Kobiece spojrzenie na rzeczywistość jest rzadkością w kinie, podobnie jak wysoki poziom empatii, emanujący z „Dzikich róż” Anny Jadowskiej.

„Dzikie róże” z przyczyn regulaminowych nie wystartowały w konkursie głównym tegorocznego Festiwalu w Gdyni. Teraz krążą po zagranicznych festiwalach, kolekcjonując ważne nagrody.

Jest wiosna, zbliża się czas komunii. W jednej z podwrocławskich wsi, w niewykończonym jeszcze domu, mieszka Ewa z dwójką dzieci i matką. Mąż, Andrzej (Michał Żurawski), przyjeżdża z pracy w Norwegii. Ewa (Marta Nieradkiewicz) właśnie wróciła ze szpitala, jest jeszcze osłabiona, ale włącza się w przygotowania do komunii starszej córki, Marysi. Dziewczynka ma mnóstwo wątpliwości dotyczących wiary i religii, ale nikt nie próbuje jej niczego wyjaśniać. Komunia musi się odbyć i już: w gruncie rzeczy nikogo nie obchodzi jej wymiar duchowy, liczy się wyłącznie obrządek świecki – rytuał rodzinnego przyjęcia, suto zastawiony stół, pamiątkowe zdjęcie. Niepokój Marysi pogłębia odczuwalne napięcie między rodzicami. Ojciec woli spędzać czas z kolegami, matka nie czeka na oznaki czułości z jego strony. Zamiast odbudowywać nadwątlone nieobecnością męża więzi, woli pogrążać się w myślach, kryć za pilnie strzeżoną tajemnicą. Chwila opamiętania przyjdzie, gdy zatopiona w swoich sprawach zgubi gdzieś małego synka.

Film Anny Jadowskiej wymyka się prostym kategoryzacjom. Najłatwiej byłoby go przypisać do tzw. kina kobiecego, w końcu bohaterką jest młoda kobieta, co więcej – w centrum opowieści są reprezentantki trzech pokoleń kobiet: babcia, matka i córka. Tradycja przypisuje każdej z tych postaci określoną rolę, a znajdujemy się w samym środku tradycji – zbliża się komunia córki, a więc zjazd krewnych, znamienny moment dla każdej rodziny.

Za kinem kobiecym przemawia jeszcze jeden argument – film wyreżyserowała według własnego scenariusza Anna Jadowska, która zaprosiła do współpracy na planie niemal same kobiety, począwszy od autorki zdjęć (debiutująca w fabule Małgorzata Szyłak, autorka – między innymi – zdjęć do wyróżnionej Europejską Nagrodą Filmową „Komunii”), po scenografkę, kostiumolożkę, montażystkę, reżyserkę dźwięku, charakteryzatorkę i kierowniczkę produkcji.

Tak kobiece spojrzenie na rzeczywistość zdaje się być rzadkością w kinie, podobnie jak wysoki poziom empatii, emanujący z obrazu. I nie chodzi tu wyłącznie o udzielającą się widzowi życzliwość dla głównej bohaterki (kolejna ciekawa kreacja Marty Nieradkiewicz), ale też sposób kreowania (a może tylko rozumienia) otaczającego świata. Historia sama w sobie jest poruszająca, w jakimś stopniu nawet bulwersująca, ale dzięki czułości, z jaką została przekazywana, nie ma w niej ani jednoznacznie winnych, ani jednoznacznie pokrzywdzonych.

A może „Dzikie róże” należy interpretować jako film wiejski? Tyle, że Jadowska przedstawia dzieło, które podejmuje tematykę wiejską oryginalnie, tak jak niedawna „Cicha noc” Piotra Domalewskiego. Owszem, akcja rozgrywa się na wsi, ale nie tylko wsi dotyczy. Zwłaszcza że wieś z „Dzikich róż” jest inna niż u Domalewskiego. Spokojna, czysta, wręcz pastelowa – zamożna, a może tylko podmiejska, ale ambicje mieszkańców tu i tam są takie same: prowadzić dostatnie, godne –„normalne” życie. A to w polskich realiach dla części mężczyzn oznacza wyjazd za chlebem za granicę. Przy czym od konsekwencji i determinacji wyjeżdżającego zależy, czy rezultat tego wyjazdu będzie taki jak w „Cichej nocy”, czy też taki jak w „Dzikich różach”. Ale wyjeżdżają do pracy nie tylko ludzie ze wsi, zauważalna nieobecność mężczyzn to także rzeczywistość małych miasteczek. Tam również mogą zdarzyć się sytuacje takie jak opisana w „Dzikich różach”. Więcej, wyjeżdżają nie tylko mężczyźni, czasem do pracy za granicę jadą kobiety. Ktoś zwrócił uwagę reżyserce, że zarysowany w scenariuszu schemat można odwrócić: on zostaje z dziećmi, ona wyjeżdża, a kiedy wraca…

Tak naprawdę w „Dzikich różach” chodzi o poczucie wspólnoty, które zdaje się dziś uśpione

Tak naprawdę w „Dzikich różach” chodzi o poczucie wspólnoty, które – na poziome sąsiedzkiej społeczności – zdaje się dziś uśpione. Potrzeba dopiero tragedii – jak zniknięcie malca – by ludzie zjednoczyli się w działaniu i nie ustali aż do skutku. Nie zawsze tak było, to od niedawna domy buduje się w coraz większej odległości od siebie, coraz bardziej okazałe, z coraz większą anteną satelitarną i coraz większym telewizorem. Nikt się od nikogo nie odradzał, wizyt nie trzeba było zapowiadać telefonicznie. Wspólnota oznaczała życie w społeczności, wzajemną pomoc, wspólne rozwiązywanie problemów – tych wewnętrznych, jak i zewnętrznych.

Zachwianie wspólnoty na poziomie rodziny ma jeszcze bardziej dotkliwy wymiar. Przede wszystkim dlatego, że atomizacja „podstawowej komórki”, czyli rodziny postępuje szybciej. Nieobecność męża (żony również) najpierw zaburza „naturalny” podział obowiązków, potem przychodzą kolejne, coraz głębsze konsekwencje – emocjonalne, ale też społeczne. Osoba, która zostaje coraz częściej zmuszana do samotnego podejmowania decyzji, jakie zazwyczaj podejmuje się wspólnie, po jakimś czasie nie będzie potrzebowała partnera, więcej – sama wyznaczy własny kierunek. I ruszy, nie oglądając się na nikogo, w jego stronę.

Kiedy taką osobą jest kobieta, zaczyna się mówić o zwycięstwie feminizmu. Tylko kto wie, jakim bólem zostało okupione to zwycięstwo?