Aż strach pomyśleć, co naprawdę kryje się za nagminnym mieszaniem przez księży i hierarchów porządku religijnego z politycznym i łamaniem ich autonomii: oderwanie od rzeczywistości, hipokryzja, koniunkturalizm… Tak, zasada rozdziału Kościoła i państwa od dawna leży u nas w grobie.

W lipcu przypada 25. rocznica podpisania konkordatu ze Stolicą Apostolską. Pamięć o tym ważnym dokumencie z samych początków naszej niepodległości obecna jest dziś najczęściej w prymitywnym antykościelnym hejcie internetowym, a także w gorzkich refleksjach tych wszystkich, którzy z rosnącym niepokojem obserwują polskie życie publiczne, nierzadko pozbawione rzeczywistego, a nie wyłącznie deklaratywnego, poszanowania dla fundamentalnej soborowej zasady autonomiczności państwa i Kościoła.

A przecież zasada ta została wyeksponowana już na samym wstępie konkordatu. Świadomość jej znaczenia dla nowej państwowości i troska o to, by wystrzegać się takich zapisów, które mogłyby w przyszłości naruszać zasadę świeckiego charakteru państwa towarzyszyły od początku pracom przygotowawczym nad tym dokumentem. Znamienne, że troskę tę szczególnie wytrwale przejawiali czasem ludzie blisko związani z katolicyzmem. Mogłem się o tym przekonać wiele razy podczas współpracy z ministrem spraw zagranicznych Krzysztofem Skubiszewskim na etapie powstawania zrębów umowy z Watykanem.

Niestety, dzisiaj, po dwudziestu latach obowiązywania konkordatu (jego ratyfikacja nastąpiła w lutym 1998 r.), trzeba mi z przykrością – bo sam dołożyłem małą cegiełkę do tego dzieła – zgodzić się z niedawną opinią bp. Tadeusza Pieronka, że zasada rozdziału Kościoła i państwa od dawna leży u nas w grobie.

Kościół nie miesza się do polityki?

Składanie do grobu tej arcyważnej i dla państwa, i dla Kościoła zasady przyjaznego rozdziału zaczęło się właściwie na samym początku budowania demokratycznego państwa i społeczeństwa wolnych obywateli. To już wtedy można było odnieść wrażenie, że to – o paradoksie – część instytucjonalnego Kościoła jest najwierniejszym strażnikiem mentalności bolszewickiej, dla której nie ma życia bez okopywania się w oblężonej rzekomo twierdzy, bez wrogów, ich tropienia i głośnego piętnowania. Różni byli bądź są ci wrogowie: pogański Zachód narzucający nam „cywilizację śmierci”, niewierzący, komuniści i tzw. lewactwo, liberalizm jako uprzywilejowana kategoria w opisie współczesnej cywilizacji, bezbożna kultura artystyczna, „ideologia gender”. Najczęściej jednak – ludzie i środowiska walczący z Kościołem, według niektórych biskupów zacieklej, niż to się działo w czasach stalinowskich…

O paradoksie – część instytucjonalnego Kościoła jest najwierniejszym strażnikiem mentalności bolszewickiej, dla której nie ma życia bez okopywania się w oblężonej rzekomo twierdzy, bez wrogów, ich tropienia i głośnego piętnowania

Takie mentalne trwanie w oblężonej twierdzy, uleganie pokusie nieustających polemik z niedobrym światem i to często przy okazji największych świąt liturgicznych, kiedy oczekujemy słów duchowego pokrzepienia i nadziei, a w ostatnich latach wyraźne utożsamianie się niemałej części ludzi Kościoła z jedną formacją polityczną nie sprzyjają, delikatnie mówiąc, budowaniu szerszej wspólnoty. Nie uczą poszanowania dla każdego bez wyjątku człowieka i pluralistycznego przecież społeczeństwa, nie służą niwelowaniu rosnących wciąż podziałów i pogardy dla przeciwników. Dodajmy: podziałów i pogardy motywowanych nierzadko – to nasza specjalność i polski „wkład” do społecznej nauki Kościoła – pseudoreligijnymi sloganami i przekonaniem o naszej uprzywilejowanej misji w ewangelizowaniu wszystkiego i wszystkich.

Tego stanu rzeczy nie mogą zmienić pojawiające się ostatnio zapewnienia niektórych hierarchów o tym, że Kościół nie miesza się do polityki, nie akceptuje utożsamiania patriotyzmu z nacjonalizmem i nie jest stroną w politycznych sporach. Te głosy rozsądku i otrzeźwienia wciąż są nieliczne i mogą świadczyć skądinąd o poważnych podziałach w polskim episkopacie i braku wyraźnego w nim przywództwa. I nie ich wyraziciele dla szerszej opinii odbiorców są twarzą Kościoła. Tą twarzą wciąż pozostają ci, którzy z ambon i biskupich katedr uprawiają polityczną propagandę, a upolitycznienie kościelnego nauczania tłumaczą… prawem do moralnej oceny zjawisk życia publicznego. Aż strach pomyśleć, co naprawdę kryje się za nagminnym mieszaniem porządku religijnego z politycznym i łamaniem ich autonomii: oderwanie od rzeczywistości, hipokryzja, koniunkturalizm, nieumiejętność kierowania się tak często podkreślaną mądrością wieków, wreszcie niewiedza na temat politycznych uwikłań polskiego Kościoła w dwudziestoleciu międzywojennym? Myślę, że świecki wariograf niewiele by tu wyjaśnił…

Z drugiej strony, kiedy obserwuję bieg wydarzeń publicznych w naszym kraju, uderza mnie co rusz postawa czołowych polityków: ministranckie demonstrowanie osobistej religijności, niepamięć o pluralistycznym przecież charakterze społeczeństwa i obowiązku liczenia się z odbiorem wszystkich obywateli. Gdzie się podziała pamięć o historycznej wizycie Jana Pawła II w Sejmie 11 czerwca 1999 roku? Papież mówił wówczas także do polityków kierujących się w swej działalności motywacją religijną słowa: „Wykonywanie władzy politycznej (…) powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści”. Przypomniał też o „poszanowaniu dla właściwej życiu wspólnoty politycznej autonomii”. Nawoływał do „solidarnej współpracy wszystkich ludzi dobrej woli – niezależnie od opcji politycznej i światopoglądu”. Tymczasem z tego sejmowego spotkania z papieżem zapamiętane zostało chyba wyłącznie spontaniczne „Ale nam się wydarzyło!”.

Zmiany zostaną wymuszone

Moja gorycz i mój zawód z powodu klęski nad Wisłą soborowej zasady, że „wspólnota polityczna i Kościół są każde na własnym terenie niezależne od siebie i autonomiczne” – zasady, o której wiele razy słyszałem z ust naszego świętego papieża – nie kierują się głównie w stronę polityków. Adresatem jest w pierwszym rzędzie hierarchia polskiego Kościoła. Był on bowiem, i wciąż pozostaje, instytucją potężną, wpływową, a dla wielu – ze względu na rolę odegraną w epoce komunizmu – ważnym, czasem najważniejszym punktem odniesienia. Niektórzy z nich w trudnych czasach „bezbożnego systemu” płacili dotkliwą cenę za zaangażowanie w prace laikatu, za publiczną obronę Kościoła i jego służby polskim interesom, na przykład w związku z obchodami milenijnymi czy listem episkopatu do biskupów niemieckich w 1965 roku. Oczywiście o tym wszystkim nie mają zielonego pojęcia dzisiejsi, bezpiecznie rozparci w kanapach, obrońcy Kościoła przed „prześladowaniami” ze strony „bezbożnego lewactwa”.

Uważam, że to od instytucjonalnego Kościoła zależy formacja dojrzałych polityków, działających na własny rachunek, bez podpierania się autorytetem biskupów – tych polityków, którzy podejmują swoją działalność z pobudek religijnych. Zależy też rzeczywiste, a nie tylko zamknięte w okrągłych deklaracjach, poszanowanie zasady świeckości demokratycznego państwa. Świeckości, której nie można utożsamiać, jak to się dzieje, z walką z religią i Kościołem, ale która powinna być rozumiana jako moralny obowiązek i życiowa szansa zarówno dla polskiego chrześcijaństwa, jak i dla jakości naszego życia publicznego. Obawiam się jednak, że jest to marzenie ściętej głowy. Może pomogą tutaj zmiany pokoleniowe w polskiej hierarchii… A może konieczne zmiany zostaną dopiero wymuszone przez procesy laicyzacyjne i jeszcze większy spadek praktyk religijnych?

„Jacy piękni ludzie byli u początków tej naszej wolności” – powiedział mi kiedyś z wyraźnym wzruszeniem Jan Paweł II

Próbuję na koniec znaleźć praprzyczynę obecnej sytuacji. We wspomnieniach wracają zapamiętane obrazy Jana Pawła II i jego postawy wobec „Solidarności” w latach osiemdziesiątych, a potem wobec cudu odzyskanej wolności w roku 1989 i ojców założycieli III RP z Lechem Wałęsą na czele, a także – uwagi papieża na temat jego osobistego udziału w tamtych wydarzeniach. Uderzała mnie zawsze jego wielka pokora i wdzięczność w obliczu historycznych zmian, wobec ludzi, także tych niezwiązanych z Kościołem. „Jacy piękni ludzie byli u początków tej naszej wolności” – powiedział mi kiedyś z wyraźnym wzruszeniem. A jednocześnie kiedy mowa była o jego własnej roli na drodze ku niepodległości – przerywał zdecydowanie, podkreślając, że to działał Bóg.

Nie ma ewangelizacji bez pokory

Była w papieżu ogromna skromność w patrzeniu na siebie i własne dokonania, a jednocześnie autentyczna wdzięczność za to wszystko, co Kościół otrzymuje od świata, od ludzi świeckich i dokonujących się dzięki nim procesów społecznych, od współczesnej kultury ogólnej, którą starał się śledzić i której nie utożsamiał wyłącznie z negatywnymi zjawiskami obyczajowymi.

Brak mi w polskim Kościele takiej właśnie pokornej postawy. Brak ten, mimo nieustannego powoływania się na naszego świętego papieża, dawał się odczuć już w początkach budowania wolnej Polski. Częste podkreślanie własnych zasług w odzyskiwaniu wolności, histeryczne momentami reagowanie na przejawy antyklerykalizmu i tzw. walki z Kościołem, postawy rewindykacyjne w zakresie odzyskiwania dóbr – wszystko to musiało robić wrażenie, że tenże Kościół oczekuje nadzwyczajnej wdzięczności i uprzywilejowanego traktowania przez państwo. Słowem: że oczekuje premii za wypełnianie obowiązków, które należą przecież do jego moralnej misji.

Towarzyszyła temu nieumiejętność odejścia od różnych funkcji zastępczych, pełnionych z konieczności w czasach komunizmu, a które teraz wypełniane są w sposób naturalny przez demokratyczne państwo i jego instytucje edukacyjno-kulturalne. A pryncypializm i pycha w potępianiu złożonych zjawisk współczesnej cywilizacji, zaliczanych łatwo en bloc do kategorii „cywilizacji śmierci” i bezbożności, twarde przedkładanie „doktryny” ponad prymat suwerennego sumienia, wszystko to nie sprzyjało – w warunkach wolnego rynku i rosnącego przecież konsumpcjonizmu – stwarzaniu społecznego klimatu współczucia i solidarności z najsłabszymi.

A przecież „tylko współczucie – jak pisał na progu wolności ks. Janusz Pasierb – prowadzi nas do pokory, tej pokory, dzięki której słuchamy i mówimy, otrzymujemy i dajemy, ewangelizujemy i jesteśmy ewangelizowani”.