Artysta wobec opresji władz to temat wciąż powracający, szczególnie w momentach, kiedy opresja ideologiczna idzie w parze z ekonomiczną. „Marlena. Ostatni koncert” mocno ten wątek eksponuje. Dietrich jest wzorem ponadczasowym.

„Ludzie myślą, że podczas wojny zdradziłam Niemcy i dlatego nie mogłam wrócić do ojczyzny… Zapominają, że nigdy nie byłam przeciwko Niemcom. Byłam przeciwko nazistom. Prasa, zdaje się, nie przyjęła tego argumentu. Nie wiecie, ile mnie to kosztowało… Straciłam ojczyznę i język… Nikt, kto tego nie przeżył, nie może wiedzieć, co czuję. Musiałam zmienić obywatelstwo, gdy do władzy doszedł Hitler. W innej sytuacji bym tego nie zrobiła. Paszport innego kraju nie zmieni tego, że jestem Niemką… Z wszystkimi zaletami i wadami… Moje dzieci, dlaczego wszyscy jesteście tacy smutni? Napijcie się ze mną. Jesteście tacy młodzi. A przecież smutek jest dla starych…” – słyszymy wyznanie Marleny Dietrich podczas spektaklu „Marlena. Ostatni koncert” w warszawskim Teatrze Polskim.

Ikona, mit, legenda, postać tajemnicza, niezwykła, potrafiąca zawładnąć widzem i słuchaczem bez reszty. Fenomen tej niemieckiej aktorki i piosenkarki, która zaczęła karierę w latach dwudziestych ubiegłego wieku, zastanawia, a dla niektórych krytyków sztuki nie jest do końca zrozumiały.

Pochodziła z porządnej pruskiej rodziny. Wyemigrowała do USA, śpiewała w czasie wojny dla żołnierzy amerykańskich, otrzymała nawet stopień oficerski. A była przecież w Niemczech już na początku lat trzydziestych wielką gwiazdą. Po wyjeździe do Stanów okrzyknięta zdrajczynią, do końca życia z tym oskarżeniem walczyła.

Pisano o Marlenie Dietrich w Niemczech, kiedy po latach chciała odwiedzić swoją ojczyznę: „Ta zuchwała dziwka śmie przyjeżdżać tutaj, by walczyć o swój honor. Dietrich ma na swym sumieniu tysiące grobów niemieckich żołnierzy. Nie tylko walczyła przeciwko nazistom, ale również przeciwko narodowi niemieckiemu”. Na ulicach krzyczano: „Ona jest aspołecznym pasożytem i zasługuje na to, byśmy wymierzyli jej odpowiednią karę. Ty podła, nikczemna zdrajczyni, nie wstydzisz się stawiać kroku na niemieckiej ziemi?”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku socjaldemokratyczny burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił Marlenę za krzywdy, jakich doznała ze strony rodaków. Uwielbiana przez świat, znienawidzona przez „swoich”.

Może nie była wybitną aktorką, ale miała jakąś głębię wewnętrzną, tajemniczość i zmysłowość

Powiadają, że nie była to wybitna aktorka, a i piosenkarka też nie nadzwyczajna. Grywała więc epizodyczne role w filmach niemieckich, występowała w teatrze. Jej życie zmieniło się, kiedy spotkała austriackiego mistrza kina, słynnego Josepha von Sternberga. Zagrała u niego Lolę w „Błękitnym aniele”. Piosenki wykonywane przez Marlenę w tym filmie stały się przebojami światowymi, przede wszystkim „Falling in love again”.

Może nie była wybitną aktorką, może jej możliwości głosowe były ograniczone, ale miała jakąś głębię wewnętrzną, tajemniczość i zmysłowość, które tworzyły z niej postać, którą chce się poznać, na którą chce się patrzeć, która uwodzi, a jednocześnie trzyma widza na dystans, nie pozwala zbliżyć się do siebie. Dlatego uważam wbrew niektórym opiniom, że była to artystka wielka, współtworzyła bowiem i oddziaływała na masową wyobraźnię, wyrażała marzenia i tęsknoty ludzkie, tak naprawdę nierealizowalne w normalnym życiu. Nikt nigdy nie zaśpiewa lepiej od niej takich utworów, jak: „Lili Marleen”, „Johnny”, „Wenn die Soldaten”, „Sag mir wo die Blumen sind”, „Mutter, hast du mir vergebe”, „Another spring, another love”.

Na małej scenie warszawskiego Teatru Polskiego Józef Opalski wyreżyserował sztukę o Dietrich według scenariusza Janusza Majcherka. Rzecz to o legendarnej artystce, trudnej, nieznośnej (to jej „ego”!), która stała się mitem, może także dlatego, że powiedziała nazistom „nie”.

Marlena czuła się artystką do końca. Jej bezkompromisowość, imponująca w latach trzydziestych, w starości stała się obciążeniem dla otoczenia.

Wielka rywalka Dietrich z tamtych czasów, Leni Riefenstahl, wybrała inną drogę, oddała swój ogromny talent reżyserski na usługi faszyzmu, tworząc genialne i przerażające swoim obrazem filmy dokumentalne na czele z „Triumfem woli”, wielką apoteozą reżimu hitlerowskiego. Wielki talent na służbie zła.

Klaus Mann przedstawił w swojej powieści „Mefisto” na przykładzie kariery aktora Gustafa Gründgensa (w powieści: Hendrik Höfgen) losy artysty w czasach rodzącego się w Niemczech faszyzmu. W słynnej ekranizacji Istvána Szabó z 1981roku Höfgena zagrał Klaus Maria Brandauer. Jak można wyczytać w opracowaniach historycznych, w drugiej połowie lat trzydziestych Gründgens stał się najważniejszym i najpopularniejszym artystą niemieckim, święcił triumfy artystyczne. W kierowanym przez niego Państwowym Teatrze Pruskim w Berlinie klasyczny teatr niemiecki osiągnął swój najwyższy poziom. Tak było też w czasie wojny, a działo się to wszystko pod okiem nazistów. Aktor lawirował pomiędzy dygnitarzami hitlerowskimi, wykorzystywał fakt, że o jego towarzystwo zabiegali czołowi przedstawiciele nazistowskiej elity. Podobnie zachowywali się wielcy muzycy i dyrygenci: Wilhelm Furtwängler i Herbert von Karajan.

Taktyka i pragmatyka. Pytania o granice kompromisu. Jak zaanektować ten czas i przerobić na swój obraz i podobieństwo? Często myślimy: trzeba umieć wąchać czas, umieć słuchać innych i wybierać mniejsze zło. I takie właśnie dobre powonienie i dobry słuch są ważne, choć przecież też mogą zawieść. „Słyszałem muzykę sfer, spróbuję ją zapisać”. Muzyka sfer to roztopienie się w pięknie, zapomnienie o smutku, ukojenie gniewu, ugaszenie namiętności, a jej pitagorejska harmonia jest jak połączenie z Absolutem. Muzyka sfer niebieskich. Z krążących gwiazd powstaje harmonijny głos. Dopóki słyszysz tę muzykę, jesteś artystą i nie poddasz się zgniłemu kompromisowi? Oto pytanie.

Nie łatwo być artystą konsekwentnym, który nigdy nie sprzeniewierzy się „imperatywowi wewnętrznej prawdy i możliwie najwyższych artystycznych wymagań”. Bo przecież można wszystko jakoś usprawiedliwić. Jak nie wpisać się w czas kameleonów i „zeligów”? To pytanie ważne w każdych czasach, być może stąd przedstawienie w Teatrze Polskim. Oto „NIE” Marleny Dietrich, oto „tak” Riefenstahl, Gründgensa, Furtwänglera, Karajana i innych. Czas pokus. Czas zwycięstw moralnych i czas klęsk. Ale czy można tak prosto „dychotomizować” tamte dramatyczne czasy? Chyba jednak nie…

„Marlena. Ostatni koncert”

„Marlena. Ostatni koncert”. Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska / Teatr Polski w Warszawie

Człowiek wobec wyborów moralnych staje niemal każdego dnia, niezależnie od epok czy systemów politycznych. Artysta wobec opresji władz to temat też nie nowy, ale wciąż powracający, szczególnie w dramatycznych momentach, kiedy opresja ideologiczna idzie w parze z ekonomiczną. Dietrich jest wzorem ponadczasowym.

Opalski i Majcherek ten element jej życiorysu mocno eksponują. I słusznie, bo tamte czasy w dużej mierze zaważyły na jej życiu, nawet matka artystki nie akceptowała wyborów córki. Marlena była „inna” niż jej przyjaciele niemieccy, inna nie tylko od Leni Riefenstahl.

Twórcy skonstruowali spektakl na zasadzie retrospekcji. Oto poznajemy starą, schorowaną Dietrich w paryskim mieszkaniu, które stało się jej „bunkrem” w ostatnich latach życia. Artystka dyktuje Normie, sekretarce i opiekunce, wspomnienia, bez dbałości o fakty i prawdę, raczej tworzy swój życiorys na nowo, bo przecież „tak mogło być”, bardziej romantycznie, co zresztą za różnica, czy było tak, czy inaczej. Karierę Marleny przerwał wypadek w Sydney, upadła na scenie i złamała sobie kość udową. Nie chciała już występować. Wyjątek zrobiła w 1978 roku dla filmu „Zwyczajny żigolo”, myślała bowiem, że zagra wspólnie z Davidem Bowie, ten jednak w dniu nagrania w ogóle nie przybył na plan. Scena, w której oparta o fortepian śpiewa tytułową piosenkę, to jej ostatni występ na planie.

Zamyka się w Paryżu, zgorzkniała, niepogodzona z przemijaniem, popada w alkoholizm, butelka whisky musi zawsze być przy łóżku, na wyciągnięcie ręki. Jest nieznośna, ale momentami też naiwna i mitomańska. Nikt jej nie może zobaczyć. Jak umrze, trzeba zrobić wszystko, żeby fotoreporterzy nie zauważyli jak wynoszą jej ciało z domu. „Najlepszy będzie czarny worek na śmieci. Prawdopodobnie będziecie musieli połamać mi ręce i nogi, żebym się do niego zmieściła”. I jeszcze doda: „De Gaulle będzie chciał mnie pochować przy Łuku Triumfalnym obok Grobu Nieznanego Żołnierza. Powiem: nie! Msza żałobna musi odbyć się w kościele świętej Magdaleny. A wóz z trumną będzie ciągnęło sześć koni. Domy mody pozamykane. Przecież szwaczki i sprzedawczynie muszą powiedzieć madame: «Au revoir»”.

Grażyna Barszczewska oddaje perfekcyjnie to powolne „umieranie” artystki. Te jej nieustanne makijaże, zabiegi „upiększające”, bo przecież widz nie może jej zobaczyć starej, pomarszczonej, niedołężnej, musi ją pamiętać tylko taką, jaką była dwadzieścia lat wcześniej. Jest zazdrosna i złośliwa, pyszna, uważa się za najlepszą, lepszą niż jakaś tam na przykład Greta Garbo. Udaje przed samą sobą, że ktoś jej jeszcze potrzebuje. Dzięki Barszczewskiej Dietrich jest bardzo ludzka, widz współodczuwa z artystką, rozumie dramat odchodzącej „ikony” . Barszczewska spowodowała, że – trochę perwersyjnie – jeszcze bardziej polubiłem Marlenę, jakby na przekór jej starczemu szaleństwu.

W scenach retrospekcyjnych poznajemy Dietrich młodą: w latach trzydziestych, w czasie wojny i w okresie powojennym. Twórcy odnotowują jej epizod polski z lat sześćdziesiątych, kiedy zafascynowała się Zbyszkiem Cybulskim (a może to on bardziej zafascynował się legendarną gwiazdą?). „Nikt tak seksownie nie poruszał ramionami jak Zbyszek” – wspomina podstarzała gwiazda. Młoda Marlena w wykonaniu Izabeli Bukowskiej-Chądzyńskiej jest zmysłowa, namiętna, kochająca mężczyzn i kobiety, ale też zdecydowana w swoich wyborach. Tuż przed wojną przybył do niej wysłannik Goebbelsa z propozycja powrotu do Niemiec Hitlera. Odpowiedziała zdecydowanie: „Wasz führer widocznie widział mnie w «Błękitnym aniele» i wyobraża sobie, że mógłby wskoczyć do moich koronkowych majtek. Niech pan mu powie, że Ameryka przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Nie wrócę, dopóki was szlag nie trafi!”.

W starości, w swoim paryskim „bunkrze” wspomina przeszłość, przeceniając swoje znaczenie. Mówi: „Może gdybym przyjęła zaproszenie Hitlera, zdołałabym mu wyperswadować wojnę?… Ta myśl mnie ciągle prześladuje”. Oto cała naiwność Marleny. Największą miłością jej życia był Jean Gabin, wspaniały francuski aktor, jego wspomina najcieplej, z miłością prawdziwą.

Jak nie wpisać się w czas kameleonów i „zeligów”?

Tomasz Błasiak odtwarza w spektaklu jedenaście ról męskich. Tak mi się przynajmniej wydaje, ile dokładnie jest tych postaci, to może wie tylko sam aktor. Oto mężczyźni, którzy przewinęli się przez życie artystki: Igo Sym, polski aktor rozstrzelany w czasie wojny przez podziemie za kolaborację z hitlerowcami, reżyser Joseph von Sternberg, pisarz Erich Maria Remarque, Zbyszek Cybulski i kilku innych. Błasiak jest perfekcyjny, godna podziwu umiejętność przeistaczania się w krańcowo odmienne charakterologicznie osoby.

W roli Normy, towarzyszki i opiekunki Marleny w ostatnich latach życia wystąpiła Afrodyta Weselak, oddając bezgraniczne przywiązanie do gwiazdy, ale i krytycyzm wobec niej. Norma była „aniołem” artystki, choć nie błękitnym. W interpretacji Weselak jest z pozoru oschła, „męska”, w istocie funkcjonuje w niej także słabość i tęsknota za światem „nierzeczywistym”.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na młodego pianistę i multiinstrumentalistę Aleksandra Dębicza, który nie tylko tworzy wspaniałą oprawę muzyczną spektaklu „na żywo”, jest jednocześnie pełnoprawnym aktorem, choć nie wypowiada ani jednego słowa. Muzyk, pianista, akompaniator w różnych wcieleniach to był ktoś, kto towarzyszył Marlenie przez całe życie.

Po śmierci artystki Norma miała sen. Szła w kondukcie, potem stała nad wykopanym grobem. Pastor coś mówi, a jakieś „wściekłe kobiety przepychają się do grobu i wrzucają do niego śmieci. Plują z obrzydzeniem”. Na wieku Norma dostrzegła namazane czerwoną farbą słowa: „Zdzira w futrze”. A pastor czyta z Biblii:

„Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę (…)
dobroć i łaska pójdą w ślad za mną,
przez wszystkie dni mego życia”.

To był tylko sen… Oto Marlena, człowiek, którego nie da się wtłoczyć w żadne ramki i schematy. Wspaniała i tragiczna, mocna i słaba, czuła i bezlitosna, grzeszna i powstająca z upadków. Nie święta!

Simone Weil pisała: „Oto przechodzień na ulicy, ma długie ręce, niebieskie oczy, przez jego głowę przebiegają myśli, których nie znam, być może całkiem banalne. To nie jego osoba, ani osoba ludzka w nim jest dla mnie świętością, lecz on. On cały. Ręce, oczy, myśli, wszystko. Nie podniosłabym ręki na Niego – bez nie kończących się wyrzutów sumienia”. Święty Augustyn mówił, że zło nigdy nie pojawia się inaczej niż w jakiejś rzeczywistości dobrej. A więc w człowieku, opisywanym przez Weil. Augustiańska i weilowska wizja dobra i zła widoczna jest w spektaklu Opalskiego i Majcherka.

Napisałem. A teraz posłucham Marleny. O, może to, jak śpiewa „Johnny’ego”, w tym swoim długim, ogromnym białym futrze.