Wiele wskazuje na to, że w dobie zawłaszczania opowieści o dziejach najnowszych przez jeden obóz polityczny rzeczowa wymiana argumentów jest trudniejsza, jeśli nie niemożliwa.

Historio, historio, / tyle w tobie marzeń, / bywa, że cię piszą / kłamcy i gówniarze. / Orszaki, dworaki, / szum pawich piór! / Historio, historio, / ty żarłoczny micie, / co dla ciebie znaczy / jedno ludzkie życie? – Agnieszka Osiecka, „Historia”

 Zacznę od osobistego wspomnienia[1]. W 2007 r., w Łodzi, organizowaliśmy wspólnie z Janem Pomorskim i Sławomirem M. Nowinowskim konferencję zatytułowaną „Pamięć i polityka historyczna. Doświadczenia Polski i jej sąsiadów”. Współorganizatorem tego spotkania, które zgromadziło wielu znaczących badaczy z kraju i z zagranicy, był Oddział Łódzki Instytutu Pamięci Narodowej, kierowany wówczas przez Marka Drużkę. We „Wprowadzeniu” do książki, która ukazała się rok później, pisaliśmy m.in.: „Zapowiedź prowadzenia konsekwentnej polityki historycznej wywołuje w Polsce skrajne reakcje: jedni odrzucają ją a limine, inni z kolei wiążą z nią przesadne nadzieje. W ferworze dyskusji zapomina się, że polityka historyczna jest intelektualnym i obywatelskim wyzwaniem. Można oczywiście sprowadzić ja do urzędowej propagandy, do historycznej legitymizacji władzy, można jednak sprawić, by stała się programem nie tylko historycznego, ale także obywatelskiego myślenia. Realizacja tak ambitnego celu wymaga jednak gruntownego rozpoznania przykładów uprawiania polityki historycznej. Tej dobrej i tej złej”[2].

Myśleliśmy wówczas, że możliwe będzie wprowadzenie refleksji nad polityką historyczną, uwolnioną od bieżących konotacji aksjologicznych, do debaty akademickiej. Sądziliśmy, że stanie się „samodzielnym przedmiotem badań dla historyków, politologów, socjologów i psychologów społecznych, antropologów kulturowych i medioznawców”[3]. Mimo, że od tego czasu powstało wiele interesujących studiów nad wspomnianą tematyką[4], to jednak mam głębokie poczucie niespełnienia i zawodu. Z różnych powodów – związanych z niechęcią środowiska, dominującymi w mediach czarno-białymi ocenami polityki historycznej, wreszcie pogłębiającymi się w ostatnim czasie podziałami politycznymi i ideologicznymi w społeczeństwie – sensowna i rzeczowa dyskusja nad statusem polityki historycznej nie stała się częścią debaty publicznej, a przede wszystkim akademickiej.

Dziś wiele wskazuje na to, że w dobie zawłaszczania opowieści o dziejach najnowszych przez jeden obóz polityczny rzeczowa wymiana argumentów jest jeszcze trudniejsza, jeśli nie niemożliwa. Oczywiście nie znaczy to, że jako temat polityka historyczna zniknęła z debaty publicznej. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że rozmowa o niej przybiera niekiedy formy karykaturalne, kompromitujące biorących w niej udział kolegów, skądinąd z tytułami naukowymi i z niemałym dorobkiem. Udostępniony mi ostatnio przez jednego z młodszych badaczy zestaw facebookowych wypowiedzi jednego z historyków sprawujących kierowniczą funkcję we władzach Instytutu Pamięci Narodowej na długo pozostanie w mojej pamięci. Obecna w tych wypowiedziach ilość wulgaryzmów, ledwo maskowanej ksenofobii, pseudoironii oraz brak jakiegokolwiek szacunku dla przeciwnika, żeby poprzestać tylko na tych w miarę neutralnych określeniach, głęboko mnie zasmuciły.

„Druga strona” nie pozostaje oczywiście dłużna, choć warto podkreślić, że wypowiada się w formie nieco bardziej kulturalnej. Odwołam się tym razem do tekstów prasowych. Daniel Passent pisał na łamach „Polityki” o „karykaturalnej, zakłamanej, pseudo «polityce historycznej»”, biorąc to określenie w cudzysłów, bo jego zdaniem „polityka historyczna to oksymoron, w przyrodzie występuje albo polityka, albo historia”[iv]. Z kolei pisarz Zygmunt Miłoszewski w deklarował wywiadzie, że obecnie „zamiast Ministerstwa Kultury mamy Ministerstwo Nabzdyczonej Polityki Historycznej”[5].

Taka sytuacja uświadomiła mi dobitnie, jak mało pozostało w nas, mówię o części środowiska historyków, ludzkich odczuć, chęci do wyrażenia gestów solidarności z innymi badaczami, często wbrew deklarowanej postawie ideowej. Na tym tle szczególnej wagi nabiera list podpisany przez Andrzeja Nowaka i Timothy’ego Snydera w obronie Muzeum II Wojny Światowej, żeby poprzestać na tym, może najbardziej spektakularnym, przykładzie.


[1] Tekst został wygłoszony podczas konferencji „Przeszłość w dyskursach publicznych. Narracje – wizualizacje – konceptualizacje”, która odbyła się w dniach 25–27 października 2017 r. w Kazimierzu Dolnym.
[2] S. M. Nowinowski, J. Pomorski, R. Stobiecki, „Wprowadzenie”, w: „Pamięć i polityka historyczna. Doświadczenia Polski i jej sąsiadów”, Łódź 2008, s. 8. Zob. także w wielu miejscach aktualny, choć pisany w 2010 r. artykuł R. Traby, „Polityka wobec historii: kontrowersje i perspektywy”, „Teksty Drugie” 2010, , nr 1-2, s. 300–319. Tamże bogaty wybór literatury.
[3] Tamże, s. 9.
[4] W tym kontekście można wymienić m. in. prace: B. Korzeniewskiego, L. Nijakowskiego, A. Szpocińskiego, R. Traby.
[5] D. Passent, „Nadgorliwość ukarana”, „Polityka” 2017, nr 36.
[6] „A my nie chcemy uciekać stąd”, z Z. Miłoszewskim rozmawia M. Nogaś, „Gazeta Wyborcza” 9-10 listopada 2017. Zob. także, bardziej zniuansowaną krytykę K. Pomiana, „Historia, pamięć, polityka”, w: „Pamięć. Rejestry i terytoria / Memory. Registers and Territories”, Kraków 2013, s. 22–24 (dwujęzyczny album wydany przez Międzynarodowe Centrum Kultury z okazji wystawy pod tym samym tytułem, konsultacja naukowa J. Purchla).

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, wiosna 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 1/2018