną, że każdy i każda chcieli mu matkować i obdarzać go bezgranicznym zaufaniem. To kolaż posklejany z neoliberalnych klisz i mitów, z dominującą figurą magika-artysty, indywidualności tak skrajnej i wyrazistej, że udało jej się przełamać bariery rasowe, klasowe i cielesne, a w końcu wymknąć się także jasnym kryteriom etycznym.

Warto spojrzeć na ten obraz w kategoriach bezprecedensowego sukcesu nowoczesnych strategii PR-owych – zniknął Amerykanin, zniknął potomek czarnych niewolników, zniknął nawet tancerz i utalentowany kompozytor. Został Jackson – człowiek-ikona, globalna marka i logotyp reprodukowany w milionach egzemplarzy od Chin po Argentynę. Instytucja konsumująca gigantyczne ilości dóbr, stawiająca w ogródku rollercoastery i prywatne parki zoologiczne, a drugą ręką – dzięki zmyślnej machinie filantropii – uspokajająca własne wyrzuty sumienia i wyręczająca państwo w obowiązkach socjalnych. W Polsce lat 90. – zwariowanej na punkcie amerykańskiego modelu kapitalizmu – taka neoliberalna transgresja musiała się wydawać czymś nieskończenie atrakcyjnym.

W „Leaving Neverland” najstraszniejsze nie są zatem momenty skrajnie „trzewiowe”, wywołujące odruch wymiotny i ból w okolicach mostka. Oczywiście, obecnej w dokumencie afektywnej, perswazyjnej mocy słów i obrazów nie sposób przecenić. Na przykład kiedy Safechuck obraca w drżących dłoniach obrączkę, którą dostał od Jacksona jako 10-latek w bulwersującym akcie zaślubin. Albo kiedy wylicza z pamięci wszystkie miejsca w posiadłości gwiazdora, w których musiał uprawiać z nim seks. Albo gdy Safechuck i Robson na jednym wydechu przyznają, że wciąż kochają Michaela – za uwagę, dobroć, łagodność i pomoc w karierze – a jednocześnie całe ich dotychczasowe życie minęło niczym sen, w poczuciu psychicznego wydrążenia i trudnego do zdefiniowania odium winy. Że wciąż – mimo czterdziestki na karku – czują się jak kilkuletni chłopcy. Umówmy się, takich słów nie wypowiada się dla pieniędzy, podobnie jak nie odgrywa podobnych emocji. Szansa, że na planie filmowym spotkało się dwóch wybitnie inteligentnych psychopatów, pozostaje równie nikła.

O wiele bardziej uderzająca staje się jednak świadomość, że przyjmowany bezkrytycznie przez rzesze wielbicieli neoliberalny mit milionera-filantropa służył przez lata jako zasłona – dymna i zupełnie dosłowna – dla seksualnego drapieżnika. W kontrze do popularnej fanowskiej teorii, że jeśli nawet Jackson krzywdził, musiał to robić nieświadomie, jak dziecko dziecku, bo jego infantylizm nosił znamiona głębokich zaburzeń osobowości. Tymczasem z opowieści Robsona i Safechucka wyłania się obraz mężczyzny, który precyzyjnie wybierał swoje ofiary – najczęściej chłopców ze zubożałych klas średnich – a następnie grał z nimi w cyniczną ciuciubabkę.

Zaczynał od emocjonalnego i ekonomicznego uzależnienia rodziców – poprzez drogie prezenty, podróże pierwszą klasą, wywoływanie poczucia wyjątkowości i miłości ze strony najpopularniejszego człowieka na Ziemi – potem bombardował telefonami i listami, kończył zaś na szantażu i groźbach porzucenia. Setki zapisów z poczty głosowej i faksu to materiały, których nie da się łatwo zdyskredytować. Do zakończenia „związku” z chłopcami prędzej czy później i tak dochodziło, bo dla Jacksona granicą seksualnej atrakcyjności były okolice piętnastego roku życia. I chociaż wydaje się to z dzisiejszej perspektywy zupełnie nierealne, matki molestowanych dzieci nie tylko zgadzały się na spanie kilkulatków w jednym łóżku z obcym mężczyzną, ale – żeby bez przeszkód czerpać osobiste korzyści ze znajomości z gwiazdorem – były w stanie rozbić w drobny mak swoje dotychczasowe rodziny, sieci społeczne, style życia.

Pomijając brak odpowiedzialności i zwyczajną ludzką głupotę, na mit szlachetnego milionera i kochanego Piotrusia Pana („Był dla mnie jak własne dziecko” – wyznaje z ekranu matka Robsona) musiał nałożyć się jeszcze ten trzeci, być może najważniejszy czynnik – przekonanie, że TAKIE rzeczy nie mogą przytrafić się dziecku. A jeśli nawet mogą, to już na pewno nie mojemu. Mit zdradziecki, arcydestrukcyjny, dający szerokie pole do popisu wszelkiej maści manipulatorom, którzy pozycje zależności są w stanie wykorzystać do krzywdzenia najsłabszych i najbardziej niewinnych. I niestety, jak pokazują teraźniejsze wyznania rodzin Robsona i Safechucka, mit wciąż żywy. Przynajmniej tam, gdzie w grę wchodzą władza i pieniądze.

Na koniec warto zwrócić uwagę, że „Leaving Neverland” traktuje nie tylko o przemocy seksualnej i mechanizmach naturalizowania ludzkiej krzywdy. To także film o globalnych nierównościach, o dekadach neoliberalnej transformacji zachodnich gospodarek, którego apogeum przypadało na lata 80. i 90., czyli także okres największej świetności, a w końcu kulturowej deifikacji Michaela Jacksona. Król popu umiera niecały rok po eksplozji amerykańskiej bańki hipotecznej. Odchodzi razem z narracją o wzroście i bogactwie jako horyzoncie wszelkich zdarzeń. Wiele wskazuje na to, że przed śmiercią udało mu się zrealizować własną pedofilską fantazję – zbudować na publicznym widoku gigantyczny plac zabaw, na którym można bezkarnie rozdawać dzieciom cukierki, a następnie dotkliwie je krzywdzić. Fantazję, którą przeciętny pedofil – bez wielkich pieniędzy, wpływów i miłości mas – mógłby sobie co najwyżej narysować na kartce papieru.

Kapitał – ekonomiczny, społeczny, a w pewnym sensie również polityczny – pozwolił Jacksonowi odgrodzić się żelaznym kordonem nie tylko od ofiar własnych seksualnych nadużyć, ale również od świata kryminału. On – ikona mediów obecna pod każdą strzechą – z uwodzenia dzieci uczynił globalny spektakl telewizyjny, co paradoksalnie jeszcze wzmocniło powszechne przekonanie o jego dobrych intencjach i szczerości. Szybował ponad chmurami prawa i etyki, podobnie jak dzisiaj szybują tam kolejne bękarty neoliberalnych stosunków społecznych – szefowie Google’a, Amazona czy Facebooka razem ze swoją cyberwłasnością, która z kolei ma w posiadaniu nas wszystkich. Bogaci kupują sobie wolność, a potem kupują także wolność biednych. Tylko czy kogoś to jeszcze w ogóle obchodzi? W końcu, jak mawiał pewien klasyk polskiej myśli politycznej – tak działa wolny rynek, bejbe. Zakładajcie własne firmy, a może kiedyś zwyciężycie wszystkich Jacksonów tego świata, drodzy naiwniacy.