W filmie Spielberga podjęcie decyzji o uruchomieniu maszyny drukarskiej w istocie jest wyborem między miejscem w towarzyskiej elicie a opowiedzeniem się za wyższymi wartościami, o których ta elita czasami woli nie pamiętać.

„The Washington Post”, jedna z najbardziej opiniotwórczych gazet świata, ma za sobą 140 lat historii (pierwszy numer wyszedł 6 grudnia 1877 roku). Ponad połowa tego okresu (1933-2013) to rządy rodziny Meyerów/Grahamów: Eugene Meyer, który wykupił bankrutujący tytuł, przekazał redakcję swemu zięciowi, Philipowi Grahamowi w 1953 roku, a po śmierci męża w 1963 zarząd nad wydawnictwem przejęła wdowa, Katherine Graham, potem jej syn Donald, a w 2014 roku czwarte pokolenie Grahamów odsprzedało tytuł Jeffowi Bezosowi, założycielowi Amazonu.

„The Washington Post” jest laureatem aż 47 nagród Pulitzera, z czego najważniejsza jest ta z 1973 roku, kiedy w wyniku podjętego przez Boba Woodwarda i Carla Bernsteina śledztwa gazeta nie tylko wykryła aferę Watergate, ale i doprowadziła do złożenia urzędu przez prezydenta Nixona. Ale to nie jedyne spektakularne osiągnięcie „The Washington Post” na przestrzeni dziejów. Już wcześniej, w 1971 roku, redakcja starła się z administracją Nixona przy okazji opublikowania tzw. Pentagon Papers – ten historyczny moment jest tematem „The Post” Stevena Spielberga, wchodzącego na polskie ekrany pod tytułem „Czwarta władza”. Film zdobył już nominację do Oscara w kategorii „najlepszy film roku” (nie mówiąc o 21. nominacji Meryl Streep – absolutny rekord! – do Nagrody Akademii).

Pentagon Papers, w Polsce „Akta Pentagonu”, to obszerny raport na temat stosunków amerykańsko-wietnamskich, stworzony na polecenie sekretarza obrony USA Roberta McNamary. Zdaniem jednego z jego autorów, Daniela Ellsberga, raport zawierał dowody, że wojna w Wietnamie, w jaką uwikłała Stany Zjednoczone administracja Johnsona, jest nie do wygrania. Mimo to, amerykańskie zaangażowanie w Azji Południowo-Wschodniej rosło (w ciągu 10 lat przez Wietnam przeszło ok. 2,7 mln żołnierzy amerykańskich – z poboru i ochotników, z czego blisko 60 tys. zginęło, a ponad 75 tys. odniosło rany).

Zdaniem autorów raportu, administracja eskalowała konflikt, by odwlec moment porażki (nikt nie chciał być pierwszym prezydentem USA, który przegrał wojnę), świadomie okłamując nie tylko media i społeczeństwo, ale i Kongres.

Ellsberg zdecydował się upublicznić treść raportu mimo najwyższej klauzuli tajności. Publikację dokumentów rozpoczął „The New York Times” 13 czerwca 1971 roku, lecz administracji Białego Domu udało się uzyskać sądowy zakaz dalszej publikacji raportu.

Wtedy do akcji wkroczyli dziennikarze „The Washington Post”: znaleźli dojście do ukrywającego się Ellsberga i podjęli publikację kolejnych fragmentów raportu, a ich śladem ruszyły redakcje innych czołowych dzienników. Ostatecznie Sąd Najwyższy uznał zakaz publikacji za nielegalny: 30 czerwca 1971 roku jest jednym z najważniejszych dni w historii amerykańskiej prasy.

Relacje między wydawcą i naczelnym to porywająca psychodrama, rozgrywana z wielkim wyczuciem między Meryl Streep i Tomem Hanksem

„Czwarta władza” Spielberga rozgrywa się na kilku planach. Wątek pierwszy to ważny moment w historii gazety, która w czerwcu 1971 roku weszła na nowojorską giełdę. Wątek drugi to relacje między kierującą wydawnictwem Katherine Graham i redaktorem naczelnym gazety Benem Bradlee (za kreację tej postaci we „Wszystkich ludziach prezydenta” Oscara dostał Jason Robards). Wreszcie wątek trzeci to dokonująca się na początku lat 70. XX wieku rewolucja w mediach – z jednej strony pokłosie trwającej rewolucji obyczajowej, z drugiej strony społecznej radykalizacji, będącej skutkiem wojny w Wietnamie.

Wejście gazety na giełdę to przede wszystkim ryzykowna operacja biznesowa. W istocie oznaczało to zmianę formy własności mediów – z firmy rodzinnej na spółkę handlową, co ma znacznie głębsze znaczenie. Oznacza bowiem kolegialne zarządzanie pismem – akcjonariusze zyskują wpływ na wydawany tytuł, co – w teorii, ale równie dobrze w praktyce – oznacza ograniczenie niezależności mediów, a tym samym podważenie gwarantowanego konstytucją (słynna Pierwsza Poprawka) wolności słowa. Wydająca „The Washington Post” pani Graham musi podjąć kluczową decyzję: czy ujawnić matactwa polityków czy też w obawie o przychylność inwestorów nie wchodzić w konflikt z administracją?

Relacje między wydawcą i naczelnym to porywająca psychodrama, rozgrywana z wielkim wyczuciem między Meryl Streep i Tomem Hanksem. Z jednej strony mamy Katharine Graham – silną kobietę (jakkolwiek z ogółem ograniczeń, charakterystycznych dla końca lat 60.), prawdziwą WASP (ang. White Anglo-Saxon Protestant – biali Anglosasi wyznania protestanckiego) mocno osadzoną w ówczesnym establishmencie, z drugiej – Bena Bradlee, pełnego dezynwoltury dziennikarskiego wygę, wyczuwającego wiatr przemian. Czy to, co ważne dla gazety, okaże się dobre dla wydawcy? Stawka jest wysoka, nie chodzi tylko o ustaloną pozycję blisko władzy, nie tylko o los kilkuset pracowników, ale i o pryncypia, o których na co dzień się nie myśli, jakkolwiek nie przestają być kluczowe. Podjęcie decyzji o uruchomieniu maszyny drukarskiej w istocie jest wyborem między miejscem w towarzyskiej elicie a opowiedzeniem się za wyższymi wartościami, o których ta elita czasami woli nie pamiętać.

Z dzisiejszego punktu widzenia relacje między Graham i Bradleem wydają się naturalne. Warto jednak zwrócić uwagę – i Spielberg podkreśla to co chwila – że mimo zajmowanej pozycji wydawcy-szefa miejsce pani Graham w zdominowanym przez mężczyzn konserwatywnym establishmencie początku lat 70. stale bywa podważane. Decyzja, by wbrew wszystkiemu publikować tajne materiały, jest z jednej strony wyrazem buntu przeciwko patriarchalnym układom, z drugiej zaś symbolicznym dopełnieniem przewrotu obyczajowego, zapoczątkowanego nie przez radykalne feministki spod znaku Women’s Lib, ale przez samą Jacqueline Kennedy, 10 lat wcześniej definiującą na nowo rolę Pierwszej Damy.

Wreszcie to, co w filmie Spielberga najważniejsze – rewolucja, jaka dokonała się w mediach na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. Zarówno Graham, jak i Bradlee są blisko władzy, ona ma przyjaciół na najwyższych szczeblach, on był niemal domownikiem prezydenta Kennedy’ego. Ich codzienne spotkania na śniadaniu poświęcone są ustalaniu linii pisma – jakże układnego, gdy głównym tematem rozmowy są dywagacje, czy uda się zdobyć zdjęcia ze ślubu córki prezydenta. Ale nadchodzi czas próby – zakaz publikacji społecznie doniosłego materiału budzi dziennikarską solidarność.

Akcja nabiera przyspieszenia – z jednej strony trzeba zdobyć materiał równorzędny, z drugiej – sięgnąć po prawniczy fortel, który zmusi władze do respektowania wolności słowa. Starcie z władzą ma siłę trzęsienia ziemi, po którym media już nigdy nie będą takie same jak wcześniej. Tak naprawdę była to walka o poszanowanie konstytucji: wielka lekcja demokracji.

45 lat temu, po odniesionym przez prasę zwycięstwie, skończyło się na rezygnacji prezydenta Nixona z urzędu. Teraz trwa ta sama walka. Czym mogłaby skończyć się dzisiaj, kiedy lokatorem Białego Domu jest Donald Trump? A poza Stanami Zjednoczonymi?