Czy księża wiedzą cokolwiek o psychopatologii, o nawiązywaniu relacji z osobami, które pragną wyjaśnienia doświadczanych wizji? Czy umieją poradzić sobie z lękiem, który w rzeczywistości psychiatrycznej jest całkowicie naturalnym zjawiskiem?

W związku z bezcenną dyskusją prowadzoną na łamach kwartalnika „Więź” i portalu Wiez.pl pod hasłem „Niepełno(s)prawni w Kościele” przypomniało mi się pytanie: „Przepraszam, ale czy może mnie pan pokierować do duszpasterstwa osób chorych psychicznie?”. Zadała mi je kiedyś kobieta – matka dwóch młodych mężczyzn, którzy doświadczali choroby psychicznej.

I ta kobieta, i ja uczestniczyliśmy w pewnej konferencji. Ona słuchała, mnie natomiast poproszono o kilka refleksji na temat „Religia w kukułczym gnieździe”. Gdy usłyszałem to pytanie, w zasadzie na chwilę zamarłem. Uświadomiłem sobie bowiem, że miało ono znacznie więcej treści niż mój kilkunastominutowy wykład dotyczący relacji między prawem wyznaniowym a prawami pacjenta szpitala psychiatrycznego. Pytanie owej matki dotyczyło bowiem pragnienia spotkania ludzi chorych z Kościołem, a przede wszystkim z Bogiem.

Widzą i słyszą więcej

Profesor Antoni Kępiński już blisko pięćdziesiąt lat temu pisał na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Gdy jakiś człowiek narusza swoim zachowaniem hierarchię prawdopodobieństwa, gdy jego wyraz twarzy, modulacja głosu, treść wypowiedzi, czyny itd. są całkowicie niezgodne z naszym oczekiwaniem, wówczas zostaje on zakwalifikowany jako «dziwny», «inny», czyli nienormalny (polskie «wariat» od varius, francuskie alien od alienus). To samo można powiedzieć o świecie, który wciąż narusza naszą hierarchię prawdopodobieństwa; staje się on światem «zwariowanym». Jest on obcy, niezrozumiały, niekiedy odstręczający, wywołuje poczucie alienacji”.

Czytając kolejny raz słowa tego wielkiego krakowskiego myśliciela, przypomniałem sobie pewną scenę, jaka miała miejsce w mojej parafii. Znajoma zwróciła serdecznie i z uśmiechem uwagę pewnej kobiecie, która cały czas mówiła coś pod nosem. Subtelnie przyłożyła palec do buzi i poprosiła kulturalnie o ciszę, przypominając, że trwa Eucharystia. Reakcja z drugiej strony była całkowicie zaskakująca. Pojawiły się krzyki, oskarżenia, wręcz wulgaryzmy… Kobieta, której zwrócono uwagę, przychodzi na mszę codziennie. Wszyscy mogą usłyszeć jej głośny śpiew, równie głośne komentarze oraz zaczepki. Gdy jednak Msza św. się kończy, powoli podchodzi ona do ołtarza, kłania się i subtelnie gasi świece. Czy jest dla niej miejsce w Kościele?

Pytanie to nie jest jakaś pustą i płytką prowokacją. Chodzi mi o zwrócenie uwagi na bardzo poważny i specyficzny problem, jaki możemy dostrzec w naszych kościołach. Dotyczy on osób, które, jak mawiał wspomniany Kępiński, „widzą i słyszą więcej”. Niestety, przez to również ich cierpienie jest znacznie większe. Trudno je bowiem niejednokrotnie określić, nazwać i zdiagnozować.

Nie chcę w tym miejscu dokonywać jakichkolwiek gradacji. Choroba psychiczna – swoista niepełnosprawność psychiczna – tym różni się od fizycznej, że jest trudno dostrzegalna. Wzbudza ona ponadto nie tyle zainteresowanie czy nawet politowanie, ile przede wszystkim lęk przed niezrozumiałymi i nagłymi zachowaniami.

Skarga na kapłana

Od czasów licealnych wiedziałem, że „skończę w szpitalu psychiatrycznym”. Prawie codziennie – przez kilka lat – bywałem w ośrodku adaptacyjnym dla dzieci głęboko niepełnosprawnych. Potem poszedłem na studia z pedagogiki specjalnej, cały czas jeżdżąc z dziećmi niepełnosprawnymi na obozy integracyjne. Po studiach najpierw pracowałem z osobami uzależnionymi, by wreszcie podjąć pracę w kilku szpitalach psychiatrycznych na terenie województwa łódzkiego. Tym tematem zająłem się również w ramach pracy naukowej.

Najważniejsze dla mnie jest jednak doświadczenie relacji z bardzo bliską osobą z mojej rodziny, która jest niepełnosprawna intelektualnie. Wiele lat temu pojawiły się u niej także objawy psychotyczne na tle religijnym. Postaci Maryi i Jezusa „nabrały innych kształtów”. Choroba doprowadziła do pojawienia się lęku i strachu o „życie Zbawiciela”. Jak w takim stanie rozmawiać z Bogiem? Jak się spowiadać, nie w pełni pojmując czym jest grzech? Czy księża widzą takie osoby, czy też uciekają od nich?

Patrząc na historię świętych Kościoła katolickiego, widzę tam mnóstwo osób, które dzisiaj prawdopodobnie diagnozowane byłyby jako dalekie od normy psychicznej

Niestety moje doświadczenia w tej kwestii nie są najlepsze. Jako rzecznik praw pacjenta musiałem skierować skargę na kapłana, który odmówił udzielenia Komunii świętej pacjentce. Nie odnosiłem się, rzecz jasna, do racji teologicznych. Wzywany ksiądz oświadczył pani ordynator przez telefon, że nie pójdzie na oddział, gdyż nie ma czasu. A parafię od wspomnianego oddziału dzieliło 100 metrów… Sprawa była zaś pilna, gdyż pacjentka oświadczyła, iż nie przyjmie pokarmu, jeśli nie spotka się wpierw z Chrystusem w Eucharystii (brak regularnego przyjmowania pokarmu stanowił dla tej pacjentki zagrożenie). Księdza ostatecznie biskup z czasem „wymienił”.

Po tym incydencie zaproponowałem pro bono spotkania z klerykami w seminarium, żeby ich uwrażliwić na takie sytuacje. Niestety nikt nie odpowiedział na moje dwie propozycje.

To powinien wiedzieć każdy ksiądz

Bardzo długo myślałem potem o tej sytuacji. Zastanawiałem się, czy w trakcie nauki w seminarium ktoś porusza w ogóle problem szaleństwa. Czy księża cokolwiek wiedzą o psychopatologii, o konieczności nawiązania szczególnej relacji z osobami, które pragną wyjaśnienia doświadczanych wizji? Czy umieją poradzić sobie z lękiem, który w rzeczywistości psychiatrycznej jest całkowicie naturalnym zjawiskiem?

Jan Paweł II, przemawiając wiele lat temu do psychiatrów, kapitalnie zdiagnozował problemy psychiatryczne jako szczególną chorobę duszy. Dzisiaj – uczciwie rzecz ujmując, mając mnóstwo informacji – nadal niewiele więcej możemy powiedzieć. Wiemy jednak dużo na temat metod pracy z osobami z zaburzeniami psychicznymi.

Wiadomo, że np. dla osób z autyzmem bardzo złym pomysłem jest proponowanie rekolekcji adwentowych lub wielkopostnych w kościele. Chłód, obfitość zapachów, koloryt witraży, zmiany światłocieni powodować mogą pojawienie się u nich lęku związanego np. z doświadczanymi problemami z odczuwaniem bodźców. Nauka rekolekcyjna ponadto w podobnym przypadku może trwać np. tylko kilka minut, bo tyle słuchacze będą w stanie się skupić.

Dzisiaj nie jest to już wiedza wyłącznie ekspercka. Powinni ją posiadać duchowni. Czy bowiem kapłan wie, do jakiej parafii trafi? Czy wie, kto przyjdzie do niego do spowiedzi? Czy będzie potrafił „zdiagnozować” coś szczególnego lub niespójnego w wypowiedzi penitenta?

Bracie, czy możemy się razem pomodlić?

Pamiętam taką scenę. Wchodzę na oddział, podbiega do mnie mężczyzna. Wzrok rozkojarzony, widać w oczach pobudzenie, na szyi różaniec. Krzyczy: „Szczęść Boże, szczęść Boże”. Odpowiedziałem mu również: „Szczęść Boże”. Szedłem wówczas na spotkanie z inną osobą i dłużej nie porozmawialiśmy.

Po kilku dniach poszedłem do pokoju, gdzie był pan od różańca. Jak się okazało, trafił do szpitala z pewnych rekolekcji, na których zaczął zachowywać się w sposób niepokojący. Zobaczyłem, że leży on na podłodze krzyżem. Leżał jednak na plecach, patrząc w sufit. Pod wpływem impulsu powiedziałem: „Proszę Pana, to nie tak”. I przedstawiłem mu, jak prawidłowo winna wyglądać postawa prostracji. Całą sytuację obserwowała, coraz bardziej zdziwiona, pielęgniarka oddziałowa.

Choroba psychiczna tym różni się od fizycznej, że jest trudno dostrzegalna. Wzbudza nie tyle zainteresowanie czy nawet politowanie, ile przede wszystkim lęk

Wkrótce pacjent wstał i z niepojętą radością na twarzy stwierdził: „Bracie, czy możemy się razem pomodlić?”. Była to najbardziej niezwykła rozmowa z Bogiem w moim życiu. Miała ona miejsce na najtrudniejszym oddziale psychiatrycznym, w jakim pracowałem; za ręce trzymał mnie pacjent znany z zachowań agresywnych; wokół byli pacjenci w psychozie oraz zdziwiony personel pielęgniarski…

Przez dłuższy czas wspominałem to wydarzenie wyłącznie z uśmiechem. Później jednak spotkałem tego mężczyznę w zupełnie innym stanie. Okazało się, że pragnął wstąpić do seminarium. Wszystkie jednak odmówiły mu możliwości rozpoczęcia formacji. On jednak cały czas o Bogu mówił.

Boży szaleńcy

„Siedząc w psychiatrii” od wielu lat, nie jestem w stanie pojąć, jaka jest relacja miedzy duszą a psychiką. Nie wiem, gdzie zaczyna się szaleństwo i czym różni się ono od „bożego szaleństwa”.

Patrząc jednak na historię świętych Kościoła katolickiego, widzę tam mnóstwo osób, które dzisiaj prawdopodobnie diagnozowane byłyby jako dalekie od normy. Św. Jana Bożego uznawano za chorego psychicznie. Podobnie myśleli o św. Franciszku z Asyżu jego rodzice. Św. Brat Albert przeżył załamanie nerwowe, które zbliżyło go do Boga. Św. Faustyna kierowana była na badania psychiatryczne. Z kolei św. o. Pio mógłby dzisiaj zostać ze swoim temperamentem uznany za człowieka o osobowości pieniaczej. Bliski mu ks. Dolindo funkcjonował w dzieciństwie na granicy normy intelektualnej. Św. Matce Teresie z Kalkuty zapewne nieobce były stany depresyjne w długich chwilach „ciemności duchowej”.

Wszyscy ci wielcy ludzie w swoim życiu określani byli mianem szaleńców. I nie zawsze był to komplement.

Szalone duszpasterstwa?

Wracam do pytania, jakie zadała mi kobieta na konferencji o osobach niepełnosprawnych w Kościele. Myślę o niej, o jej synach oraz ich tęsknocie do Boga i Kościoła.

Wspomnienie to kieruje mnie do jednego z odcinków audycji „Szaleni”, jaką w radiu Tok Fm prowadził Tomasz Kwaśniewski. Jeden z pacjentów opowiadał tam kiedyś o swoich stanach psychotyczno-maniakalnych. Co chwila przywoływał w swoich wspomnieniach temat wiary. Redaktor spytał, nieco zniecierpliwiony, czemu tak do tego wątku wraca. On stwierdził, że tylko to w jego szaleństwie cały czas było realne.

A zatem… Bóg jest w stanie przebić się przez każde szaleństwo, On nie boi się tego.

Relacja z osobami doświadczającymi psychozy, zaburzeń afektywnych lub problemów z osobowością nie jest łatwa. Ale jest także unikalna.

Ks. Konrad Krajewski krótko pracował w Łodzi na parafii. Ten czas spędził jednak m. in. na oddziałach łódzkiego szpitala psychiatrycznego Kochanówka. Zaryzykuję tezę, że dzisiejszy kardynał doskonale ten czas pamięta. Spotkanie osoby chorej całkowicie zmienia bowiem perspektywę także w spotkaniu z Bogiem. Może zatem warto by księża tworzyli „szalone duszpasterstwa”?