Nie żałuję, że nie opuściłem sali przed finałem „Wyzwolenia”. W nieudanym, mocno nużącym spektaklu Garbaczewskiego niespodziewanie odkryłem bowiem kilka niezwykłych intuicji na temat kondycji współczesnej polskości.

Niespełna rok temu Krzysztof Garbaczewski wyreżyserował w warszawskim Teatrze Studio „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego. Postdramatyczna konwencja, wedle której skonstruował spektakl ów jeden z najmodniejszych obecnie twórców polskiego teatru, nie przypadła do gustu ani krytykom, ani publiczności. Wielu widzów nie było w stanie wysiedzieć do końca na przedstawieniu. Niektórzy wychodzili w trakcie, z ostentacją trzaskając drzwiami.

W teatrze Polskę budować?

Miałem podobną pokusę. Nie bardzo przekonało mnie założenie, że „Wyzwolenie”, jak rzadko który klasyczny dramat, świetnie poddane być może zabiegom wyznawców teatralnej postdramatyczności. Okazało się, że brak troski o skuteczną komunikację z widownią istotnie jest w teatrze nieznośny. Jednak ostatecznie nie żałuję, że nie opuściłem sali przed finałem przedstawienia. W nieudanym, mocno nużącym spektaklu Garbaczewskiego niespodziewanie odkryłem bowiem kilka niezwykłych intuicji na temat kondycji współczesnej polskości. Z afabularnej magmy wyszły nagle na wierzch lęki obecne gdzieś podskórnie w naszej społecznej rzeczywistości. Lęki domagające się natychmiastowej wiwisekcji.

Tak jak zapisał w swych didaskaliach Wyspiański, i u Garbaczewskiego pojawiają się na scenie robotnicy teatralni (co prawda, w kaskach ochronnych). Budują scenografię „Polski współczesnej”. Niedługo potem do pracowników technicznych teatru dołączają aktorzy ubrani w kolorowe kostiumy. Są trochę podobni do południowoamerykańskich Indian albo do hipsterów przesiadujących latem w modnych warszawskich lokalach. Razem z robotnikami wznoszą z drewnianych i metalowych elementów rusztowanie o nieokreślonym kształcie i przeznaczeniu. Zdają się postępować zgodnie z tym, co u Wyspiańskiego deklaruje główny bohater „Wyzwolenia” – Konrad: „chcemy w teatrze tym Polskę budować!”.

Polscy sanescobarczycy z zapałem konstruują swój świat, choć z tych zabiegów wyłania się tylko coraz rozleglejsze śmietnisko

Szybko się jednak okazuje, że kolorowy tłum nie bardzo chyba zaprząta sobie głowę pragnieniem budowy (polskiej) ojczyzny. Młodzi ludzie w wesołych ubraniach wolą tworzyć „San Escobar” – mityczną republikę, którą w swym słynnym przejęzyczeniu powołał do życia były już minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. I w konstrukcji tego świata chcieliby być wyzwoleni od przygniatającego ciężaru Polski (zwykle, od długiego już czasu, w oczach wielu jej mieszkańców nieustannie cierpiącej) nie mniej niż bohater Wyspiańskiego. Słynne wyznanie Konrada mogłoby być i ich wyznaniem: „Wolny! wolny! Ja tu ogłaszam się wolny i nikt ducha mego skrępować nie zdoła. Nikt!”.

Czy jednak nawet z tak wielkim przekonaniem o własnej wewnętrznej wolności uda się w dzisiejszej Polsce zbudować idealnie hedonistyczną „Republikę San Escobar”? Nawet jeśli nie, można śnić o tym szczęśliwym kraju albo przynajmniej raz po raz udawać się w podróż do jego realnie istniejących w różnych zakątkach globu (jako „turystyczne raje” dla młodszych i starszych sybarytów) – namiastek.

W dobiegających ze sceny raz po raz niczym motto słowach Robotnika – „Synowie nasi zburzą, co my budujemy. Burzymy, co zbudowali ojcowie nasi” – trudno zatem usłyszeć dojmującą melancholię. Polscy sanescobarczycy z zapałem konstruują swój świat, choć z tych zabiegów wyłania się tylko coraz rozleglejsze śmietnisko. Gdy budowa ma się ku końcowi, polscy hipsterzy postanawiają ją ochronić barykadą z tekturowych pudeł. Przed kim chcą się bronić?

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, wiosna 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 1/2018