Nasze głowy, seminaria, plebanie i kościoły nie są gotowe na obecność niepełnosprawnych powołanych. Odrzucenie ich przez kościelne struktury nie jest przykre, a skandaliczne.

Ks. Tomasz Szałanda odpowiada na tekst „Perła wytrącona z rąk” Damiana Jankowskiego, którym zaczęliśmy dyskusję o miejscu osób z niepełnosprawnościami w Kościele. Więcej tekstów w dziale „Niepełno(s)prawni w Kościele” na Więź.pl oraz w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

Trudno mi nie zauważyć i przemilczeć tekst „Perła wytrącona z rąk” Damiana Jankowskiego z jesiennego numeru „Więzi”. Dotyka on bowiem kościelnego tabu – tematu powołań do kapłaństwa osób z niepełnosprawnością. Moje sześć lat formacji seminaryjnej i dwadzieścia cztery lata kapłaństwa (a więc trzydzieści lat życia w powołaniu) uzasadnia wrzucenie własnych „trzech groszy” do eklezjalnego ogródka w tej kwestii.

Mania użyteczności

Reprezentujące Kościół osoby, które decydują o przyjęciu kandydatów do seminarium duchownego, są kompletnie nieprzygotowane do akceptacji powołania u niepełnosprawnych.

Utopijna wizja kleryka bez fizycznej skazy (zmarszczki mogą być), niczym Dawid dłuta Michała Anioła, nadal pokutuje w kręgach seminaryjnych decydentów. Owszem, będą się pochylać nad niepełnosprawnymi na ulicy, będą współczuć, płomiennie głosić „dźwiganie krzyża” jako formę zjednoczenia z Panem, gromko domagać się normalnego traktowania ich przez świat, ale jednocześnie z nie mniejszą stanowczością wypowiedzą wręcz sakramentalne „nie masz szans”. Z tym brutalnie zderzył się kilkakrotnie Damian.

Nie znam stopnia niepełnosprawności autora tekstu, ale zarówno informacje na ten temat w artykule, jak i wideo z jego udziałem zapraszające do przeczytania tekstu, wskazują, że nie jest to stopień znaczny. Zatem, czy krótsza noga, nierówny chód, ba, pójdźmy dalej – czy wspomaganie się przy chodzeniu ortopedyczną kulą, a nawet poruszanie się na wózku inwalidzkim świadczą, że przekonanie o powołaniu kapłańskim jest fałszywe? Nie ma go, a wszystko to młodzieńcza zachcianka bądź młokosia fanaberia? A co jeśli jednak mimo niepełnosprawności powołanie do kapłaństwa jest prawdziwe, czyli z nieba? Bezmyślna kontra wobec planów Boga? Jak to jest, że np. otyłość, która pozostaje przecież niepełnosprawnością, nie stanowi powodu nieprzyjęcia do seminarium czy usunięcia z niego, a niepełna sprawność ruchowa realizację powołania do kapłaństwa paraliżuje i uśmierca?

Reprezentujące Kościół osoby, które decydują o przyjęciu kandydatów do seminarium duchownego, są kompletnie nieprzygotowane do akceptacji powołania u niepełnosprawnych

Niepełnosprawności ruchowej nie da się ukryć pod sutanną, czy okryć parawanem tajemnicy lekarskiej, jak czynią to niekiedy alumni dotknięci chorobą somatyczną. Dlaczego tak postępują? Z bardzo prostego powodu – z lęku przed wyrzuceniem z seminarium. Skąd ta pewność? Choćby z doświadczenia parafialnego, gdy chory ksiądz staje się problemem zwanym nieużytecznością.

Niestety osobiście znam wypowiedzi rektorów seminariów w stylu: „chory ksiądz jest nam niepotrzebny”. I na własne oczy widziałem, jak młody ksiądz – na wniosek proboszcza zatwierdzony przez „górę” – opuszczał parafię i wracał „do mamy”, bo nagle wykryta choroba powaliła go na tyle, że czasowo jedynie na leżąco, a potem na siedząco mógł odprawiać msze w swoim pokoju. Dzięki Bogu wyzdrowiał, zmienił diecezję, jest świetnym duszpasterzem. Dla proboszcza, drugiego kapłana, był jednak tylko kłopotem, niepotrzebnym balastem, a nie bratem.

Księża wykładają się na teologii krzyża

Kapłani spoza seminarium również są kompletnie nieprzygotowani do akceptacji powołania u niepełnosprawnych.

Damian miał o tyle szczęście, że proboszcz, znając go bardzo dobrze od urodzenia, wiedział, że jego niepełnosprawność nie jest przeciwwskazaniem do realizacji powołania kapłańskiego i wystawił stosowne zaświadczenie, potrzebne do podjęcia nauki w seminarium. Ilu jest jednak duchownych, którzy widzą to inaczej? Na Uniwersytecie Łódzkim w 2008 roku w ramach ćwiczeń z socjologii grupa studentów przeprowadzała badania ankietowe wśród 111 osób – księży, kleryków i byłych kleryków – dotyczące seminarium duchownego. Wynikało z nich, że 67,4 proc. respondentów uważa, iż przeciwwskazaniem do kapłaństwa jest niepełnosprawność fizyczna. To niestety odzwierciedla myśl silnie i powszechnie zakorzenioną w kapłańskich głowach.

Trudno mi zrozumieć, że z powodu niepełnosprawności podpowiadano autorowi „Perły…” bycie bratem zakonnym, a odmówiono przygotowań do kapłaństwa. Tego typu sugestie pojawiły się także w internetowej dyskusji ze strony księży. Niezgodę Damiana na tego rodzaju wskazówki doskonale rozumiem. To bowiem przypomina sytuację, jakby absolwentowi kierunku nauczycielskiego zaproponować pracę w charakterze woźnego, motywując to tym, że przecież to również praca w szkole. Mam wielki szacunek do powołań zakonnych nie-kapłańskich, podobnie jak do pracowników szkoły, nie-nauczycieli. Chodzi jednak o to, by w życiu realizować Boże powołanie, a nie zapełniać wolne etaty pozakapłańskie.

Łatwo ronić łezkę nad obrazami z niepełnosprawnością św. Jana Pawła II. Dlaczego więc wobec mających powołanie niepełnosprawnych księża nie potrafią czuć się pobłogosławieni takim darem Pana?

Księża nie są przygotowani do akceptacji powołania u niepełnosprawnych z powodu, który papież Franciszek określiłby pewnie mianem myślenia i patrzenia światowego, zawierającego się w przekonaniu: jesteś coś wart, boś sprawny. Ono ma swoje korzenie w handlu niewolnikami, gdzie zainteresowanie wzbudzali jedynie silni i sprawni. Łatwo ronić łezkę nad obrazami z niepełnosprawnością św. Jana Pawła II, zachwycać się jak mężnie znosił to doświadczenie, i z dumą ogłaszać wszem i wobec z ambony: „nasz kochany Ojciec Święty – sługa cierpienia”. Dlaczego więc wobec mających powołanie niepełnosprawnych (w przypadku Damiana i wielu pewnie innych) – w wymiarze znikomym wobec niepełnosprawności papieskiej – księża nie potrafią być dumni i czuć się pobłogosławieni takim darem Pana? Zbyt łatwo prezbiterium wykłada się na teologii cierpienia krzyża.

Z duchownych ust pada szczególnie w ostatnim czasie wiele słów troski o powołania i powołanych. Ich brak niejednego powalił na kolana przez Przenajświętszym. Niektórzy tego lata poszcząc wędrowali nawet z krzyżem po swojej diecezji. Błagający zostali wysłuchani, a niepełnosprawni usłyszeli: „wola Boża” i wrócili do domu.

Nieprzygotowana architektura

Świątynie i budynki kościelne w większości także są niegotowe na obecność powołanych niepełnosprawnych.

Nowsze budownictwo sakralne pod tym względem jest przygotowane: podjazdy dla niepełnosprawnych, szerokie wejścia i nawy pozwalają na swobodny dostęp i poruszanie się w nich niepełnosprawnych. Gorzej jest ze starymi kościołami, gdzie barierę stanowi ustawa o zabytkach, bądź taka konstrukcja, która uniemożliwia jakiekolwiek ingerencje pomagające niepełnosprawnym na udział w nabożeństwach.

Najgorzej jest jednak z budynkami kościelnymi. Naprawdę niewielki procent pozwala na obecność w nich niepełnosprawnych. I to nie tylko świeckich, ale i duchownych. To pokazuje nader wyraźnie, że przez wieki nie brało się (i nadal nie bierze) pod uwagę możliwości wyświęcenia niepełnosprawnych. Z tego powodu niepełnosprawni księża – nie tylko starsi – trafiają do Domów Emeryta, które już na etapie budowy uwzględniają ułatwienia dla nich.

Być może za jakieś 15 lat powołaniowcy, czytając „Perłę wytrąconą z rąk”, będą kręcić głowami ze zdziwienia i określać podobne decyzje poprzedników jako „chore”

Odrzucanie powołań kapłańskiej z powodu niepełnosprawności (a nie niedostosowań architektonicznych) nie jest przykre, a skandaliczne! Misją Kościoła jest poświęcanie się bliźnim, bo „podobno” służąc niepełnosprawnym i chorym, służymy cierpiącemu Chrystusowi. Czyż osoby niepełnosprawne nie będą bardziej autentycznymi świadkami jako np. kapelani w szpitalach, sanatoriach, domach opieki? Warto też przy tym pamiętać, że nie wolno w nich widzieć jedynie modeli poglądowych jako „sensu cierpienia” i pokazywać niczym małpki w cyrku.

Zbyt łatwo nie dopuszczamy niepełnosprawnych do grona prezbiterium. Zbyt łatwo. To nasze głowy, seminaria, plebanie i kościoły nie są gotowe na obecność niepełnosprawnych powołanych. Być może za jakieś 15 lat powołaniowcy, czytając „Perłę wytrąconą z rąk”, będą kręcić głowami ze zdziwienia i określać podobne decyzje poprzedników jako „chore”. Celowo piszę „być może”, ponieważ wówczas w wielu zgromadzeniach i diecezjach takiej funkcji już nie będzie.

***

Pod opublikowaną w internecie historią Damiana pojawiło się wiele ciepłych słów, ale też nie zabrakło złych. Staję po stronie młodego redaktora „Więzi”, będąc przekonanym, że powodem wytrącania perły z rąk była niepełnosprawność. Gdyby powód był inny, nie poznalibyśmy konkretnych zgromadzeń i seminarium diecezjalnego, które postąpiły tak a nie inaczej. Kształtujący powołania z pewnością skierowaliby Damiana na jakąś terapię czy parafię, żeby mieć jeszcze większą pewność co do powołania albo jego braku. Tego jednak nie zrobiono.

Choćby z powyższych przesłanek sądzę więc, że istnieje ogólnopolska zasada, by „takich nie przyjmować”, bądź – jak kto woli – scedować wszystko na „wolę Bożą”. Ten dość pojemny kościelny wór kiedyś jednak pęknie. Już bowiem trzeszczy w szwach.