Trzy wartości, bez których przepada nie tylko ochrona środowiska naturalnego, ale także szansa kultury, by wyjść z samolubstwa, to uczestnictwo, służba i wysiłek.

Wydaje się, że tak zwana kultura masowa działa jednocześnie w dwóch kierunkach. Z jednej strony pomaga człowiekowi wydostać się poza bariery, które do niedawna oddzielały od siebie klasy społeczne: bariery pieniądza, wykształcenia, zawodu, trybu życia, gustów artystycznych. Z drugiej strony kultura masowa wznosi nową nieprzeniknioną barierę, obejmując nią coraz większy obszar.

Kto wie, czy największą nadzieją i szansą kultury współczesnej nie jest fakt, że jej składnikiem – z czego zdajemy sobie sprawę coraz jaśniej – jest ekologia: to znaczy (wciąż operuję wielkimi skrótami) otoczenie człowieka, które go w dużej mierze kształtuje i jest przezeń wzajemnie kształtowane.

Podstawową, najmniejszą, ale i najważniejszą jednostką ekologiczną jest mieszkanie. Ostrzej niż te narody, u których tzw. problem mieszkaniowy nie rysuje się tak drastycznie, jak u nas, zdajemy sobie sprawę, jak fundamentalną kwestią dla rozwoju u ludzkiego jest szersze otoczenie człowieka, urbanistyczne i przy­rodnicze: ulica, fabryka i biuro, powietrze i woda. Dobrze byłoby, żebyśmy – zastanawiając się nad problemami ochrony środowiska – nie tracili z oczu całej perspektywy ekologicznej, to znaczy zaczynając od mieszkania.

Podstawową, najmniejszą, ale i najważniejszą jednostką ekologiczną jest mieszkanie

Coraz jaśniej widzimy w każdym razie jedno: problemów ekologicz­nych nie da się rozstrzygnąć raz na zawsze. Są to nie tyle „problemy”, ile skomplikowana sieć zadań, które wykonywać trzeba nieustannie. Jeśli ten fakt zobaczymy nie tylko w skali globalnej (zatrucie oceanów i atmosfery tudzież nakazy, jakie stąd wynikają dla rządów), ale w skali mieszkania czy osiedla, to dziwne by było, gdybyśmy dalej tkwili w drobnomieszczańskim samozadowoleniu.

Zdaje się Józefa Hennelowa napisała kiedyś, że tylko jeden wzgląd może doprowadzić człowieka do rozsądku względem własnego otoczenia: osobisty interes – kwestie odżywiania się, odpoczynku, zdrowia. To chyba prawda na pierwszym etapie, kiedy niejako biologicznym odruchem reagujemy na niebezpieczeństwo. Ale odruch, skoro przekształca się w działanie rozumne, trwałe i wspólne, staje się elementem kultury: w takim razie bodziec biologiczny to za mało. Bo istota kultury polega na tym, że poprzez takie czy inne postępowanie pragmatyczne człowiek odwołuje się do systemu wartości.

Trzy wartości

Tu dochodzimy do całkiem banalnej pointy tych rozważań. Chciałbym mianowicie wymienić trzy wartości, bez których przepada nie tylko ochrona środowiska naturalnego, ale także szansa kultury, by wyjść z samolubstwa: te wartości to uczestnictwo, służba i wysiłek.

Zanim się im bliżej przyjrzymy, przypomnijmy kilka zjawisk sympto­matycznych bardzo rozmaitych, takich jak Lubelska Dzielnica Mieszka­niowa, kościół w Nowej Hucie i… konkurs małych miast w telewizji. Wspólnym mianownikiem tych zjawisk jest fakt, że świadome poczucie odpowiedzialności mobilizuje w każdym wypadku niezwykłe zasoby spo­łecznej energii i daje – mutatis mutandis – niezwykłe wyniki.

W sym­bolicznym skrócie: jeśli w jakimś osiedlu pokaże się mieszkańcom dokładny plan jego rozwoju, tak że wszyscy wiedzieć będą z góry, gdzie pobiegnie droga i gdzie można sadzić kwiaty; jeśli w dodatku mieszkańcy mogą być dumni z tego osiedla, zbudowanego sensownie przez wybitne architekta, ale urządzonego – dzięki pomysłowości i sprawności administratora – własnym ich staraniem, wówczas nie tylko zasadzą owe kwiaty, ale jeszcze nauczą dzieci, żeby nie latały po grządkach.

To samo tyczy czystości wewnątrz domów. Jeśli natomiast, dawno mieszkając w nie otynkowanym dotychczas bloku, spodziewamy się co chwila, że tam, gdzie tymczasem bawią się dzieci, prawdopodobnie (?) wyrośnie nowy blok, więc nawet piasku nie warto dzieciom przywieźć; że arbitralna decyzja, nie wiadomo czyja, zlikwiduje szeroki pas zieleni i drzew przed oknami i właśnie w tym miejscu poprowadzi ruchliwą arterię i wystawi w dodatku pompę benzynową (przykłady są autentyczne): czy warto w ogóle dbać o cokolwiek? I tak od łyczka do rzemyczka trenujemy nieodpowiedzialność za własne otoczenie: najpierw otoczenie najbliższe, ale stąd już tylko krok do spuszczenia z głupiej kadzi pięciuset litrów fenolu na łąkę nad rzeczką…, co tam, panie, i tak nikt się nie kapnie, a kogo to w końcu obchodzi? (Obeszło cały Kraków, który przez dwa dni pozbawiony był wody pitnej).

Przykładem najbardziej naiwnym, trochę śmiesznym, jest konkurs małych miast: u nas tak smażą naleśniki, że nikt nas nie pobije, więc musi być taka konkurencja! A nasz sekretarz prezydium potrafi opłynąć trzy razy w koło wyspę na jeziorze, to muszą być zawody pływackie! Bardzo dobrze: lepsza taka inicjatywa niż żadna.

Kto wie, czy największą nadzieją kultury współczesnej nie jest fakt, że jej składnikiem jest ekologia

Chodzi w końcu o to, że przy okazji podobnych – błahych i mniej błahych – imprez konkurencyjnych może zbudzić się zaciekawienie własnymi tradycjami, własną twarzą regionu, może się zbudzić poczucie, że aktywny udział w życiu (w rozwoju) regionu nie jest dla jednostki wykluczony, może zacząć się bardzo poważny proces wychowawczy.

Wydaje się, że kultura masowa ma ogromne możliwości budzenia takiej świadomości regionalnej, która nie wpadnie w partykularyzm, w zaściankowość, w szo­winizm lokalny, bo dzięki środkom masowego przekazu regiony mogą poznawać się wzajemnie i porównywać, stwierdzając naocznie, że niekoniecznie są lepsze czy gorsze, tylko po prostu – różne; świadomości, która nie wpadnie w fałszywy, muzealny regionalizm pseudofolkloryczny, chociaż na pewnym szczeblu rozwoju nawet taki folklor może stanowić pomost dla żywej tradycji i budzić poczucie godności regionu; świadomości, która wreszcie otworzy szansę czynnego wejścia w przeszłość, a ta przeszłość „ręką dosiężną” trwa i zmienia się na naszych oczach. Nie może się rozwijać kultura, w której nie istnieje żywe poczucie ciągłości, przemian i możliwości wpływania na te przemiany.

Ale dzisiaj uczestnictwo w życiu regionu i wpływ na to życie (a pośrednio na życie organizmów większych) oznacza przede wszystkim wniknięcie w ekologię regionu: bo różne działania planujące, inwestycyjne czy usługowe będą się niewątpliwie w coraz wyższym stopniu organizować wokół ochrony i rozwoju naturalnych zasobów globu.

Poznanie i uczestnictwo

Wracamy tu do sprawy służby i wysiłku. Dla tych wszystkich, którzy z różnych racji biorą dziś udział w planowaniu przestrzeni, jest coraz bardziej oczywiste, że nie można żadnego terytorium urządzać woluntarystycznie, wbrew swoistym jego wartościom. Prawa natury i tradycje kultury (która staje się „drugą naturą”) trzeba nie tylko szanować, ale jeszcze im służyć, jeśli się chce, by te prawa i tradycje ze swej strony służyły człowiekowi. Przykładów jest zbyt wiele na „oskalpowa­nej ziemi”, żeby je tu przypominać. Oczywiście zmysł służby wymaga ascezy, wymaga selektywności i poczucia hierarchii dóbr; wymaga dobrego korzystania z doświadczeń, ale nie kręcenia się po każdym doświadczeniu jak chorągiewka; wymaga na koniec wielkiej cierpliwości i woli uczenia się, by zrozumieć i współdziałać z naturą i z ludźmi, a nie by ujarzmiać i władać. Wszystko to są wartości moralne – biegunowo przeciwne tym iluzjom łatwości i łakomstwu łatwości, w nas budzą środki masowego przekazu.

Bardzo ładne ogólniki – powie ktoś – ale co to ma wspólnego z regionalizmem? Podejrzany ten cały regionalizm! Zresztą, jak być regionalistą, mieszkając w wielkim mieście – a przecież cały świat staje się powoli jednym miastem…?

Odpowiem uparcie, że nie bardzo widzę, jak można uczestniczyć w życiu społeczeństwa, nie znając ekologicznie (a więc wszechstronnie, nie tylko funkcjonalnie) życia takiego organizmu, który człowiek jest w stanie naprawdę poznać; czy to będzie wyraźnie społeczno-terytorialnie określona dzielnica miasta, czy wieś, gdzie co roku spędza się wakacje.

Myślę, że samorządność społeczeństwa – to znaczy także jego dorastania do odpowiedzialności – może się stopniowo wytwarzać zwłaszcza na szczeblu regionu, pojmowanego nie tylko jako jednostka administra­cyjna, lecz głównie jako pewien ekologiczny ,,układ spoisty”.

Prawa natury i tradycje kultury trzeba nie tylko szanować, ale jeszcze im służyć

Tak poj­mowany region powinien, co więcej, być przedmiotem kształcenia w szkołach w stopniu nieporównanie wyższym niż dotychczas. Ostatnio spotkałem dwoje dzieci: dziewczynka, zamieszkała w Krakowie, po zapoznaniu się z jednym sonetem Tetmajera i jednym ustępem z jakiejś powieści, pisała pracowicie zadanie: „Czy bardziej cenimy Tetmajera jako prozaika, czy jako poetę?”. „A czy byłaś w Bronowicach?” – spytałem. Nie była. Chłopiec, zamieszkały w okolicy słynącej z wyrobów drewnianych, uczył się na pamięć nazw i grubości wszystkich gatunków sklejki i wszystkich części struga: miał to wynotowane w zeszycie z napisem „roboty ręczne”. „Czy byliście w jakiej stolarni – spytałem – i czy miałeś strug w ręce?”. Nie byli, nie miał.

Poznanie to pierwszy krok. Uczestnictwo, krok następny. Oczywiście poprzez uczestnictwo pogłębia się poznanie. Myślę, że dopiero uczestnictwo w życiu regionu daje szansę głębszego wniknięcia w istotną logiczną problematykę innych regionów oraz nadrzędnego ich zespołu.

Potrzebny zwrot

Podsumujmy te uwagi, z konieczności zbyt szkicowe. Niebezpieczeństwa kultury masowej, która oferuje drobnomieszczańskie iluzje posiadania i ujarzmiania świata, wiedzy ułatwionej, kultury bez wysiłku – są zbyt znane, by szerzej się nad nimi rozwodzić.

Lecz z drugiej strony kultura masowa – zwłaszcza dzięki środkom masowego przekazu i transportu – dysponuje wspaniałymi możliwościami, by uzmysłowić nam roz­maite ekologiczne „układy spoiste” oraz ich sens i w ten sposób pomóc nam zajęcie postawy zarazem regionalnej i uniwersalnej: regionalnej, lecz nie prowincjonalnej. Zajmując taką postawę sięgamy do systemu wartości, który nadaje sens samej kulturze masowej. Na czele tych wartości stoją dzisiaj, jak mniemam, uczestnictwo, służba, wysiłek.

Ale byłyby to kategorie czysto formalne, które by łatwo mogły lec o podłoża antykultury masowej (np. totalitarnej), jeśliby im nie był nadany odpowiedni kierunek czy – jak mówi się w fizyce – „zwrot”.

Wydaje się, że to jedno z najpilniejszych zadań dla chrześcijan. Zaniechać prób konformistycznego wyjaśniania (jak się to chrześcijanom zdarza), że w gruncie rzeczy chrześcijaństwo z góry akceptuje i błogosławi przyszły świat, gdzie pieczone gołąbki same będą wpadać do sakralnie, archetypicznie i ludycznie rozwartych gąbek. Przeciwnie: chodzi o to, żeby w oparciu o źródła chrześcijaństwa i o dorobek wielu pokoleń pomóc kulturze współczesnej (także sobie samym) w zobaczeniu tego, jak porywająca może być idea służby całemu stworzeniu, świadome poddanie się coraz lepiej znanym jego prawom, by ono ze swej strony pomagało nam humanizować się, by razem z nami stworzenie mogło coraz pełniej głosić chwalę Stwórcy.

Fragmenty tekstu, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/1972. Śródtytuły od redakcji.