O ile „Ostatnia rodzina” była zdominowana przez postać Zdzisława Beksińskiego, o tyle dokumentalny „Album wideofoniczny” na plan pierwszy wysuwa Tomasza, który staje się ofiarą egocentryzmu ojca.

Pierwsze wrażenie po obejrzeniu dokumentu „Beksińscy. Album wideofoniczny” Marcina Borchadta wydać się może zaskakujące. To podziw dla twórców „Ostatniej rodziny” – fabularnego filmu o Beksińskich, który był wydarzeniem ubiegłego roku, zdobywając gdyńskie Złote Lwy i wiele innych zasłużonych nagród. Dawno nie było w polskim kinie dzieła tak kompletnego – tak sugestywnego i wiarygodnego zarazem, tak doskonale zagranego i tak przejmującego w budowaniu postaci, wreszcie tak doskonałego w kreowaniu scenografii i kostiumów.

Borchardt, który sięga po te same materiały archiwalne, na których oparł swój film Jan P. Matuszyński, przekopiowuje je do swego dzieła, uwypuklając tym samym staranność ekipy „Ostatniej rodziny” przy odtwarzaniu świata Beksińskich, począwszy od przestrzeni Służewa nad Dolinką, gdzie bohaterowie mieszkali, poprzez wnętrza ich mieszkań, na charakteryzacji postaci kończąc.

W przypadku „Ostatniej rodziny” moje wątpliwości budzą dwie kwestie – tytuł, nadający całości piętno fatalizmu, oraz obraz wewnętrznych relacji rodzinnych, nazbyt, moim zdaniem, jednostronny, wręcz drastyczny. Zdaję sobie sprawę, że za twórcami filmu stało grono konsultantów. Był wśród nich Wiesław Banach, dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku, której to instytucji Zdzisław Beksiński powierzył testamentem zarówno swoje obrazy, jak i rodzinne archiwum, w tym dzienniki oraz setki godzin nagrań audio i wideo – nieocenione źródło wiedzy o rodzinie. Banach, długoletni przyjaciel malarza, jako konsultant dzieła pozostaje gwarantem wiarygodności przekazu. Ale wątpliwości nie brakuje – zwłaszcza u ludzi, którzy znali Tomasza Beksińskiego i którzy, jak twierdzą, nie pamiętają go takim, jakim pokazano go w „Ostatniej rodzinie”.

Wiesław Banach jest także konsultantem filmu Marcina Borchardta. Dlatego drugie wrażenie po obejrzeniu „Albumu wideofonicznego” dotyczy pochwały montażu. Zakładając, że obie ekipy korzystały z tych samych materiałów źródłowych, trzeba przyznać, że Borchardt dokonywał selekcji z większą empatią niż Matuszyński. Jego film powstawał trzy lata, a przewodnikiem była biografia pióra Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. Scenariusz Roberta Bolesto, na którym opierała się „Ostatnia rodzina”, powstał ponoć w 2010 roku, zanim książka Grzebałkowskiej ukazała się drukiem. Co więcej, Borchardt w przeciwieństwie do twórcy „Ostatniej rodziny” nie musiał przekładać materiałów dokumentalnych na język fabuły, nie zmagał się z oczekiwaniami aktorów (grający Zbigniewa Andrzej Seweryn wielokrotnie podkreślał, że nie wcielał się w Beksińskiego, ale „grał swoje”), nie ulegał więc pokusom dodatkowej dramatyzacji zdarzeń. W efekcie relacja między ojcem i synem nie jest tak drastyczna, jakkolwiek daje sporo do myślenia.

W „Albumie wideofonicznym” prawie nie ma Zofii Beksińskiej. Owszem, przemyka się przez ekran, raz podejmuje próbę negocjacji ze zbuntowanym Tomaszem. Obecność matki nabiera znaczenia dopiero w chwili, kiedy ma jej zabraknąć (zmarła na kilkanaście miesięcy przed synem). Nie ma też niemal matek obojga małżonków, które mieszkały i umierały na Służewie, zmieniając dom w specyficzne sanktuarium śmierci.

Dokonana przez reżysera selekcja materiału nie epatuje drastycznością

Opowieść – co warto podkreślić – zaczyna się w 1957 roku, z chwilą, kiedy Beksiński, jeszcze nie wiedząc po co, kupuje pierwszą taśmę magnetofonową. Cel krystalizuje się w ciągu kilku lat: jest nim szczegółowa rejestracja własnego życia we wszelkich aspektach. Zapisy magnetofonowe, fotografie (artystyczne – Beksiński zaczynał drogę twórczą jako fotografik), amatorskie filmy, szkice, rysunki, obrazy. Wreszcie magnetofon zostaje zastąpiony kamerą wideo. Zdzisław rejestruje wszystko: od sposobu gruntowania płócien po kolejne fazy obrazu, od kuchennej krzątaniny po spożywanie posiłków, od kłótni z synem po układanie ciała zmarłej teściowej w trumnie, od strzyżenia Tomka po pokazywanie opatrunku po przebytej operacji wątroby. Jego życie staje się scenariuszem codziennie realizowanego filmu.

Dokonana przez Marcina Borchardta selekcja materiału – jakkolwiek miejscami prowokacyjna – nie epatuje drastycznością. To bardziej znaki, symbole obszaru zainteresowań niż kreowanie pełnego obrazu. Niektórym zapisom towarzyszy komentarz malarza – w istocie ostry, pełen mocnych słów, miejscami obsceniczny. To pewien sposób bycia – w pewnym sensie zabawny, choć jednocześnie odpychający, a miejscami przerażający, gdy fekalne porównanie adresowane jest do małego chłopca.

O ile „Ostatnia rodzina” była zdominowana przez kreację Andrzeja Seweryna, o tyle „Album wideofoniczny” na plan pierwszy wysuwa postać Tomasza. Pozornie mamy do czynienia z płaczliwym młodzieńcem, który skarży się rodzicom, że „nie wie, po coście mnie sobie zrobili”. Ale Borchardt nie ogranicza się do tego. Z jednej strony pokazuje zdjęcia radosnego chłopca na tle Sanoka i okolic, z drugiej przytacza znamienną anegdotę, jak osiemnastoletni Tomasz żegnał się z rodzinnym miastem rozwieszając klepsydry z zawiadomieniem o swojej śmierci.

Zdzisław Beksiński przeniósł się do stolicy, bo „Warszawa była oknem na świat sztuki”, Tomek niemal od razu dostał samodzielne mieszkanie w sąsiednim bloku. Udekorował je – to ważne! – obrazami ojca, ale nie tymi apokaliptycznymi, z których malarz jest powszechnie znany, lecz wcześniejszymi: z sanockimi pejzażami. W tym mieszkaniu próbował po raz pierwszy odebrać sobie życie: z powodu odcięcia od korzeni i środowiska, zmuszony do życia w nieprzyjaznej Warszawie, czy też, by zwrócić na siebie uwagę ojca – skupionego na sobie egocentryka i zarazem pasjonata śmierci?

W ujęciu Borchardta Tomasz staje się ofiarą egocentryzmu ojca, który nie ma czasu dla nikogo, sam natomiast wymaga bezustannego zainteresowania swoją osobą. Dopiero w chwili, kiedy został sam – po śmierci żony i samobójstwie syna (skwitowanym z trzeźwym dystansem w przytoczonym na ekranie liście) – Zdzisław kieruje kamerę na otaczający go świat. Kiedyś dumny, że w wieku czterdziestu kilku lat zaczął utrzymywać rodzinę z malarstwa, teraz nie ma dla kogo pracować. Pozostaje samotność żywego klasyka, który – trudno uwolnić się od takiego wrażenia – sam sobie zgotował ten los.

Książka Grzebałkowskiej nosi podtytuł „Portret podwójny”. Kolejną, po „Ostatniej rodzinie”, część tego portretu stanowią „Beksińscy. Album wideofoniczny” Marcina Borchardta, wchodzący na ekrany rok po filmie Matuszyńskiego. Każdy, kto odkrył – lub odkryje – w sobie fascynację czy to malarstwem Zbigniewa czy też działalnością muzyczną lub translatorską Tomasza, dla pełnego obrazu będzie musiał zobaczyć oba filmy.