Grzegorz Szczepaniak poszukuje w otaczającej nas rzeczywistości przestrzeni, które zdają się śmieszyć, kryjąc zjawiska intrygujące, fascynujące, by nie powiedzieć: piękne.

Jakiś czas temu Grzegorz Szczepaniak nie widział dla siebie innej przyszłości niż estrada. Do tego stopnia, że trafił do klasy gitary klasycznej Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina. Dyplom jednak schował do szuflady, bowiem pochłonęła go nowa pasja – film. Wybrał łódzką Filmówkę i montaż. Kiedy na egzaminie w ramach portfolio przedstawił zrealizowaną przez siebie etiudę dokumentalną, padło pytanie, dlaczego nie chce iść na reżyserię – nie potrafił odpowiedzieć. Po dwóch latach studiów poczuł jednak, że pora zacząć robić filmy.

Na jednym z podwarszawskich przyjęć spotkał dwóch młodych mężczyzn, którzy szukali pomysłu na interes życia. Wysłuchał ich, kibicował staraniom i poszedł z gotowym pomysłem do Szkoły Wajdy. Pod okiem Jacka Bławuta zaczął żmudne przygotowania do kręcenia filmu „Ślimaki” (2015), który dopiero teraz wchodzi na ekrany polskich kin. To była prawdziwa szkoła życia.

Historia zdaje się prosta: Andrzej i Konrad marzą o interesie życia. Pomysł, by hodować przemysłowo ślimaki nie jest ich pierwszą próbą. Idea prosta i stosunkowo łatwa. Pod okiem doświadczonego hodowcy i autora podręczników na ten temat zakładają fermę hodowlaną. Są dosłownie o krok od sukcesu, tyle że ślimaki nie chcą (a może nie potrafią?) z nimi współpracować. Rozłażą się, uciekają, rozpływają się w malowniczej zieleni łąk, które ich otaczają.

Szczepaniak szuka w wartkim nurcie życia naturalnej komedii, ujawniającej istotę ludzkiego bytu

Tak naprawdę jednak „Ślimaki” nie opowiadają o tytułowych zwierzętach, ale o ludziach. Nawet nie o Andrzeju i Konradzie, ale o sporej części ich rówieśników, którzy łatwo angażują się w obiecujące przedsięwzięcia – lecz bez świadomości kosztów, jakie przyjdzie im ponieść. W pewnej chwili zapał się wypala, energia ulatuje, zaś chęć ulatania. Ale do rezygnacji jeszcze daleko, więc młodzi przedsiębiorcy chwytają za motykę, by ruszyć z nią na kolejne słońce.

O „Ślimakach” można powiedzieć, że są komedią dokumentalną: młodzi bohaterowie szybko zyskują sympatię i przychylność widza, który szczerze im sekunduje w działaniach, zaciskając kciuki w nadziei, że tym razem się powiedzie. Nie udało się? Trudno, mają jeszcze trochę czasu, no i determinacja ich nie opuszcza. A że buksują w miejscu niczym zakopany w błocie samochód? Nieważne, póki jeszcze im się chce. Nawet to, że w tych swoich wysiłkach są zabawni (by nie powiedzieć: śmieszni) nie razi. Przynajmniej do chwili, gdy sami tej śmieszności nie zauważą.

Sukces „Ślimaków” (parę nagród i wyróżnień na poważnych festiwalach) z jednej strony podziałał na ambicję Grzegorza Szczepaniaka, z drugiej pomógł mu sformułować artystyczne credo, zawierające się (w skrócie) w poszukiwaniu tych przestrzeni w otaczającej nas rzeczywistości, które zdają się śmieszyć, kryjąc zarazem zjawiska intrygujące, fascynujące, by nie powiedzieć: piękne. Szczepaniak szuka w wartkim nurcie życia naturalnej komedii, ujawniającej istotę ludzkiego bytu. Brzmi może patetycznie, ale w praktyce oznacza zdarzenia tyleż proste, co krzepiące.

Od czasu, gdy dokumentem w Telewizji Polskiej zawiadywał Andrzej Fidyk, w cenie są rozmaite oryginały, by nie powiedzieć – dziwolągi. Prym w tej dziedzinie wiodło małżeństwo poznańskich kinomaniaków, Maria Kalinowska i jej, niestety już nieżyjący, mąż Bogdan – o których nakręcono co najmniej dwa filmy dokumentalne, nie mówiąc o licznych materiałach kronikalnych i prasowych. Do tego grona dołączą zapewne Kazimiera i Bogdan Różyccy z podwarszawskich Marek, bohaterowie kolejnego filmu Szczepaniaka pt. „Najbrzydszy samochód świata”, który w 2017 roku wygrał Konkurs Polski Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Pani Kazimiera ma dziś 97 lat (na ekranie 4 lata mniej), pan Bogdan nieco ponad 70. Reżyser wypatrzył ich w restauracji Ikei, gdzie regularnie się stołują.

Na ekranie nie dzieje się nic niezwykłego, a przecież my, widzowie – to łkając ze śmiechu, to znów łykając łzy wzruszenia – mamy odczucie, że uczestniczymy w czymś niezwykłym

Różyccy nie są postaciami do końca anonimowymi. Pan Bogdan jest posiadaczem imponującej kolekcji wartburgów – motoryzacyjnych przebojów z NRD – i uczestnikiem rozmaitych zlotów starych samochodów, gdzie jego maszyny zdobywają nawet wyróżnienia, w tym tytułowe miano „najbrzydszego samochodu”. Różnią się od innych aut tym, że nie są utrzymane w budzącym podziw stanie muzealnego eksponatu, wręcz przeciwnie – wyglądają na zaniedbane i brudne, za to nie ma w nich żadnych nieoryginalnych części. Zresztą, sam samochód jest tu tylko pretekstem, by skierować kamerę na jego właścicieli: starą, coraz bardziej niesamodzielną kobietę i jej syna, także nie do końca sprawnego, ale jakże po polsku dumnego ze swego auta.

Ta dziwna para nie rusza się nigdzie bez siebie. Ale ich podróże nie mają nic wspólnego z wegetacją, wręcz przeciwnie – Różyckimi kieruje niezwykła fantazja. Wystarczy zarys pomysłu, by spakować się w dwie sizalowe torby, posklejać legendarną srebrną taśmą auto i ruszyć w drogę. Choćby śladem wojennych losów pani Kazimiery i jej miłości, której owocem jest Bogdan. W ten sposób Szczepaniak wraz ze swoimi bohaterami (i specjalnym, ukrytym za kadrem konwojem z ciężarówką z drugim samochodem – gdyby pierwszy nie zniósł trudu podróży) wyruszył do obozu zagłady na Majdanku, potem przejechał przez Wielkopolskę, by ostatecznie dotrzeć na przedmieścia Magdeburga, gdzie w dawnych zakładach Junkersa pani Kazimiera poznała ojca Bogdana.

Na ekranie nie dzieje się nic niezwykłego, a przecież my, widzowie – to łkając ze śmiechu, to znów łykając łzy wzruszenia – mamy odczucie, że uczestniczymy w czymś niezwykłym. Krakowscy jurorzy nagrodzili Szczepaniaka Złotym Lajkonikiem za „ukazanie wzruszających i pełnych ciepłego humoru relacji pomiędzy synem i matką w czułej podróży najpiękniejszym z pojazdów”.

Nam pozostaje tylko zapytać, czy to tylko czułość, czy też raczej miłość w najczystszym, codziennym wydaniu?