Moi wspaniali harcerscy instruktorzy musieli wyjechać z Polski po Marcu ’68. Ale nas ochronili przed jeszcze gorszymi emocjami. Żadne z nich nie powiedziało nam, że to nie oni zdradzili nas, tylko ich zdradziła własna ojczyzna.

W marcu 1968 roku skończyłam 11 lat. Byłam jeszcze dzieckiem, więc teoretycznie nie powinnam pamiętać, co się wówczas w Polsce działo. A zwłaszcza uważać, że także jestem częścią pokolenia Marca ’68. A przecież to, co się wówczas w moim życiu wydarzyło, z całą pewnością miało duży wpływ na moje późniejsze zachowania i wybory – choć wówczas tego, oczywiście, nie wiedziałam.

Nigdy w dorosłym życiu nie pomyślałam, że mogę zostać członkiem jakiejkolwiek partii lub innej zhierarchizowanej organizacji, wymagającej od swoich członków dyscypliny i ściśle określonych zachowań. Czemu? Może właśnie dlatego, że jesienią 1967 roku zostałam harcerką.

Właśnie wtedy w naszej nowej szkole – „tysiąclatce” – pojawili się starsi od nas o kilka lat harcerze, zapraszając do przeżycia szalonej przygody. Do tworzącej się właśnie drużyny zapisała się niemal cała klasa. Także ja.

Niechaj się odwet nasz nie ziści

A przygoda okazała się rzeczywiście fascynująca – zostaliśmy, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, „spadkobiercami Szarych Szeregów”. Czytaliśmy „Kamienie na szaniec”, „Zośkę” i „Parasol”, poezję Baczyńskiego. Biegaliśmy warszawskimi śladami naszych rówieśników sprzed lat i jak oni przedzieraliśmy się przez zakurzone piwnice. W rozmowach i gorących dyskusjach wybieraliśmy naszego bohatera – patrona drużyny.

Został nim ostatecznie Andrzej Romocki „Morro”. Nie pamiętam już, czy zdecydowaliśmy o tym ostatecznie w Ogrodzie Saskim, przez który wyprowadził swój oddział ze Starówki do Śródmieścia; na Płycie Czerniakowskiej, gdzie zginął; na Powązkach, przy grobach jego i jego brata Jana „Bonawentury”; czy może podczas odwiedzin u ich matki, pani Jadwigi. A może od początku 408 WDH miała nosić imię Andrzeja Morro?

Nawet jeśli nasi instruktorzy już na starcie mieli taki pomysł, to zrobili wszystko, żebyśmy czuli się w tej kwestii współdecydentami. Ciężko też pracowali, by historia, którą poznawaliśmy, nie zamieniła się w ciąg kolejnych „podchodów”, żeby nie stała się wariantem zabawy w policjantów i złodziei, okraszonej patriotycznym sosem. Czuwała nad tym zawsze nasza zastępowa.

Wojna nie była dla nas przygodą, lecz dramatycznym wyzwaniem, któremu tacy jak my lub niewiele starsi musieli sprostać. Lęk, odpowiedzialność, braterstwo, pokonywanie własnych słabości – tego nas uczyła na zbiórkach i obozach nasza zastępowa. Miała na imię Ewa.

Śpiewaliśmy „Sadźmy przyjacielu róże” i nasz hymn, „Łódeczkę”, „Czerwony pas”, „Karocę” i „16 ton”. Jak zapewne wszyscy harcerze. Ale mieliśmy także swój „własny” wiersz napisany przez 17-letniego Janka Romockiego, „Bonawenturę”, brata „naszego” Andrzeja – zatytułowany „Modlitwa”. Ewa zawsze zwracała uwagę na dwie ostatnie jej zwrotki, a my nie rozumieliśmy, dlaczego uważa je za tak ważne. Brzmią one tak:

Od rezygnacji w dobie klęski
Lecz i od pychy w dzień zwycięski
Od krzywd, lecz i od zemsty za nie
Uchroń nas Panie!

Uchroń od zła i nienawiści
Niechaj się odwet nasz nie ziści
Na przebaczenie im przeczyste
Wlej w nas moc, Chryste!

Wczesną wiosną 1968 roku wciąż jeszcze omawialiśmy ostatnie zimowisko i już pewnie planowaliśmy letni obóz. Pewnego marcowego dnia oznajmiono nam, że nie wyjdziemy po lekcjach ze szkoły. Mamy czekać, aż odbiorą nas rodzice. Dlaczego – nikt nam nie powiedział.

Z podsłuchanej rozmowy rodziców zorientowałam się, że coś się dzieje na Krakowskim Przedmieściu, zrozumiałam słowa „studenci” i „milicja”. Następnego dnia, w drodze do szkoły, postanowiliśmy z kolegą rozpoznać sprawę po harcersku. Nasz wypad na Krakowskie zakończył się ucieczką na schody kościoła Świętego Krzyża… Rodziców wezwano do szkoły i przestałam być członkiem szkolnego samorządu.

Marcowi wygnańcy mają żal. Głęboki i jak najbardziej uzasadniony. Ale nie do Gomułki i Moczara. Pytają, dlaczego wolna Polska zdradza ich nadal

W drużynie się o tym nie rozmawiało. Stanowczo unikano tematu. Czasem wydawało nam się, że wychowawcy lekceważą to, co się dzieje, a czasem, że pojawia się niczym nieuzasadnione napięcie. I nagle – to już na pewno była zima, doskonale pamiętam płatki śniegu w świetle ulicznej latarni – Ewa powiedziała nam, że wyjeżdża. Albo że musi wyjechać. Nie uwierzyłam.

Ktoś przyniósł wiadomość, że w szkole (nie naszej) zaatakowano (a może pobito) młodszego brata Ewy, Bronka. Ale nie wiedzieliśmy dlaczego. Bronek też był harcerzem i byliśmy gotowi go obronić. Należało tylko Ewie wytłumaczyć, że z takiego powodu nie trzeba z Polski wyjeżdżać.

Ale potem okazało się, że wyjeżdża nie tylko Ewa. Także Iwonka, Józik, Marek… Jakby naszą drużynę dotknęła epidemia.

Wyjeżdżała też przyjaciółka mojej mamy, moja ciocia Ewa z Anią i Januszem. Pytałam dlaczego – ale nikt nie chciał mi powiedzieć. Mama powtarzała tylko, że doskonale ją rozumie.

Ja nie rozumiałam. Byłam zła i rozgoryczona, przekonana, że nasi wychowawcy nas zdradzili. Zwłaszcza „moja” Ewa. Była moim guru, tyle mnie nauczyła, była dla mnie taka ważna i tak sobie po prostu wyjeżdża. Nie chciałam pójść, żeby się z nią pożegnać. To ona przyszła powiedzieć „do widzenia”. Bo rozumiała. Bo była starsza i mądrzejsza. Bo miała już 16 lat.

Przez jakiś czas Ewa pisała. Mieszkała w Massachusetts. Interesowała się pedagogiką, była wychowawczynią skautek. Z jedną z nich, Charlene, jakiś czas korespondowałam. A potem kontakt się urwał.

Drużyna dalej funkcjonowała, pojawili się nowi ludzie, pozornie wszystko było jak dawniej. Raz tylko w jakiejś rozmowie w hufcu padło słowo „Żydzi”. Bo jednak nie wszyscy wyjechali i być może komuś to się nie podobało. Skończyłam szkołę podstawową i odeszłam z harcerstwa.

Moją drużynę założyli harcerze z „Latawca”, z 263 WDH im. Lucjana Szenwalda – z, jak czasem słyszę, „czerwonego” albo nawet „żydowskiego” harcerstwa. Nie zamierzam polemizować. Bo wiem, że moją drużynę założyli polscy harcerze.

Szczepionka

Kiedy już jako dorosła osoba myślałam o Ewie i o moich zmuszonych do wyjazdu instruktorach, zawsze wracało pytanie, jak to było możliwe, że – przestraszeni, rozgoryczeni i zapewne wściekli – zdołali nas przed udziałem w tych swoich emocjach ochronić. Wszyscy mieli wówczas „naście” lat. Żadne z nich nam nie powiedziało, że to nie oni nas zdradzili, tylko ich zdradziła własna ojczyzna.

Wiele lat później często słyszałam takie słowa. W Sztokholmie, w Nowym Jorku i w Aszkelonie. Marcowi wygnańcy mają żal. Głęboki i jak najbardziej uzasadniony. Ale nie do Gomułki i Moczara. Dobrze wiedzą, kim oni byli. Często nawet już nie do sąsiadów i znajomych, którzy wtedy się cieszyli i przychodzili kupować za bezcen rzeczy, których im, jadącym w nieznane, nie pozwolono zabrać. Pytają – ci, którym jeszcze zależy i którzy ciągle, chcą czy nie, pozostają Polakami – dlaczego wolna Polska zdradza ich nadal.

Po 1968 roiku z Polski wyjechało ok. 15 tysięcy obywateli. W ogromnej większości byli do tego zmuszeni. Wcześniej kazano im zrzec się polskiego obywatelstwa. Wolna Polska otworzyła przed nimi granice i uroczyście obchodzi kolejne rocznice Marca. Ale nigdy nie zdobyła się na to, by anulować haniebną instrukcję Władysława Gomułki i wszystkim, którzy wciąż by tego chcieli, wręczyć polskie paszporty. I oddać przy okazji te, które im wtedy zabrano. Zawsze w czasie takich spotkań wstydziłam się za moje państwo. I nadal się wstydzę.

Kiedy w 2001 roku jechałam do Nowego Jorku, wiedziałam, że jadę także po to, by znaleźć Ewę. Pytałam wszystkich „marcowych” znajomych. I nic. Jak kamień w wodę. Zapytałam też, właściwie bez większej nadziei, Joasię Wiszniewicz przy okazji prezentacji jej książki w konsulacie. I…

Spotkałyśmy się z Ewą w Bostonie, w kawiarni i chyba obie byłyśmy rozczarowane. Właściwie nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia. To nie tak miało się skończyć.

I nie tak się skończyło. Od 2014 roku dawni harcerze 263 WDH spotykają się w Polsce. I wówczas także my – dawny zastęp Ewy – spotykamy się z nią. Wiem, że umieliśmy jej powiedzieć, jak była dla nas ważna. I jest nadal.

Pisanie tak osobistych tekstów jest trudne i nie wiem, jak ustrzec się patosu i zbędnego sentymentalizmu. Ale jednak muszę napisać, że w 1968 roku w jakimś sensie przestałam być dzieckiem. Zaczęłam świadomie zadawać pytania, na które najczęściej nie uzyskiwałam odpowiedzi. A to, co się wówczas wydarzyło, na zawsze impregnowało mnie na antysemityzm. Na tę chorobę serca, umysłu i duszy wciąż w Polsce obecną, nigdy skutecznie nieleczoną i znowu nam zagrażającą – bardziej niż epidemia grypy, tyle że przeciwko grypie jednak coraz częściej się szczepimy.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, wiosna 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 1/2018