W obecnej sytuacji, gdy jest mniej księży, powinni oni być wszędzie. Zabieranie ich z uczelni czy stanowisk kierowniczych i posyłanie na wieś, by odprawiali Mszę, nic nie da. Niech księża będą kurialistami, profesorami, budowniczymi, ale pod dwoma warunkami: niech to robią dobrze i niech będą wierzący.

Odkąd podano pierwsze dane na temat ilości kandydatów do polskich seminariów, rozgorzała dyskusja na temat kryzysu powołań w Polsce. W różnych glosach zaczęły mieszać się opisy przyczyn tego stanu ze wskazówkami terapeutycznymi. Jeden z postulatów mówi, by delegować księży tylko do zadań, w których są niezastąpieni, gdyż inaczej jest to marnotrawienie kapłaństwa. Z tą tezą trudno mi się zgodzić.

Konkretnie odnoszę się do głosu dwóch księży, Andrzeja Draguły i Wojciecha Węgrzyniaka. Ks. Draguła pisze: „W sytuacji nadwyżki podaży nad popytem nikt się zbytnio o ułomki nie troszczy. I może właśnie ta wysoka podaż powołań trochę nas uśpiła. W niektórych rejonach Polski tego chleba powołań bywało aż nadto, można było sobie pozwolić nawet na rozrzutność”. W czym się przejawia taka rozrzutność? Zdaniem publicysty Więzi, „wielu księży marnuje swoje święcenia w tym znaczeniu, że nie wykorzystujemy maksymalnie tych kompetencji, które ze święceń wynikają, w których realizacji nikt nas zastąpić nie może”. Jeszcze dosadniej brzmi głos ks. Węgrzyniaka: „Zrobić z księży dziennikarzy, filozofów, sekretarzy, ekonomów, budowniczych, a nawet biblistów, a potem narzekać, że nie ma powołań to ociera się o bluźnierstwo”. Dlatego krakowski biblista zachęca: „Więcej wiary, namysłu nad pragnieniami i dobrego gospodarzenia tym, co mamy”.

Cóż, tezy te prima faciae wydają się nie tylko godne i sprawiedliwe, ale wręcz słuszne i zbawienne. Niestety, po głębszym namyśle wydaje się, że gubią one coś ważnego z istoty Kościoła i jako takie nie nadają się do zastosowania.

Tęsknota za „rajem utraconym”

Samo sformułowanie „kryzys powołań” jest dość złożone i wymaga właściwego wyjaśnienia. Powołania są powiązane z Kościołem, nie istnieją poza nim. Kościelna wspólnota odgrywa też znaczącą rolę w ich rozeznawaniu, formowaniu, dopuszczaniu do święceń, itp. Kryzys tymczasem, rozumiany jako próba, jest naturalnym środowiskiem funkcjonowania Kościoła. Kościół rodzi się w kryzysie, wzrasta w kryzysie, uświęca się w kryzysie. Kryzys nie jest zatem niczym nadzwyczajnym. To raczej szukanie spokoju i – nie daj Boże – przywilejów u władzy politycznej jest patologią, która prowadzi Kościół do zapaści. Powołania dzielą ten sam los i nie ma co się dziwić, że kryzys jest ich naturalną częścią. Kryzys, czyli co? Brak pewności w „pobudowanych spichlerzach” i konieczność ciągłego dookreślania się na nowo.

Poczucie kryzysu powołań bierze się z upartych prób stosowania starych form i schematów, a nie otwierania się na nowe tchnienie Ducha

Kryzys może być ilościowy bądź jakościowy. W ostatnich dyskusjach ten pierwszy aspekt doszedł do głosu, a więc ilościowe zmniejszanie się księży i kleryków na przestrzeni ostatnich 20-30 lat. Kryzys jakościowy, choć jest tak samo faktem, pozostaje niejako w ukryciu, co jest zrozumiałe, bo trafnie go zdiagnozować i opisać to wziąć na siebie ryzyko oceny, podczas gdy łatwiej pokazać liczby.

Dlaczego więc obserwujemy teraz rozpalone głosy o kryzysie powołań? Otóż, daje o sobie znać pewna panika, która rodzi się w wyniku coraz wyraźniejszego odsłaniania się nowej sytuacji. Jest ona dowodem patrzenia wstecznego, anachronicznego, gdzie ideałem była sytuacja, jaką starsi księża i biskupi zapamiętali ze swojej młodości. Czasy prymasa Wyszyńskiego i papieża Wojtyły to swoisty „raj utracony”, a tęsknota za nim pokazuje, że boimy się nowości, którą niesie dzień dzisiejszy. Poczucie kryzysu powołań bierze się z upartych prób stosowania starych form i schematów, a nie otwierania się na nowe tchnienie Ducha. To rozpaczliwe wlewanie nowego wina do starych bukłaków.

Zredukowane uświęcenie

Skoro ilościowe kurczenie się szeregów kleryckich i w efekcie kapłańskich jest faktem, to pojawia się pytanie, jak zarządzać zasobami ludzkimi w Kościele. Jako pierwsze remedium narzuca się przesuwanie księży wyłącznie tam, gdzie są niezastąpieni i obsadzanie pozostałych stanowisk osobami świeckimi.

Nie jest to nic nowego. Podobne rady słyszałem już 18 lat temu, kiedy rozpoczynałem drogę seminaryjną. A gdzie kapłan jest niezastąpiony? Pomijając samą niestosowność tego przymiotnika (przecież nawet najlepszy człowiek jest zastąpiony), przyjmuje się, że ksiądz jest niezastąpiony przy sakramentach, głównie na Mszy św. i w konfesjonale. Gdzie marnotrawi swoje kapłaństwo? Wszędzie indziej, a zdaniem ks. Draguły najbardziej „przybijając pieczęci w biskupiej Kurii”. Swoją drogą, ksiądz profesor nie do końca sprawiedliwie ocenia kurie, choć chyba nie ma kapłana, który by nie poczuł jej zatęchłego zapachu.

Proponuję spojrzeć na Kościół i potraktować go jako potężny organizm. Wiadomo, że w pierwszej kolejności jest to Lud Boży, który dąży do zbawienia i w Kościele pragnie się uświęcać. Czy jednak całą rzeczywistość Kościoła da się zredukować tylko do uświęcania? Co więcej, czy całe uświęcanie da się ograniczyć tylko do dwóch sakramentów: Eucharystii i pokuty?

Może zamiast księży wypędzać z uniwersytetów, szkół i kurii lepiej należałoby zdynamizować duszpasterzy na parafiach?

Yves Congar OP mówił, że gdyby miał do wyboru dwie wspólnoty, gdzie w jednej głosiłoby się tylko Słowo Boże, a w drugiej sprawowałoby się tylko Eucharystię, to ta pierwsza byłaby bardziej uświęcona. Same sakramenty bez Słowa zamienią się w pusty, magiczny rytuał. Z kolei Słowo wymaga namysłu, rozważania, intelektu. Można więc wszelką działalność naukową i edukacyjną Kościoła potraktować jako posługę prorocką.

Kościół to głoszenie Słowa i ewangelizacja, uświęcanie przez sakramenty, nauka i edukacja, caritas i pomoc słabszym, zarządzanie bazą materialną i urzędy kurialne – to wszystko musi być, bo taka jest bogata rzeczywistość Kościoła. W tych wszystkich obszarach potrzebni są i księża, i świeccy. Rozdzielanie zadań osobno dla świeckich i osobno dla duchownych uważam za fałszywe rozwiązanie.

Miejsce i funkcja księdza

Nasza diecezjalna plotka głosi, że w latach 90. biskup – już wtedy zauważając niezbyt liczne szeregi kleryków – zabronił profesorom stawiania ocen niedostatecznych na egzaminach. Kiedy później o tym dyskutowaliśmy, postawiłem tezę, którą i dziś podtrzymuję: zwłaszcza, gdy jest mniej kleryków, trzeba podnieść wymagania. A w obecnej sytuacji, gdy jest mniej księży, powinni oni być wszędzie. Zabieranie ich z uczelni i stanowisk kierowniczych i posyłanie na wieś, by odprawiali Mszę, nic nie da. Niech księża będą kurialistami, profesorami, budowniczymi, ale pod dwoma warunkami: niech to robią dobrze i niech będą wierzący.

Problemem wcale nie jest miejsce pracy i funkcja księdza. Dobry ksiądz nawet w najmniej oczywistym miejscu zawsze będzie apostołem, bo to jest jego pierwszorzędna tożsamość. Ks. Tomáš Halík w jednym z wywiadów stwierdza: „Połączenie kapłaństwa z zawodem cywilnym uważam za model, do którego Kościół za jakiś czas wróci”. Sam mówi, że pracując na świeckim uniwersytecie może docierać do takich, którzy do kościoła nie przyjdą. Czyż to nie ewangelizacyjny znak naszych czasów? Wypędzanie księży z innych zadań niż duszpasterskie, nie jest odpowiedzią na „kryzys powołań”. Tym bardziej, że dziś to nie duszpasterstwo, a ewangelizacja zaczyna stawać się pierwszą troską Kościoła.

Z drugiej strony słucham świadectwa francuskiego księdza ze Wspólnoty Błogosławieństw. Opowiada, jak kilka lat po święceniach został proboszczem na południu Francji i powierzono mu 25 kościołów, w większości romańskich z XII wieku. Czuć w nim entuzjazm i miłość do parafian. Nie narzeka, że musi pokonywać duże odległości, a urzędnicy kurialni mu nie pomogą. Sam jest uczniem-misjonarzem, kimś w drodze, kto bierze mały plecak, z radością świadczy o Jezusie i przyjmuje każdego bez warunków wstępnych. Może więc zamiast księży wypędzać z uniwersytetów, szkół i kurii lepiej należałoby zdynamizować duszpasterzy na parafiach? Mentalność urzędnicza może zagnieździć się i tam.

Odrzucam zatem dwie fałszywe alternatywy. Pierwsza spycha księży co prawda nie do zakrystii, ale do prezbiterium, w nadziei, że pozostałe przestrzenie zajmą świeccy. To naiwne myślenie. Dojrzewanie Kościoła do obdarowania świeckich urzędami i odpowiedzialnością jest powolnym procesem, co pokazuje przykład papieża Franciszka. Jego nauczanie z trudem przebija się do świadomości zarówno księży, jak też świeckich, częściej zaś wywołuje krytykę.

Druga alternatywa sugeruje, że ksiądz na parafii i w duszpasterstwie jest bardziej księdzem, niż ten na uczelni, czy w kurii. Chyba nie żyjemy jednak w czasach tak wygodnych specjalizacji. Nie tyle powinniśmy pytać o „gdzie” księdza, ale o jego „jak”.