Pani w średnim wieku radzi: „Niech pan wciska każdemu do ręki te ściągawki, ludzie są ciemni, nie wiedzą, jak głosować”. Ale ludzie wcale nie są „ciemni”, wielu doskonale zna nazwiska kandydatów „S”, pokazują na torby, na kieszenie płaszczy: „Tu mamy wszystko zapisane”.

Niedziela, 4 czerwca. Teren w pobliżu obwodowej komisji wyborczej. Bródno, duże warszawskie osiedle. O godzinie 8.20 koło chod­nika prowadzącego do baraku Spółdzielni Mieszkaniowej, w któ­rym mieści się komisja, umieszczam w widocznym miejscu tablicę głoszącą, że tu można się dowiedzieć: „Jak głosować na «Solidarność»”. Obok plakaty i ulotki z wzorami kart do głosowania, w wariancie „niekonfrontacyjnym” – zostawiać ludzi „S”, wykreślać ich konkurentów, z pozosta­łymi mandatami, w tym z listą krajową, postępować wedle swego uznania, byle głos był ważny: obok „ściągawek” inne ulotki – życiorysy kandyda­tów: Janusza Bylińskiego, Anny Radziwiłł, profesorów Findeisena i Trzeciakowskiego.

Ruch na razie niewielki. Nie „atakuję” ludzi, czekam, aż ktoś sam podejdzie z pytaniem. Zgodnie z dyrektywami organizatorów tej ogólnowarszawskiej akcji informacyjnej – bez narzucania się, grzecznie, „niekonfrontacyjnie”.

Podchodzi starsza pani: „Coś tu się nie zgadza, na budynku nie ma napisu «Solidarność», czy tam w ogóle są nasi ludzie?”. „Są na pewno, proszę śmiało iść głosować”.

Z lokalu wychodzi starszy, niski pan, prawie podbiega, uradowany: „Zagłosowałem, zagłosowałem na «Solidarność», zostawiłem jak trzeba – Findeisena, Trzeciakowskiego, Łopatkową…”. „Szkoda, p. Łopatkowa nie jest kandydatką «S»…”. „A ja myślałem, że jest, ona tak w tej telewizji, tak ładnie, z tymi dziećmi…”.

Pani w średnim wieku radzi: „Niech pan wciska każdemu do ręki te ściągawki, ludzie są ciemni, nie wiedzą, jak głosować”. Ale ludzie wcale nie są „ciemni”, wielu doskonale zna nazwiska kandydatów „S”, pokazują na torby, na kieszenie płaszczy: „Tu mamy wszystko zapisane”. Niemniej, zgodnie z sugestią, staram się zachowywać bardziej ofensywnie.

Im bliżej południa, tym gęściej robi się na drodze prowadzącej do komisji. „Czy Państwo zamierzają głosować na «Solidarność»? Jeżeli tak, tu jest wzór. Dostaną Państwo pięć mniejszych kart. Interesuje nas tylko mandat nr 22, to pan Byliński, tylko jego nazwisko zostawiamy, resztę skreślamy. Na dużej różowej karcie będą 32 nazwiska, zostawiamy tylko trzy: Findeisen, Radziwiłł, Trzeciakowski, pozostałe skreślamy, każde osobno, mają zostać tylko te trzy, tylko te, proszę uważać, bo niektóre nazwiska są do siebie podobne…”. Tak będzie do wieczora, po raz dzie­siąty, trzydziesty, setny. Czasem chwila rozmowy, czasem tylko wręczenie ulotki z jednym zdaniem wyjaśnienia, bo nie ma czasu na nic więcej. Do rozdawania ulotek włącza się kilku dziesięciolatków z osiedla, robią to z wielkim zapałem, nie sposób im wytłumaczyć, że „polityka” jeszcze nie dla nich.

Podchodzi pani w bardzo podeszłym wieku (może 85 lat, może więcej), o lasce, prowadzona przez córkę. „Na «Solidarność?»”. „Oczywiście, że na «Solidarność». »Solidarność» dała Mszę św. w radiu, a oni co? Puste półki!”.

Pan w starszym wieku: „Pierwszy raz po wojnie głosuję, proszę pana. Wie pan, ja siedziałem, w NKWD, we Wronkach, a potem to nie chciałem głosować”. Daje swój adres.

Mężczyzna około trzydziestki bierze wzór głosowania, nachyla się, pyta półgłosem: „A z krajową co robimy, ciachniemy całą?”. „Jak Pan uważa, Wałęsa powiedział…”. Macha ręką: „Musiał tak powiedzieć. Ciach­niemy!”. Wiele osób idzie z nastawieniem: skreślić wszystkich spoza „S”; niektórzy mają wątpliwości – może kogoś z tej krajowej zostawić? Proszą o radę – kogo? Podsuwam nazwiska czołowych przedstawicieli władzy, uczestników obrad Okrągłego Stołu. „Coś pan zwariował? Jego!”. Jest to reakcja częsta – im dłużej, im wyżej we władzach (a zwłaszcza w Biurze Politycznym) zasiada dana osoba, tym większe budzi emocje negatywne. Pojawia się i powraca wielokrotnie motyw „rewanżu” za cały powojenny okres. „40 lat na to czekałem” – mówi po wyjściu z lokalu 35-37-letni (!) mężczyzna.

Wielu ludzi nie wie, w której z okolicznych komisji głosować – brak informacji w blokach, w domach. „Oni specjalnie tak zrobili – mówią – żeby ludziom trudniej było trafić. W poprzednich latach były zawsze ogłoszenia na klatkach schodowych, nawet kartki w skrzynkach”.

Z pomocy korzystają najchętniej osoby w średnim i starszym wieku; młodzi i całkiem młodzi są dobrze zorientowani, dziękują za wskazówki.

Komuś podoba się, że Byliński to działacz antyalkoholowy. „Przyda się taki w Sejmie, tyle u nas piją”

Mijają godziny. Panuje atmosfera odświętna, prawie wszyscy uśmiech­nięci, zadowoleni. Żadnej agresji czy jawnej niechęci ze strony ludzi nie sprzyjających „Solidarności”; manifestują oni swą obecność jedynie poprzez uprzejmo-chłodną odmowę skorzystania z materiałów „S” czy milczące, dyskretne ominięcie punktu informacyjnego. Jest to grupa nieli­czna, mało widoczna.

W pewnym momencie podjeżdża milicyjny Polonez, zatrzymuje się tuż obok, wysiada z niego młody funkcjonariusz i prosi o materiały doty­czące kandydatów „S”. Samochód stoi przez kilkanaście minut, milicjanci czytają ulotki. Jedna z głosujących pań ostrzega: „Przyjechali, niech pan uważa”. Ale tym razem oczywiście nie ma na co uważać. Po pewnym czasie Polonez odjeżdża.

40-letni mężczyzna bierze materiały i po chwili pyta: „A tak prywatnie, od siebie, kogo by pan polecił?”. „Oczywiście te same osoby. Janusz Byliński od lat jest działaczem «S» RI, prof. Findeisen – były rektor Politechniki, prof. Trzeciakowski – znakomity ekonomista, pani Radziwiłł…”. „Ach, tak, hrabiowie będą nami znowu rządzili?…”. „Proszę Pana, to inna epoka, nie ma już dziś arystokracji takiej jak kiedyś, a pani Radziwiłł jest świetną nauczycielką, uczyła moich przyjaciół…”. „No, niech będzie”. Komuś podoba się, że Byliński to działacz antyalkoholowy. „Przyda się taki w Sejmie, tyle u nas piją”.

Ktoś po wyjściu z lokalu podchodzi i uśmiechając się mówi: „No, zagłosowałem, jak pan kazał, zobaczymy, co teraz z tego będę miał”. Kilkakrotnie pojawiają się osoby, które uważają właśnie, że „nic z tego nie będą miały” („Panie, i tak się nic nie zmieni, na co komu te wybory”); niekiedy głoszą generalną niechęć do wszystkiego (wypowiedź skrajna: „Do nikogo nie można mieć zaufania, wszyscy tak samo kłamią: władza, Kościół, «Solidarność»”).

Moment nieco humorystyczny. Młoda kobieta: „Dziękuję, już głoso­wałam na Żoliborzu, ale tam było gorzej zorganizowane niż u was, bo nie było na kartkach w tej komisji tych kolorów co u was – «Solidarność» czerwony, partia niebieski, a niezależni zielony (pokazuje wiszący nieda­leko, na ogrodzeniu, zielony plakat reklamujący „niezależnego”, konku­renta Bylińskiego). Bo ja nie chciałam głosować ani na partię, ani na «Solidarność», tylko na niezależnego, i w końcu nie wiedziałam, który ten niezależny. A wyście tutaj tak urządzili, że wszystko wiadomo”.

Dwie scenki rodzajowe. Młody człowiek, nieco podchmielony, mówiący z pewnym trudem: „Już chciałem nie iść… na te wybory, pan rozumie, wesele brata, ale postanowiłem… spełnić ten… obywatelski obo­wiązek… głosować na «Solidarność»…”. Na propozycję, by odczekał kilka godzin, odpowiada stanowczo, że nie, że teraz, koniecznie („za kilka godzin może być gorzej”). Para trzydziestolatków, mocno się zataczając, podchodzi pod lokal „głosować na «Solidarność», bo już w jednej komisji głosowaliśmy, ale tutaj też chcemy”.

Ta ostatnia scena rozgrywa się już pod wieczór, w potokach deszczu, padającego z przerwami od prawie dwóch godzin. Ruch przed komisją niemal zamiera, ludzie podjeżdżają taksówkami, własnymi samochodami, biegną w kierunku budynku, ale jeszcze w przelocie, pod parasolami, chwytają instrukcje głosowania.

Przemoczony, ale rozgrzany herbatą, przyniesioną w czasie najwięk­szej ulewy przez parę mieszkańców jednego z sąsiednich bloków, ok. 21-ej opuszczam punkt informacyjny; do 22-ej będzie go jeszcze obsługiwał kolega, który wraz z drugim pomagał mi już przez kilka godzin w ciągu dnia. Jest ciemno, zapada noc. Pierwsza tura pierwszych od ponad 40 lat na wpół wolnych wyborów powoli dobiega końca.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 10/1989 pod tytułem „4 czerwca 1989”.