Przeciętna parafia ma około połowy praktykujących (to ocena raczej optymistyczna). Do drugiej połowy Ewangelia w praktyce nie dociera, a jeżeli już – to tylko sporadycznie i fragmentarycznie. Co zrobić, żeby docierała?

Moja mapa duchowa zawiera różne miejsca i różne środowiska: Jasną Górę, warszawskie Bielany z marianami, Rakowiecką z jezuitami, Laski z siostrami franciszkankami, Tyniec z benedyktynami, Stolarską w Krakowie z dominikanami i wreszcie Palazzo San Calisto oraz bazylikę Santa Maria in Trastevere w Rzymie, a także Asyż. A potem Ziemię Świętą, ojczyznę każdego chrześcijanina.

Musiałbym długo opowiadać, co z tych miejsc wynosiłem, jak mnie kształtowały, jak do nich wracam i po co. Opowiem jedynie o niezwykłym zjawisku czasowo-przestrzennym, mianowicie o Archidiecezji Krakowskiej w latach 1972-1979, która stała się dla mnie czymś w rodzaju duchowej ojczyzny. Im częściej o tej krainie i tym czasie myślę, tym bardziej jestem przekonany, że to jest podstawa do myślenia o przyszłości.

Chodzi mi o już po części zapomniany, a często nie rozumiany synod diecezjalny, powołany przez kardynała Karola Wojtyłę po Soborze. Wiadomo, że jego udział w tym soborze był znaczny i że najpierw poświęcił dużo czasu na analizę dokumentów soborowych i refleksję nad sposobami ich wprowadzania w życie. Wynikiem tego była najpierw książka („U podstaw odnowy”, Kraków 1972), a potem powołanie synodu.

Synodu niezwykłego, z kilku powodów. Najpierw dlatego, że był to synod otwarty dla wszystkich diecezjan – każdy mógł brać udział w pracy jednego z synodalnych zespołów studyjnych, jeśli zdecydował się na kilkuletnią pracę. Także ze względu na jego zasięg tematyczny, obejmujący również zagadnienia kultury, życia społecznego, gospodarczego i politycznego oraz sposób pracy polegający na cierpliwym uczeniu się i dialogu, stopniowym dochodzeniu do najlepszych propozycji.

Potrzeba gruntownej przemiany, inaczej procesy laicyzacyjne będą nie do zatrzymania. Trzeba w każdej parafii ogłaszać „mobilizację powszechną”, tworzyć najrozmaitsze zespoły środowiskowe czy tematyczne, organizować współpracę

Kiedy zastanawialiśmy się w ramach Komisji Przygotowawczej Synodu (która pracowała przez rok), ile może powstać takich zespołów i jak będą one pracowały, padały różne przypuszczenia. Ksiądz Kardynał liczył na kilkadziesiąt, powstało około pięciuset. I prawie natychmiast okazało się, że ich uczestnicy są pełni dobrej woli i zapału, nie czują się jednak przygotowani do tej pracy. Pamiętam doskonale zebranie zespołu lekarzy, na którym wysunąłem propozycję zajęcia się etyką zawodową pracowników służby zdrowia. Otrzymałem odpowiedź: najpierw musimy powtórzyć katechizm…

Trzeba więc było szybko zorganizować dokształcanie członków tych zespołów. Robiliśmy to przy pomocy zespołu prelegentów, którzy wygłaszali konferencje w wybranych kościołach, zaś teksty tych konferencji były potem przepisywane i dostarczane zespołom (później dowiedziałem się, że w diecezji lublańskiej, w Słowenii, istnieje zespół 100 prelegentów, którzy systematycznie objeżdżają parafie realizując program złożony z 300 tematów). To przygotowanie trwało rok.

Sporo czasu zajęło ustalenie tematów dokumentów i sposobu ich opracowywania. Zgodnie z sugestią Księdza Kardynała zostały one ułożone według tria munera Christi, trzech aspektów czy wymiarów misji Chrystusa: kapłańskiej, prorocko-nauczycielskiej i królewsko-pasterskiej. Innymi słowy w pierwszej części te, które odnosiły się do modlitwy i ofiary, w drugiej do przekazu Ewangelii, w trzeciej do czynienia dobra. Pozornie taki podział był jednym z wielu możliwych, w istocie był bardzo ważny, bo pokazywał, że każdy chrześcijanin ma udział w misji Chrystusa i Kościoła, każdy jest powołany do naśladowania Chrystusa, na swój sposób i w swoim środowisku, wespół z innymi.

Nie udało się zrealizować pełnego programu tematycznego, nie zdołaliśmy na przykład opracować dokumentu o sporcie. A wielka szkoda, bo to duże zaniedbanie, bardzo nam brakuje moralno-pedagogicznej refleksji na temat sportu, zwłaszcza obserwując komercjalizację i bijatyki na stadionach. Dziś zresztą to może już by trzeba włączyć ten temat do szerszego zagadnienia przemysłu rozrywkowego.

Zespoły redakcyjne poszczególnych dokumentów przygotowywały jedynie ich pierwsze części, zawierające podstawy teologiczne danego zagadnienia. Zespoły miały za zadanie przygotować część drugą i trzecią, to znaczy rozpoznać sytuację w swoim środowisku, zaproponować kierunki działania i sformułować odpowiednie zalecenia. Oczywiście nie wszystkie zespoły zajmowały się każdym z dokumentów, zazwyczaj wybierały sobie jeden temat.

Zespół redakcyjny otrzymywał więc kilkadziesiąt opracowań, z których starał się zrobić syntezę, a następnie wysyłał do zespołów pierwszą wersję dokumentu. Była ona dyskutowana, poprawiana i odsyłana do zespołu redakcyjnego, który dalej nad nią pracował i zwoływał zebranie przedstawicieli zespołów, którzy mieli możność wymiany swoich doświadczeń i dalszej dyskusji.

Dopiero po niej opracowywano projekt dokumentu, który był przedstawiany na zebraniu plenarnym i głosowany metodą soborową (placet, non placet, placet iuxta modum) czyli z możliwością zgłaszania dalszych poprawek, które najczęściej miały charakter językowo-stylistyczny.

Przy takiej metodzie było jasne, że synod musi trwać długo (7 lat) i że chodzi nie tylko o przygotowanie dokumentów ale o mobilizację Kościoła lokalnego, o postawienie go „w stan synodu”.

Tak się rzeczywiście stało. Miało się wrażenie, że się żyje już w innym Kościele, we wspólnocie ludzi, którzy czują się za niego odpowiedzialni, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami, szukają i podejmują inicjatywy, niekiedy realizowane przed zakończeniem synodu. Przyniósł on powstanie wartościowych dokumentów, w gruncie rzeczy nie one jednak były najważniejsze, a te kilka tysięcy ludzi uczących się, myślących, szukających, podejmujących inicjatywy. Dlaczego tak się stało? Dlaczego to się udało?

Chyba główną przyczyną był ten, który powołał Synod: niekwestionowany Autorytet dialogiczny. Właśnie ktoś przewyższający wszystkich, ale nastawiony na słuchanie i poszukiwanie wespół z innymi. Z każdym. Prawdziwy pasterz. Nie polski pastuch, który pędzi przed sobą krowy przy pomocy szczekających psów, lecz biblijny pasterz szukający wody i pożywienia, za którym idą owce, bo wiedzą (czują), że zmierza w dobrym kierunku.

Czy taki synod może być wzorem powszechnym? Nie mam wątpliwości, że w swojej istocie może sprawdzić się wszędzie. Więcej jeszcze, może być wzorem nie tylko dla synodów, ale dla codziennego życia Kościoła. Jest to dla mnie model Kościoła przyszłości, także na poziomie parafii czy dekanatu.

Spójrzmy trzeźwo na obecną sytuację. Przeciętna parafia ma około połowy praktykujących (to ocena raczej optymistyczna). Do drugiej połowy Ewangelia w praktyce nie dociera, a jeżeli już to tylko sporadycznie i fragmentarycznie. Co zrobić, żeby docierała? W jaki sposób? Kto ma to robić?

Pierwsza połowa słucha niedzielnych kazań, ale one systematycznej formacji nie dają, mimo centralnych programów duszpasterskich. Załóżmy, że taka formacja istnieje u tych, którzy brali udział w katechizacji, jednak tam ważnych problemów ludzi dorosłych nie ma.

Wszyscy natomiast są poddani oddziaływaniu współczesnej kultury, która dosyć często, świadomie lub najczęściej nieświadomie, rozbija chrześcijańską (lub w ogóle jakąś spójną) wizję człowieka i w życie chrześcijan wprowadza chaos lub dualizm.

Mamy wprawdzie stosunkowo dużo – jak na Europę – duszpasterzy, ale mogą oni każdej rodzinie poświęcić jakieś piętnaście minut rocznie – taka jest mniej więcej praktyka wizyt duszpasterskich. A poza tym brakuje duszpasterzy mających odpowiednią wiedzę w różnych dziedzinach życia, taką, która by im pozwoliła rzeczywiście skutecznie pomagać w życiu chrześcijańskim ludziom różnych zawodów (podlegających ciśnieniu rozpowszechnionej „niemoralności zawodowej”) czy środowisk. I bardzo często brakuje świeckich mających jakąś głębszą chrześcijańską kulturę zawodową czy społeczną. Stąd szereg duszpasterstw prowadzi działalność raczej pozorną czy symboliczną.

Oczywiście ludzie święci nawracają do Boga innych, ale nie zawsze powoduje to rozwinięcie dojrzałej kultury chrześcijańskiej. Jest więc oczywiste, że potrzeba gruntownej przemiany, inaczej procesy laicyzacyjne będą nie do zatrzymania. Widzimy, jak daleko poszły w niektórych krajach.

Można albo próbować zbliżać się do ideału Kościoła, albo pozostawać na jego antypodach, w stadno-urzędowych ramach, prowadząc podwójne życie, chrześcijańskie i świeckie, coraz bardziej rozbieżne

Trzeba więc w każdej parafii ogłaszać „mobilizację powszechną”, tworzyć najrozmaitsze zespoły środowiskowe czy tematyczne, organizować współpracę na poziomie dekanalnym, diecezjalnym, krajowym i międzynarodowym. Cierpliwie przekonywać, że każdy chrześcijanin jest naśladowcą Chrystusa, że ma się modlić i ofiarowywać swoje cierpienia za innych, że ma zwyczajnym słowem mówić o najważniejszych sprawach człowieka, troszczyć się o konkretnych ludzi i o dobro wspólne. I starać się współdziałać z innymi, bo jest we wspólnocie, której głową jest Chrystus. Zaś parafia nie jest gettem, lecz wspólnotą otwartą na współpracę z wszystkimi ludźmi dobrej woli i instytucjami, które coś dobrego robią. A wszystko to w duchu prawdziwie kościelnym, czyli wspólnotowo-rodzinnym. Przy usilnym staraniu się, aby wśród nas nie było nikogo opuszczonego, pozostawionego na łaskę losu (lub sporadycznych filantropów), ale też nikogo bezczynnego, obojętnego na los innych.

Jak daleko jesteśmy od tego ideału? Niech każdy oceni sam, zaczynając od siebie samego.Czy to nie jest utopia? Oczywiście nie ma nic doskonałego na ziemskim padole, jednak można albo próbować zbliżać się do ideału, albo pozostawać na jego antypodach, w stadno-urzędowych ramach, prowadząc podwójne życie, chrześcijańskie i świeckie, coraz bardziej rozbieżne.

Nie można też zapominać o tym, że w gruncie rzeczy nie tak wiele wiemy o życiu Kościoła. Spotykać można nieraz zaskakujące osiągnięcia, ale mało kto o nich wie – zawodzi komunikacja. Upowszechnienie ich mogłoby wiele pomóc. To też temat do rachunku sumienia – ludzi i instytucji.

Po ostatniej pielgrzymce Pasterza już chyba nie można tylko klaskać i deklarować (czy deklamować), trzeba za Nim rzeczywiście iść. Głębokie wzruszenie domaga się odpowiedniego działania – i współdziałania.

P.S. Podobną jak krakowska metodą pracował synod katowicki – i prawie w tym samym czasie. Może by ktoś opisał jego przebieg i dorobek?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2003 pod tytułem  „Kościół «w stanie synodu»”, w ramach ankiety „Mapa duchowa polskiego chrześcijaństwa”.