Nosimy w sobie żałobę, ale bez nadziei na zmianę. Żyjemy pewnością, że po pogrzebie prezydenta Gdańska wrócimy w stare koleiny oskarżania i nienawiści.

Od kilku dni wzbiera we mnie poczucie bezradności i braku sensu, którego nie są w stanie zniwelować kolejne, najczęściej rezonujące, wypowiedzi.

Patrzyłem na filmowe nagrania z kulminacyjnego momentu finału WOŚP w Gdańsku: ręce wzniesione ze „światełkiem do nieba”, głośna muzyka, zamieszanie na scenie, napastnik podbiegający do prezydenta Pawła Adamowicza i zadający mu szybkie ciosy nożem. Dramat, którego przez kilka długich chwil nie zauważyła chyba większa część zgromadzonej przed estradą publiczności. Morderca potraktowany przez licznych jako koncertowy artysta. Słowa do mikrofonu: „Nazywam się Stefan Miłosz, siedziałem niewinny w więzieniu, Platforma Obywatelska mnie torturowała, dlatego zginął Adamowicz”. W tle piosenka. Gdzieś z boku zraniony prezydent Gdańska, który bezsilnie osiada na scenie. Nożownika wreszcie ktoś powala i obezwładnia. Niebawem rozpoczyna się reanimacja ofiary, filmowana przez dziesiątki, jeśli nie setki telefonów komórkowych. Muzyka dobiega do uszu jeszcze przez jakiś czas. Milknie i wtedy coraz bardziej do głosu dochodzi przerażenie.

To, co się w tamtych chwilach działo na oczach wielu, niekoniecznie miało ekspresyjną moc antycznej tragedii. Arystoteles zakładał przecież, że oglądany przez widzów dramat zbrodni i nieugiętego losu miał prowadzić do wewnętrznego oczyszczenia – katharsis: „Tragedia jest naśladowczym przedstawieniem akcji poważnej, zamkniętej w sobie i posiadającej określoną wielkość, wypowiedzianym w mowie ozdobnej, zróżnicowanej w każdej swej części; przedstawieniem nie w formie opowiadania, lecz przez działanie, które przez to, że wzbudza litość i trwogę, dokonuje oczyszczenia takich uczuć”.

W Gdańsku na scenie nie wydarzyło się „naśladowcze przedstawienie”. Było to samo brutalne życie, bynajmniej niewypowiedziane „w mowie ozdobnej”. Ono zaś nie nosi w sobie wewnętrznej logiki, którą miały „zamknięte w sobie i posiadające określoną wielkość” tragedie. Co nie znaczy, że prawdziwa, dokonana na naszych oczach zbrodnia nie wzbudza w nas litości i trwogi. Te uczucia zdominowały Polskę po mordzie dokonanym na prezydencie Gdańska. Zginął przecież człowiek niewinny, a nad niewinnymi ofiarami zbrodni skłonni jesteśmy (niemal instynktownie) się litować. Odczuwamy też trwogę, bo raz jeszcze zdaliśmy sobie sprawę, jak krucha jest wspólna nam wszystkim egzystencja.

Upragnione oczyszczenie jednak nie przychodzi. Wiemy bowiem, że śmierć prezydenta Adamowicza to nie fikcja, więc niemożliwy jest względem niej zakładany przez filozofów estetyczny dystans. W śmierci tej nie odkrywamy też żadnej wzniosłej logiki: mordercą jest najpewniej człowiek chory, którego mowa nie ma w sobie nic z „mowy ozdobnej”. Mowa ta to tylko odprysk naszego wewnątrzpolskiego, niekończącego się swaru, któremu daleko do tragicznej wzniosłości i szlachetności. Trudno w takiej sytuacji odkryć „właściwą miarę” i przeżyć katharsis. Nosimy w sobie żałobę, ale bez nadziei na zmianę. Żyjemy pewnością, że po pogrzebie prezydenta Gdańska wrócimy w stare koleiny oskarżania i nienawiści.

Zza sceny w Gdańsku dało się raz jeszcze wyczuć ten przeciw-ludzki, szyderczy chichot: „dobro nie jest możliwe”. Wznosimy światełko do nieba, a zarazem potem pada człowiek zabijany przez innego człowieka. I natychmiast w przerażeniu daje się słyszeć szmery: „nie zapewniono właściwej ochrony”, „morderca był wyszkolony przez siły z wiadomej opcji, skoro dokładnie uczynił to, co zaplanował”, „nie wolno symetryzmem usprawiedliwiać nienawiści”, „to nie był mord polityczny – to był mord na polityku”, „niech za tę śmierć poczuje się odpowiedzialna strona, która powinna czuć się odpowiedzialna za eskalację konfliktu w ostatnich latach”, „nie będę płakać po zabitym, za życia nie był uczciwym człowiekiem”, „nie będę płakał po szefie akcji, której główne przykazanie »róbta, co chceta« musiało w końcu doprowadzić do katastrofy”.

Logika, która stoi za tymi krzykami, nie jest wewnętrzną logiką tragedii. Dlatego po czasie żałoby nie będzie oczyszczenia. Tak przynajmniej podpowiada szyderczy, dławiony drwiącym śmiechem szept. W głębi serca wiemy, że powinniśmy bronić się przed takim nieludzkim chichotem, bo w nim właśnie odsłania się najmocniej budzące przerażenie u teologów (a może po wielokroć już tylko wzruszenie ramion) misterium iniquitatis, tajemnica nieprawości. Niektórzy wciąż wierzą, że pomocą w tej obronie (która w swej istocie nie jest niczym innym niż walką) może być chrześcijańska wiara.

Czytamy w Liście do Efezjan: „W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu!” (Ef 6, 10-18).

Obronna walka, w której bronią mają być prawda, sprawiedliwość i gotowość głoszenia dobrej nowiny o pokoju? Można wciąż wierzyć, że za słowami tymi kryje się ciągle coś więcej niż puste brzmienie? Wielu z nas zgodziło się przecież, że są one tylko środkami do osiągania skutecznych wyników, których sens wcale nie musi mieć cokolwiek wspólnego z prawdą, sprawiedliwością i pokojem. Trudno się zatem dziwić, że tego nowotestamentowego wezwania często w naszej epoce nie jesteśmy w stanie potraktować poważnie. Także jako ostrzeżenia przed rozżarzonymi pociskami, które odsłaniają – jak zabójstwo w Gdańsku – naszą jak najbardziej oczywistą bezbronność. Nie darmo pytał Jezus: „Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?” (Mt 6,27). Czas żałoby po śmierci prezydenta Adamowicza wymusza na nas przypomnienie sobie tych słów. Nie uwolni nas jednak od lęku.

Ci z nas, którzy umieją się modlić, modlą się dziś, ale często bez nadziei na oczyszczenie i zmianę, bez wiary w zamknięcie konfliktu i urzeczywistnienie dobra (bo przecież słyszymy wciąż szyderczy chichot, że ono jest niemożliwe). Tym bardziej nie wolno nam nie pamiętać o znamiennym ostrzeżeniu z Listu św. Jakuba: „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz” (Jk 4, 1-3).

Wewnątrzpolską żądzą jest dziś podtrzymywanie wyniszczającego konfliktu. Stefan W. stał się dla nas heroldem złej nowiny w tym reżyserowanym przez nas od lat nie-tragicznym spektaklu. Czy ostatnim?