Nauka, jaką mundiale każą wysnuwać, podpowiada, że najbardziej zachwycający „szaleńcy boży” przegrywają ostatecznie z zimnymi profesjonalistami. Tyle, że – wbrew temu, co opowiadają komentatorzy sportowi – potem pamięta się nie tylko tryumfatorów, ale przede wszystkim tych, co grali najpiękniej.

Nie pamiętam, od którego mundialu staram się oglądać wszystkie mecze mistrzostw. Wydaje mi się (ale ufam niegodnej zaufania swojej pamięci), że podczas turnieju w 1974 roku w Niemczech w ogóle nie było tak szeroko zakrojonych transmisji w TVP. Skłonny jestem przypuszczać, że w nałóg oglądania spotkań od inauguracyjnego po finał wpadłem w latach 90. Odkryłem wtedy, że tego typu turnieje (bo obok mistrzostw świata są jeszcze mistrzostwa Europy) przypominają dzieło epickie, z bohaterami pierwszego planu i fascynującymi postaciami (drużynami) epizodycznymi, z przygodami zakończonymi happy endem lub bez niego i tak dalej – pisałem o tym dla Więź.pl przy okazji Euro 2016.

W tym roku problem stanowiło dla mnie miejsce rozgrywek: Rosja, gdzie chronicznie łamane są prawa obywateli, a do tego trwa spektakularna agresja na Ukrainę. Światowe organizacje sportowe mają dziwną predylekcję do flirtowania z autokratami, często pod pretekstem „nieformalnej dyplomacji”, która jakoby ma zmiękczać ich obyczaje, co zresztą jest tandetną wymówką dla naiwnych. Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936, w Moskwie w 1980, w Pekinie w 2008; mundial w Argentynie w 1978 (kiedy zresztą zrodziła się potoczna nazwa piłkarskich mistrzostw świata), a teraz w Rosji… Złamałem się, uznając, że telewizyjny (i indywidualny) bojkot uderzy w więź kibica z zawodnikami, gdy politykom i działaczom pozostanie obojętny; ale szanuję ludzi, którzy zdecydowali inaczej. Inna sprawa, że – sądząc po wpisach w internecie – najchętniej deklarowali swój bojkot ludzie w istocie niezainteresowani piłką nożną.

Czasami nieposkromiona Fortuna pozwala sobie na igraszki z naszymi oczekiwaniami, pozwalając teoretycznie słabszym wznieść się jedyny raz na wyżyny sztuki futbolowej, a gigantom potykać się na źdźble trawy

Niemniej moje nie całkiem czyste sumienie sprawiało, że nie mogłem się doczekać, kiedy gospodarze odpadną z rozgrywek – bo widok świętującego z piłkarzami Putina byłby jednak nieznośny. W dodatku, jak wiadomo, „gospodarzom pomagają ściany”, pod którym to niewinnym powiedzeniem skrywały się w przeszłości tak grube afery, jak ta sprzed szesnastu lat podczas mistrzostw świata w Korei i Japonii. „Ile bramek trzeba strzelić Koreańczykom, żeby uznano choć jedną?” – pytali gorzko Hiszpanie po przegranym meczu, który powinni byli wygrać. Tym razem obyło się bez podobnych historii, choć doniesienia o podawaniu piłkarzom Sbornej w przerwie spotkań chusteczek nasączonych amoniakiem, od czego jakoby zwiększa się wydolność przemęczonego sportowca, każe pytać o granicę dozwolonego dopingu w sporcie. Ostatecznie Rosjan wyeliminowali Chorwaci, rozumiejący, jak się zdaje, kontekst swojego zadania: jeden z nich krzyczał potem do kamery „Chwała Ukrainie”, za co FIFA, sumiennie – jak powszechnie wiadomo… – stroniąca od polityki, ukarała go finansowo. Dobrze, że nie odsunęła od kolejnego meczu.

Dość o wszystkim, co nie jest czystą grą. Piszę te słowa kilkanaście godzin przed pierwszym półfinałem. Dotychczasowe rozgrywki pełne były rozstrzygnięć sensacyjnych, a kto wie, czy czas zdumiewających wydarzeń się skończył. Dość powiedzieć, że teoretycznie w meczu o złoty medal mogą zetrzeć się Chorwacja i Belgia, gdy od 1970 roku, w dwunastu kolejnych finałach zagrało w sumie zaledwie siedem drużyn:  Argentyna (cztery razy), Brazylia (cztery razy), Francja (dwa razy), Hiszpania (raz), Holandia (trzy razy), RFN/Niemcy (sześć razy) oraz Włochy (cztery razy). Z niedowierzaniem patrzyłem na odpadających już w fazie grupowej Niemców; w 1/8 finału podzieliły ich los Portugalia, Argentyna i Hiszpania, w ćwierćfinale zaś Brazylia – wszystkie obsadzane w roli faworytów – a ponadto, w 1/8, uważane za „czarne konie” reprezentacje Meksyku i Kolumbii. Przy czym za każdym razem upadek wydawał się bezdyskusyjny, pozbawiony „kontrowersyjnych decyzji sędziego”, w najlepszym razie powiązany z dziwaczną indolencją napastników, by przypomnieć jeden z najnudniejszych meczów tych mistrzostw: pojedynek Hiszpanii z Rosją. Na tle tego pogromu futbolowych potęg – przykry występ reprezentacji Polski przestał robić na mnie wrażenie…

Owszem, wiadomo, że do mistrzostw najwybitniejsi piłkarze globu przystępują zmęczeni, mając w nogach nieludzką liczbę pojedynków we własnych ligach, w pucharach, w rozgrywkach kontynentalnych. Chciwość włodarzy piłki nożnej, którzy mnożą liczbę spotkań do rozegrania (przez zwiększenie do nonsensownych rozmiarów liczbę uczestników mundialu – w 2026 roku ma to być aż 48 drużyn – przez powołanie do życia europejskiej Ligi Narodów), znajdzie w końcu kres w załamaniu się atrakcyjności meczów, choć nie wiem, ile to jeszcze potrwa. Już przy 32 zespołach na mistrzostwach świata w Rosji istniała uderzająca różnica klas między, na przykład, Arabią Saudyjską, Panamą (i, niestety, Polską), a Urugwajem, Meksykiem czy Danią, by nie wymieniać już uczestników zmagań ćwierćfinałowych. Po obejrzeniu pojedynku Polska-Japonia albo, żeby już dać spokój z masochizmem, Panama-Tunezja, mecze Urugwaju z Portugalią albo Brazylii z Belgią wydawały się jakąś inną dyscypliną sportu.

Ale wspomniane zmęczenie gwiazd – oczywista obniżka formy takich znakomitości, jak Messi,  Neymar, Salah, Müller, czy Lewandowski – to za mało, żeby wyjaśnić nieprzewidziane pary półfinałowe. Piłka nożna jest bowiem grą zespołową, tymczasem zawodziły raczej całe drużyny (bardziej, jak Niemcy, lub mniej, jak Brazylia), niż poszczególni zawodnicy. Wydarzenia na boiskach zdawały się zaskakiwać selekcjonerów tak samo, jak piłkarzy. Być może jesteśmy świadkami wielkiej zmiany pokoleniowej, na co ostatecznie powinniśmy być przygotowani, bo przez ile lat można zastanawiać się w kółko, czy Lionel Messi większym jest graczem niż Cristiano Ronaldo, czy też na odwrót? Czasami zdawało się jednak, że to nieposkromiona Fortuna pozwala sobie na igraszki z naszymi oczekiwaniami, pozwalając teoretycznie słabszym wznieść się jedyny raz na wyżyny sztuki futbolowej, a gigantom potykać się na źdźble trawy, podmuchem zmieniając w ostatniej chwili lot piłki, w gąszczu rąk i nóg na polu karnym wynajdując obronę przed strzałem, której nie powinno w tym miejscu być – i tak dalej.

Dobry mecz bywa tragedią, uczy pokory wobec tego, na co nie mamy wpływu. Opowiada o przelotnych tryumfach i nietrwałej sławie

No właśnie, Fortuna. Od lat przyglądam się meczom piłkarskim jak małym spektaklom teatralnym, obrazującym w ostatecznie zabawowej, choć emocjonującej formie walkę człowieka z przeznaczeniem. Pamiętam, że nasza religia odrzuca to pojęcie, ale też używam go w sensie egzystencjalnym, nie zaś metafizycznym: jako los przewidywany przez człowieka, który jednak się na niego nie godzi, a nie los zapisany w gwiazdach. W dodatku pozostaję sceptyczny wobec – widocznych na wielu zbliżeniach podczas transmisji – gestów religijnych piłkarzy i kibiców: skłonny jestem sądzić, że Bóg z całą rozkoszą czyni boisko terenem absolutnej ludzkiej wolności, nie wtrąca się w przebieg spotkań, a sprzeczne modlitwy wspierających przeciwne sobie drużyny najwyżej go czule rozśmieszają. Widzimy wówczas na prostokątnej, porosłej trawą scenie życie, jakie w mniej umownych i bardziej bolesnych okolicznościach dobrze poznaliśmy: nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, kosztowne nieporozumienia, bezowocne obrony dobrych spraw, niepowodzenia mimo heroicznych starań. Mecz, dobry mecz, bywa tragedią (w sensie teatralnym), uczy pokory wobec tego, na co nie mamy wpływu. Opowiada o przelotnych tryumfach i nietrwałej sławie. A przy okazji o zmienności ludzkich uczuć: czyż przed pierwszym meczem polskiej reprezentacji większość z nas, kibiców, nie uwielbiała Roberta Lewandowskiego i nie ufała bezgranicznie Adamowi Nawałce?

Dobry mecz to taki, który się zapamiętuje. Choć emocje, jak w dobrym thrillerze, gasną zazwyczaj – najpóźniej – kilkanaście minut po ostatnim gwizdku sędziego, ich ślad pozostaje w głowie i daje się wywołać, choć liczba spotkań mąci nieco obraz. Na pracowicie wypełnianej tabeli turnieju zaznaczałem gwiazdką te pojedynki, które wydawały mi się porywające. Więc: wygraną Meksyku z Niemcami (Meksyk to dla mnie klasyczny bohater tego typu turnieju, który początkowo podbija serca, żeby za którymś razem ulec nagle i bez ratunku – jak obecnie 1:2 z Brazylią).  Znowu Niemcy, w olśniewającym pojedynku ze Szwecją. Wspaniałe widowiska Urugwaju z Portugalią i Francji z Argentyną. Niebywałe zmagania Belgii z Brazylią i Chorwacji z Rosją. W tym ostatnim zresztą rozbłysła bodaj najjaśniej świecąca gwiazda tegorocznego mundialu: Luka Modrić.

Niech mi wolno będzie na koniec się zwierzyć: w finale spodziewam się Anglii i Francji. Choć bardzo bym chciał się mylić. Chorwacja gra futbol, jaki zazwyczaj nie dociera do tej fazy rozgrywek: dynamiczny, kombinacyjny, radosny. Belgia, bardziej od Chorwacji siłowa, także imponuje prędkością – w kontratakach. Ale nauka, jaką mundiale każą wysnuwać, podpowiada, że najbardziej zachwycający „szaleńcy boży” przegrywają ostatecznie z zimnymi profesjonalistami. Gdyż nie żyjemy w świecie idealnym i nasze nadzieje zazwyczaj nie zostają zaspokojone. Tyle, że – wbrew temu, co opowiadają komentatorzy sportowi – potem pamięta się nie tylko tryumfatorów, ale przede wszystkim tych, co grali najpiękniej. Holandię z Cruyffem. Polskę z Latą i Szarmachem. Rumunię z Hadżim.  Znowu Holandię – z van Bastenem. Portugalię z Figo. Danię z Laudrupem.

Żadna z tych ekip nie tryumfowała nigdy w mistrzostwach świata.