Wierzę, że czas i miejsce należą całkowicie do Boga, ale rozpoznanie tego nie jest łatwe.

Są miejsca, gdzie możemy się zatrzymać, pomyśleć, gdzie możemy poczuć się bezpiecznie. Miejsca, w których próbujemy spotkać się sami ze sobą. Są ludzie, którzy chcą i potrafią nam pomóc, z którymi już samo obcowanie sprawia, że czujemy się lepsi, a w każdym razie chcemy być lepsi. Chcielibyśmy coś poprawić, zmienić w naszym życiu, póki jest jeszcze czas. Są miejsca i są ludzie, którzy nas do tego przynaglają. Myślę, że od rozpoznania takich ludzi i miejsc zależy, kim się stajemy.

W moim zapisie jednego miesiąca życia – „31 dni maja” – pisałam o takim ważnym dla mnie miejscu. Był to rok 1991. Powtórzę to, bo nie potrafię dziś tego lepiej sformułować:

„Droga do Lasek. Piękny słoneczny dzień. Im bliżej tego miejsca, tym jakoś lżej. Zawsze tak jest, wszystko jedno w jakiej sprawie i dlaczego tam jadę. Czuję się wtedy tak, jakbym zostawiała swoje bagaże, uwalniała się od nich, przygotowując w ten sposób w sobie samej wolną przestrzeń na to, co tak przemodlone miejsce może dać, ofiarować, jeśli naprawdę będę tego chciała. I dziś jechałam z taką samą niezmienną ufnością.

Siostry Franciszkanki, Zakład dla Niewidomych. Tu można dotknąć tego co nazywamy harmonią. Dawniej powiedziałabym: Mimo cierpień, a dziś już chyba zaczynam rozumieć – chociaż bardzo opornie, że właśnie dzięki nim. «Przez Krzyż do nieba» – tak pozdrawiają się siostry i ci, którzy zadamawiają się tutaj, mimo że przyjeżdżają czasami tylko na krótki czas, zawsze za krótki. I właśnie to miejsce, chociaż tak łagodnie nachylone nad człowiekiem, umie z całą stanowczością zagarniać go, podporządkowując sobie jego myśli i uczucia.

[…] Laski, ile wspomnień? Pierwszy raz przyjechałam tu z moją Mamą. Ile miałam wtedy lat? Czy byłam jeszcze w szkole podstawowej? Czy zdałam do gimnazjum? Nie pamiętam… Siostra Alma, przez wiele lat Matka Generalna Sióstr Franciszkanek, była wtedy młodą dziewczyną. Miała suknię w kwiaty i pracowała w ogrodzie wśród kwiatów. Tak ją zapamiętałam (siostra Alma – znana potem z architektury sakralnej. Jej Droga Krzyżowa w kościele św. Marcina zawsze nieodmiennie mnie porusza). Ja pomagałam przy niewidomych dzieciach.

– Chcemy Ciebie zobaczyć – prosiły i palcami przebiegały po mnie od głowy do stóp, buty też je interesowały.

Żeby sprawdzić, jak to jest, kiedy się nie widzi, chodziłam po alejkach z zamkniętymi oczami. Siostry pożyczały mi czarną chustę i czułam się już prawie, jakbym była zakonnicą.

– Ale czy one mogą tańczyć? – pytałam moją Mamę z niepokojem, bo jeśli nie, to nie mogę tu zostać. Nie mogę być zakonnicą”.

Tak, wierzę, że czas i miejsce należą całkowicie do Boga, ale rozpoznanie czasu i tego miejsca nie jest łatwe. Trzeba użyć wszystkich swoich sił i swojej energii, żeby otworzyć się na działanie Boga. Trzeba bardzo chcieć współpracować – dać Bogu szansę. Trzeba starać się odczytywać znaki Opatrzności, uczyć się tego ciągle od nowa.

Ludzie, którzy nam pomogli, pomagają, są niezastąpieni. Tych ludzi w gruncie rzeczy ciągle szukamy. A jeżeli udało się ich odnaleźć, to potem boimy się ich stracić. Myślę, że wierność tym ludziom, pamięć o nich, jest wielkim wyzwaniem w tym niespokojnym, rozpędzonym świecie.

Ksiądz Aleksander Fedorowicz, pierwszy proboszcz w Izabelinie. Tyle dla mnie zrobił, a przecież nie zdążyłam go osobiście poznać (umarł w 1965 r.). Jechałam do Księdza z moim mężem Jerzym Tyszkiewiczem. Chciał, żebym poznała jego wuja, którego w rodzinie wszyscy tak bardzo kochali. To były moje pierwsze miesiące oczekiwania na dziecko – na naszego syna. Niestety, wtedy nie dojechałam do Izabelina (poczułam się nienajlepiej i musiałam wysiąść z autobusu). Potem pojechałam już na Jego pogrzeb.

To było moje Spotkanie. Piszę „Spotkanie”, bo nie umiem o tym inaczej myśleć. Modląc się z innymi ludźmi, którzy tak tłumnie tu przybyli, zrozumiałam coś bardzo ważnego, coś co miało wpływ na całe moje późniejsze życie. Prosiłam wtedy księdza Alego, by pomógł mi zrozumieć, co powinnam zrobić w najbliższym czasie, żeby zmienić to, co uważałam, że powinnam zmienić, a na co nie miałam jeszcze dość siły. Ksiądz Ali usłyszał mnie i pomógł. Teraz w chwilach trudnych wracam do Jego słów – zwłaszcza do listów pisanych ze szpitala. Mimo własnych cierpień nigdy nie zapominał o innych ludziach, nie zapominał o swoich parafianach.

Spotkania w Izabeliniez Księżmi, z Siostrami Franciszkankami Służebnicami Krzyża (ten sam zakon co w Laskach) – zawsze mnie cieszyły, dodawały siły i potrafiły jakoś umacniać. Wszystko przy nich wydawało się jaśniejsze, prostsze. (Nie wymieniam nazwisk żyjących sióstr i księży, bo nie wiem, czy by tego chcieli.) Tak bardzo dziękuję za ich obecność.

Szczególnie ważne było dla mnie spotkanie z siostrą Genowefą. Umarła już dawno, ale nie przestałam o Niej myśleć. Pomaga mi dalej, zwłaszcza kiedy spotykam się z chorobami i cierpieniem. Pamiętam ją tak dobrze… Pamiętam jej sposób chodzenia, charakterystyczny ruch głowy, jej uśmiech, od którego naprawdę robiło się jaśniej. A uśmiechała się do końca, chociaż bardzo cierpiała. Dzięki Księdzu i Siostrom byłam przy Jej śmierci. (Umarła w Izabelinie.) Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak czekał na spotkanie z Bogiem. Jej długa choroba i śmierć to żywy testament, który nam zostawiła z taką miłością. Testament, o którym nie da się zapomnieć. Myślę, że trzeba starać się ludzi zapamiętywać, żeby nie zmarnować tych ważnych spotkań, żeby dalej mogły owocować. To siostra Genowefa obmadlała wszystkie moje wyjazdy do więzień w stanie wojennym. Tak się do tego przyzwyczaiłam, że bałam się jechać bez zameldowania się u Niej, bez opowiedzenia się – gdzie jadę i kiedy chciałabym wrócić.

Pamięć o ludziach jest wielkim wyzwaniem w tym niespokojnym, rozpędzonym świecie

Klasztor św. Marcina przy ulicy Piwnej. Tu właśnie powstał Prymasowski Komitet Pomocy Internowanym, Uwięzionym i Ich Rodzinom. Z jaką cierpliwością i naturalnością Siostry Franciszkanki i ksiądz Rektor Bronisław Dembowski przyjęli nas do siebie. A było nas dużo – ci, którzy chcieli pomóc i ci, którzy pomocy potrzebowali.

Kościół św. Marcina – to tu przychodziłam z synem, kiedy chodził jeszcze do szkoły. Teraz przychodzę z wnukami, ale już rzadziej (dzieci mieszkają daleko od tego kościoła). Księża, którzy tu służyli i służą, naprawdę pomagają w szukaniu sensu, w szukaniu drogi do Boga. Siostry – jak najbliższe osoby – wiedziały o kłopotach, chorobach, o egzaminach mojego syna. Kiedy nie mogłam przyjść, dzwoniłam i prosiłam o modlitwę. Jeżeli siostry mówiły, że się pomodlą, wiedziałam, że zrobią to na pewno z całego serca, a nie tylko, żeby dotrzymać obietnicy.

Dobrze jest rozumieć, dlaczego te a nie inne miejsca nas przyciągają, ci a nie inni ludzie. Dzięki tej ankiecie wróciłam do książek (dawno już przeczytanych). Książek o Laskach, o Izabelinie. Wymienię je na wszelki wypadek, jeśli ktoś ich nie czytał, a chciałby to zrobić: „Matka Elżbieta Czacka” s. Jadwigi Stabińskiej; „Róża Czacka i jej dzieło” Michała Żółtowskiego; „Ksiądz Władysław Korniłowicz” s. Teresy Landy i s. Rut Wosiek; „Ksiądz Ali (o Księdzu Aleksandrze Fedorowiczu)” B. Krzysztoń.

Wróciłam do tych książek, bo chciałam sobie uzmysłowić, przepowiedzieć jeszcze raz, na czym polegała siła przyciągania tych miejsc. Kiedy się czyta o tych wspaniałych ludziach, dokładnie się to rozumie.

Tylu ludzi już odeszło…

bliznę po odejściu
dobra pamięć leczy.

może zejdą blaski
po schylonych plecach

zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam
wielka jest przepaść
między nami
a światłem

Ten fragment wiersza Zbigniewa Herberta „Struna” zachwyca mnie…

Dokąd udaje w celu duchowego odrodzenia? Czy można się „udać” do literatury? Myślę, że tak. To może być też bardzo ważne spotkanie, tak samo jak z ludźmi. To, co nas zachwyciło, poruszyło – jest cenne i warto to pielęgnować. Przypomniałam sobie, że kiedy przeczytałam „Medytacje w drodze” księdza Jana Pietraszki (później biskupa) wiedziałam, że muszę jak najszybciej pojechać do niego – i porozmawiać. Pojechałam do Krakowa. Zapamiętam to spotkanie…

Wiem, że piszę o spotkaniach, które były kiedyś. No tak, ale one są dla mnie ciągle żywe. Tak żywe, jakby to było dziś.

A teraz?… Teraz, kiedy tylko mogę, to jadę do Lasek.

Nie mogę zapomnieć, że po tym lesie, po tych ścieżkach chodzili ludzie święci. To przecież nie jest bez znaczenia. Zakochani w Panu Bogu (tak powiedziała o nich jedna z sióstr w Laskach). Ich mądrość, dobroć, służba Bogu i ludziom potrzebującym – a przede wszystkim niewidomym dzieciom – przyciągały, jaśniały tak mocno i długo, że… napromieniowały to miejsce. Przemodlone, niezwykłe, niepowtarzalne miejsce.

Siostry Franciszkanki, z którymi się spotykam, dają mi tyle radości… Trudno byłoby bez nich żyć. Uderza mnie zawsze ich serdeczna uwaga (taka dbałość o szczegół), mądrość, prostota, chęć słuchania drugiego człowieka. Jak one umieją towarzyszyć… Zamartwiać się i ucieszyć razem z człowiekiem. Przez wiele lat (zwłaszcza kilka ostatnich) każda moja premiera jest obmodlona. Ja to czuję, kiedy wychodzę na scenę.

Na pewno trzeba uważać, żeby w miarę upływu czasu nie zamykać się na nowe spotkania, nowe miejsca (piszę – trzeba uważać, bo niektórzy z nas są już trochę zmęczeni). Nie przestawać wypatrywać… Wsłuchiwać się w to, co Bóg do nas mówi.

Fragmenty tekstu, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2002 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: Dokąd się Pani udaje w celu duchowego odrodzenia, uzdrowienia czy pogłębienia. Dlaczego właśnie tam?