Zablokowanie dostępu do świątyni, którą codziennie odwiedza kilka tysięcy przybyszów, musiało być albo aktem desperacji liderów wspólnot chrześcijańskich, albo ich wyrachowaną polityczną grą. Albo i jednym, i drugim.

Po trzech dniach protestu otwarto dziś wrota Bazyliki Grobu Świętego w Jerozolimie. Choć miejsce i czas nasuwają skojarzenia ze zmartwychwstaniem, w tym przypadku trudno mówić o nadprzyrodzonej interwencji, a nawet radości czy zwycięstwie. Wydaje się, że w tej sytuacji są tylko przegrani. Przedstawiciele izraelskich władz wykazali brak elementarnego szacunku wobec obecnych w Ziemi Świętej wspólnot chrześcijańskich, a liderzy tychże posłużyli się najświętszym sanktuarium w politycznej przepychance.

Doprawdy wielka jest potęga interpretacji. W kilku polskich portalach zamieszczono suchą agencyjną depeszę o tym, że zwierzchnicy Kościołów w Ziemi Świętej w proteście przeciw nowemu izraelskiemu prawu i nakładaniu podatków na chrześcijańskie wspólnoty zamknęli Bazylikę Grobu Świętego w Jerozolimie. Przy artykułach zdjęcia: pielgrzymi przed zamkniętymi dla nich wrotami świątyni. Pod tekstem komentarze. Najwięcej tych antysemickich, że paskudni Żydzi chcą ograbić niewinnych. W innych mowa o prześladowaniu chrześcijan. Jeszcze inne chwalą postępowanie izraelskich władz, bo dlaczego Kościoły miałyby być zwolnione z podatków. Kto tu ma rację?

Zamknięcie najważniejszego chrześcijańskiego sanktuarium w Ziemi Świętej, prawdopodobnego miejsca śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, z powodu protestu przeciw działaniom władz to wydarzenie bezprzykładne. Zablokowanie dostępu do świątyni, którą codziennie odwiedza kilka tysięcy przybyszów, musiało być albo aktem desperacji, albo wyrachowaną polityczną grą. Albo i jednym, i drugim.

Protest zapoczątkowany przez liderów religijnych zarządzających Bazyliką Grobu Świętego to odpowiedź na dwie inicjatywy. Autorem pierwszej był burmistrz Jerozolimy Nir Barkat, który żądał od wspólnot kościelnych opłacenia podatku za nieruchomości nie będące miejscami kultu ani szkołami. Miasto domagało się łącznej kwoty 650 milionów szekli (ponad 650 mln zł). Najwięcej miałby wpłacić Kościół katolicki. Druga inicjatywa pochodziła od deputowanej do Knesetu Rachel Azarii z partii Kulanu (My wszyscy), autorki projektu zmian prawnych pozwalających na wywłaszczenie przez państwo nieruchomości, które władze kościelne sprzedały prywatnym inwestorom od 2010 roku. Obie zostały we wtorek zawieszone przez izraelski rząd. Presja wywarta przez zamknięcie jednego z najliczniej odwiedzanych miejsc w Izraelu i groźba międzynarodowego skandalu skłoniły władze do powołania specjalnej komisji, której zadaniem będzie wynegocjowanie z przedstawicielami władz kościelnych nowych regulacji.

To, że Izraelczycy zignorowali złożoność sytuacji, a na poważne konsultacje zdecydowali się dopiero pod presją, jasno pokazuje arogancję władzy i lekceważenie chrześcijańskiej mniejszości

Zwierzchnicy chrześcijańskich wspólnot w Ziemi Świętej znaleźli się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, pod presją izraelskich roszczeń, palestyńskich wiernych (Arabowie stanowią przytłaczającą większość rdzennych chrześcijan w Ziemi Świętej), zagranicznych pielgrzymów i kościelnych centrali: w Watykanie czy – w przypadku Kościoła prawosławnego – w Grecji. To, że Izraelczycy proponując niekorzystne dla chrześcijan rozwiązania zignorowali złożoność tej sytuacji, a na poważne konsultacje zdecydowali się dopiero pod presją, jasno pokazuje arogancję władzy i lekceważenie chrześcijańskiej mniejszości. Nie dziwią trzeźwe pytania niektórych izraelskich publicystów, jak rząd Benjamina Netanjahu zareagowałby na podobne traktowanie gmin żydowskich w diasporze.

Czy zatem działania hierarchów są rozpaczliwą próbą ratowania ich wspólnot, czy zaprzeczeniem tego, czym owe wspólnoty być powinny (wszak od wieków ich zadaniem była opieka nad miejscami świętymi i przyjmowanie w nich pielgrzymów z całego świata, a nie zamykanie przed nimi drzwi)? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Od XIX wieku wspólnoty chrześcijańskie cieszą się w Jerozolimie podatkowymi przywilejami. Tak było za rządów osmańskich, w czasach Brytyjskiego Mandatu w Palestynie, w dwudziestoletnim okresie pomiędzy powstaniem Izraela a Wojną Sześciodniową, gdy władzę w mieście sprawowali Jordańczycy, a także po tejże wojnie, gdy kontrolę nad Jerozolimą przejęli Żydzi. Teraz burmistrz chce, by instytucje kościelne opłacały Arnonę – miejski podatek od nieruchomości. Wyłączone mają być kościoły i szkoły, ale  chociażby domy dla pielgrzymów już nie. Liderzy wspólnot zwracają uwagę, że prowadziłoby to do znacznego podniesienia kosztów, uniemożliwiłoby przybycie do Ziemi Świętej uboższych pielgrzymów, doprowadziło do załamania rynku i pogorszenia sytuacji lokalnych chrześcijan zaangażowanych w pielgrzymkową działalność i zależnych od kościelnej pomocy. Między innymi dlatego wierni czynnie wspierają protest, a  hierarchowie tłumaczą, że zamknięcie bazyliki to działanie na rzecz pielgrzymów, a nie na ich szkodę.

Spór o nieruchomości w Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu Jordanu to jeden z najważniejszych elementów konfliktu izraelsko-palestyńskiego

Dlaczego sprawa kościelnych nieruchomości w Jerozolimie wybuchła właśnie teraz? Powodów jest kilka. Po pierwsze w ostatnich latach zaczęły dobiegać końca trwające od dekad dzierżawy należących do Kościołów gruntów, z których korzystały żydowskie instytucje. Na wielu z nich powstały całe osiedla. Tak było na przykład w prestiżowej dzielnicy Rehavia, gdzie władze Kościoła prawosławnego sprzedały prywatnemu podmiotowi prawa do ziem, na których dziś mieszkają dziesiątki izraelskich rodzin. Stąd inicjatywa wywłaszczania takich nieruchomości i towarzyszący jej sprzeciw władz kościelnych, które słusznie obawiają się, że po wprowadzeniu zmian, nikt nie będzie chciał zawierać z nimi transakcji w obawie o wywłaszczenie.

Drugim czynnikiem, który wywołał temat kościelnych nieruchomości, są działania patriarchatu prawosławnego. W ostatnich miesiącach wyszło na jaw, że jego zwierzchnik Teofil III potajemnie sprzedawał kościelne majątki żydowskim osadnikom. Wywołało to wściekłość arabskich wiernych, którzy zbojkotowali hierarchę. Doszło nawet do tego, że odmawiali mu udziału w religijnych uroczystościach włącznie z celebracją Bożego Narodzenia. Spór o nieruchomości w Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu Jordanu to jeden z najważniejszych elementów konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Przekazanie choćby skrawka ziemi w żydowskie ręce to dla Palestyńczyków niewybaczalna zdrada. Teofil III nie wyciągnął wniosków z historii swojego poprzednika Ireneusza, który za podobne działania został pozbawiony urzędu i godności biskupiej. Dlatego nieprzekonująco brzmią publiczne wypowiedzi przedstawicieli patriarchatu, którzy domagają się prawa do obrotu własnością według normalnych zasad rynkowych, a jednocześnie, w perspektywie nałożenia podatku, zastrzegają, że Cerkiew „nie powinna być traktowana jak agencja nieruchomości”.

Tym bardziej skomplikowane jest położenie Kościoła katolickiego. Wydaje się jednak, że włączając się w protest – mimo licznych zastrzeżeń i zawiłości – zarówno administrator apostolski Jerozolimy abp Pierbattista Pizzaballa, jak i podpisany pod wspólnym stanowiskiem Kościołów kustosz Ziemi Świętej o. Francesco Patton, przyjęli roztropną postawę. Po pierwsze, proponowane regulacje mogą istotnie zaszkodzić działalności mniejszościowej wspólnoty i pogorszyć (i tak niełatwą) sytuację wiernych. Po drugie, odstąpienie od zajęcia wspólnego stanowiska z przedstawicielami innych wspólnot mogłoby nadwyrężyć i tak mocno napięte relacje z pozostałymi Kościołami. Każdy, nawet tak kontrowersyjny, przejaw wspólnego działania jest istotnym krokiem ku zbliżeniu skłóconych na co dzień chrześcijańskich wspólnot w Ziemi Świętej.