Kiedy polityczne aluzje we wrocławskich „Krakowiakach i góralach” stają się zbędne, na pierwszy plan wysuwa się intryga. A ta – jak na dzisiejsze czasy – tchnie ramotą.

Ten, kto chodzi na wesela, być może zauważył pewną istotną zmianę. Coraz częściej państwo młodzi nie życzą sobie w trakcie oczepin żadnych zabaw ani przyśpiewek. Coraz mniej bawi rozpoznawanie panny młodej po kolanie, a pana młodego po torsie. Zażenowanie budzi przekładanie jajka przez nogawki czy trafianie ołówkiem do szyjki butelki. To obciach. Weselne przyśpiewki i zabawy, które koncentrowały się wokół sfery erotycznej i prokreacyjnej, odchodzą w niebyt. Społeczeństwo nowoczesne zdaje się zapominać o tym aspekcie. Minęły już bowiem czasy, gdy jedyną oficjalną przepustką do cudzego łóżka był ślub. Wszystko co pozaślubne, było oficjalne zabronione i potępiane. Ale nie znaczy wcale, że nie istniało. Istniało, ale się o tym nie mówiło głośno.

Z epoki takiej właśnie moralności pochodzi tekst „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego, wystawiony po raz pierwszy w roku 1794. Wrocławska inscenizacji tej opery z muzyką Jana Stefaniego, wyreżyserowana przez Barbarę Wiśniewską, jest krytyką tego modelu zamążpójścia. Tak rozumiane małżeństwo to opresja i dyskryminacja – zdaje się mówić nam reżyserka.

„Przedstawienie miało zasadniczo dwa przesłania: wezwanie do czynu zbrojnego oraz swoiste uniwersalistyczne przesłanie pacyfistyczne. Kryło w sobie aluzje wolnościowe, które entuzjastycznie zostały odczytane przez inteligencję warszawską, a władze po trzech przedstawieniach ocenzurowały sztukę” – pisze Anastasiya Niakrasava o warszawskiej prapremierze w programie do wrocławskiej inscenizacji. Kiedy polityczne aluzje stają się zbędne, na pierwszy plan wysuwa się intryga. A ta – jak na dzisiejsze czasy – tchnie ramotą.

Dorota, macocha Basi (Karolina Filus), nie chce się zgodzić na ślub pasierbicy ze Stachem (Łukasz Rosiak), w którym sama jest zakochana. Ręka Basi jest już przyobiecana Bryndasowi (Leszek Holec), który wraz z całą świtą przybywa z gór po dziewczynę. Z tego biorą się wszystkie komplikacje. Jedni przybywają, by siłą odebrać to, co się im należy, drudzy – próbują ocalić miłość, nawet wbrew ustanowionemu wcześniej świętemu porządkowi. I ta wesoła intryga mogłaby się szczęśliwie toczyć w rytm piosenek i deklamacji, gdyby nie reżyserka, która Dorotę przekształca w mitologiczną Fedrę, a wesele czyni de facto pogrzebem.

Do czego więc potrzebne są biało-czerwone kostiumy krakowiaków? Czy mówią nam coś o polskości? Czy to tylko plastyczna gra, puszczenie oka do widza, wszak premiera ma miejsce 11 listopada? „A to Polska właśnie”? – chciałoby się pytać. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że jest w tych kostiumach wyrażony jakiś społeczny gorset, zapowiedź dulszczyzny, puder i błyskotka, które próbują ukryć oraz okiełznać emocje i ciało.

Prawdziwy żywioł zdaje się być po stronie Górali, ubranych w kostiumy rodem z mitologicznej Kozaczyzny. Zwierzęce skóry i nagie gorsety sygnalizują żywotność, dzikość, rozbuchane emocje. Reżyserka zdaje się jednak nie stawać po żadnej stronie. Natura jest bowiem dla wszystkich jedna. Okazuje się bowiem, że nie tylko lud podszyty jest erotycznym pożądaniem, ale także ci „straszni mieszczanie” – mówiąc Tuwimem – którzy próbują zaszyć naturę w konwenans.

Wrocławscy „Krakowiacy i Górale” nie śmieszą

Wrocławscy „Krakowiacy i Górale” nie śmieszą. Owszem, bawią momentami niektóre kwestie Doroty, które brzmią kabaretowo, świetnie zresztą podane przez Jadwigę Postrożną. Bawi Jonek Aleksandra Zuchowicza, który w I akcie jest podżegaczem intrygi. Niestety, zupełnie mnie nie przekonał student Bardos (Łukasz Klimczak), który swój oświeceniowy profil zamienił na sznyt czarodzieja. Przedstawienie bawi więc do czasu. Do momentu, gdy pojawiają się Czarne Wdowy, a z taśmy padają słowa wypowiadane przez Fedry. Dorota umiera ze słowami „Wypiłam, by dopełnić morderczego dzieła, / Jad, co go w mury Aten przywiozła Medea”.

Nader smutny staje się nagle cały wodewil. Tym smutniejszy, że w wielu partiach po prostu niezrozumiały. Trzeba było pomagać sobie wyświetlanym nad sceną angielskim tłumaczeniem, by zrozumieć teksty śpiewane trzynastozgłoskowcem, i to z mazurzeniem (taki był Bogusławskiego pomysł na gwarę). Nastrój pogrzebu – sygnalizowany już w prologowej scenie oczepin, czyli obcinania włosów pannie młodej – wzmaga ociężała i kompletnie nieczytelna scenografia.

Niewiele zostało w pamięci z pogodnej muzyki Stefaniego. Trudno przecież nucić pod nosem, gdy się wraca ze stypy, a nie z wesela. I w pewnym sensie trudno nie poczuć się oszukanym.

Jan Stefani, Wojciech Bogusławski, „Krakowiacy i górale”, reż. Barbara Wiśniewska, kier. muz. Adam Banaszak. Premiera w Operze Wrocławskiej 11.11.2017.