Prekariuszem jest nie tylko człowiek niezabezpieczony finansowo, ale także człowiek samotny wśród bliskich.

Nie tak dawno ogromną furorę w internecie – i to nie tylko polskim, ale też brytyjskim – zrobił tekst anonimowego Polaka przebywającego na emigracji w Wielkiej Brytanii. Nosił tytuł „Dlaczego nie wrócę?”. Został umieszczony między innymi w emigracyjnym, polskim tygodniku „Polish Express”. Wyraża jednak uczucia właściwe nie tylko emigrantom. Te same emocje i refleksje towarzyszą tysiącom młodych ludzi żyjących w Polsce. Autor mówi m.in.:

„Dowiedziałem się, że ze względu na przestępstwo urodzenia się w złym kraju czeka mnie oddawanie połowy mojej pensji, do czasów emerytury, za małe mieszkanie w dużym mieście. Oczywiście musiałbym utrzymać swój zarobek na podobnym poziomie przez następnych 30–40 lat, przy założeniu, że nie będą nękały mnie jakiekolwiek choroby lub zdarzenia losowe”[1].

Czy autor tekstu, pozostając w Polsce, byłby – na tle reszty kraju – człowiekiem ubogim? Wedle wskaźników, którymi na co dzień naukowcy i publicyści opisują ubóstwo, z pewnością nie. Jeżeli bowiem oddawałby „połowę pensji” za małe mieszkanie w dużym mieście (wspomnianą ratę kredytu za mieszkanie można oszacować minimalnie na 1500 zł), to można łatwo wyliczyć, że zarabiałby około 3000 zł netto, a zatem więcej, niż wynosi przeciętne wynagrodzenie[2].

Mediana zarobków jest jeszcze niższa, a więc można przewidywać, że ponad połowa Polaków zarabiałaby mniej od autora tekstu. Wszystko to jednak nie ma znaczenia wobec obiektywnej sytuacji, która budziła w nim istotny lęk – przed obniżeniem lub utratą zarobków, przed chorobami i zdarzeniami losowymi, które doprowadziłyby do nieuchronnej katastrofy. Był to lęk wystarczająco istotny, by doprowadzić go do decyzji o emigracji i o pozostaniu w nowym miejscu. Prawdopodobnie na zawsze.

Lęk ten jest usprawiedliwiony. Dominujące w ostatnich latach koncepcje polskiej modernizacji zbyt często lekceważyły go podczas analizy sytuacji. Pora zaakceptować rzeczywistość i przyznać, że ubóstwo i lęk są nadal problemem Polski i Polaków. Dopiero od tej akceptacji można zacząć diagnozę. Pragnę tu przyjrzeć się bliżej powiązaniom między ubóstwem a lękiem, sięgając do głębokich analiz dokonanych przez Antoniego Kępińskiego, a następnie sformułować wstępne rekomendacje dla pozytywnego programu, który mógłby wyjść tym problemom naprzeciw.   

Lęk o przyszłość

Jak wskazuje Marek Rymsza w tym samym numerze „Więzi”, ubóstwo można precyzyjnie określić, jedynie posługując się miarami relatywnymi. Niedostrzeganie problemu ubóstwa przez część polskich elit w pewnej mierze wiązało się z przekonaniem o wartości miar bezwzględnych – wzrost PKB i spadek bezrobocia miały być według nich przekonującymi wskaźnikami poprawy jakości życia.

Jednak stosowanie tych miar w żaden sposób nie wyjaśniało na przykład niskiej dzietności w Polsce, która jest istotnie powiązana z poziomem lęku o przyszłość. Według „The World Factbook” w 2013 r. na kobietę w wieku rozrodczym przypadało w naszym kraju 1,32 dziecka. Był to jeden z najniższych wyników w Europie. Do obniżenia lęku o przyszłość nie przyczyniał się mierzony bezwzględnymi miarami rozwój gospodarczy. Nie była go w stanie obniżyć także modernizacja, której symbolem miała być nowa infrastruktura – drogi, aquaparki i filharmonie wspierane przez fundusze unijne. W małym stopniu tenże lęk niwelowała też nauka Kościoła o „otwartości na życie”.

Klasyczne definicje ubóstwa kładą nacisk na brak zaspokojenia podstawowych potrzeb

Klasyczne definicje ubóstwa kładą nacisk przede wszystkim na brak zaspokojenia podstawowych potrzeb. Katalogi tych potrzeb są zróżnicowane – definicja ONZ z 1995 r. zalicza do nich m.in. miejsce zamieszkania, dostęp do edukacji i innych podstawowych usług, a także partycypację w podejmowaniu decyzji. Są to jednak wszystko miary bezwzględne. Niski stopień zaspokojenia wymienionych w katalogu potrzeb ONZ nie zawsze musi wiązać się z brakiem szczęścia czy radości życia. Największy problem pojawia się, gdy brak zaspokojenia owych podstawowych potrzeb wywołuje lęk o przyszłość, który utrudnia lub wręcz uniemożliwia normalne funkcjonowanie na co dzień.

Analizując obawę o przyszłość, ekonomiści i socjologowie coraz częściej mówią o „nowym ubóstwie” lub o „prekariacie”. Brytyjski ekonomista Guy Standing definiuje prekariat jako grupę pozbawioną podstawowych zabezpieczeń – przede wszystkim związanych z miejscem pracy, dochodem i reprezentacją (posiadaniem głosu na rynku pracy). W polskim dyskursie publicznym o prekariacie mówi się przede wszystkim w kontekście osób zatrudnionych na tzw. umowy śmieciowe. Jednak odczucie braku zabezpieczeń tylko w pewnym stopniu zależy od formy zatrudnienia. Sprowadzenie lęku współczesnych Polaków do formy umowy, na jaką są zatrudnieni, jest niewystarczające. W ostatnich latach w Polsce poziom lęku przed przyszłością rośnie. Według „Diagnozy społecznej 2013” odsetek Polaków zadowolonych z perspektyw na przyszłość jest bardzo niski, a od roku 2011 do 2013 dodatkowo spadł znacząco (z 25,4 proc. do 21 proc.)[3]. Jednocześnie dwukrotnie więcej Polaków zadowolonych jest przy tym ze swojej pracy i osiągnięć, a więc korzenie lęku przed przyszłością są głębsze.

Z pewnością ubóstwo i lęk we współczesnym społeczeństwie dotykają przede wszystkim ludzi młodych (na co również wskazuje w tekście obok Marek Rymsza). Tak opisuje ich Marek Beylin: „1500 na rękę, dwa języki, bez urlopu, bez chorobowego, z wałówką od rodziców. Żadni stażyści po dyplomie, sążniste CV, na karku już trzydziestka”[4]. Dochodzi do paradoksalnej sytuacji, w której grupa rozpoznawana dotąd jako najbardziej odważna – de facto jest najbardziej sparaliżowana obawami o przyszłość.

Relacje w społeczeństwie lęku

Oddajmy głos Standingowi: „Sprekaryzowany umysł żywi się i napędza strachem. […] Alienacja wynika z wiedzy, że to, co się robi, nie służy ani temu, kto robi, ani nawet celom, które ceni się i szanuje − robi się to po prostu dla innych, na ich żądanie”[5]. Drugi człowiek w społeczeństwie lęku nie jest więc już podmiotem wzajemności, ale elementem systemu, który wymaga czegoś od nas, a niedostarczenie tego, czego wymaga, przyczyni się do naszej klęski. Ów Drugi jest zresztą nieraz zapośredniczony przez media, które kreują wizerunek „dobrego życia” niedostępny dla większości z nas, co rodzi frustrację pozbawiającą poczucia godności. Ubóstwo bowiem to nie tylko sytuacja finansowa, to przede wszystkim poczucie braku własnej godności, wartości i braku szacunku ze strony innych.

Odczucie braku zabezpieczeń tylko w pewnym stopniu zależy od formy zatrudnienia

Brak poczucia własnej godności wiąże się także z brakiem trwałego umiejscowienia we wspólnocie. Godność – wbrew poglądom niektórych współczesnych psychologów – nie jest czymś, co można stworzyć samemu przez „pozytywne myślenie”. Pojawia się ona w kontekście Drugiego (rozumianego zgodnie z zasadami filozofii dialogu) i przez Drugiego jest legitymizowana. Jak pisze Marcin Suskiewicz: „Takiego dowodu [tj. dowodu wartości czyjegoś życia – J.P.] nie ma, dopóki ktoś inny – a więc nie my sami – nie podkreśli tej wartości swoim czynem”[6]. Prekariuszem jest więc nie tylko człowiek niezabezpieczony finansowo, ale także ten, komu nikt – ani instytucje państwa, ani osoby, z którymi pracuje, ani nawet najbliżsi, których jest coraz mniej w zatomizowanym społeczeństwie – nie przekazuje jednego, podstawowego przesłania: „Ty jesteś prawdziwą wartością”. Prekariuszem jest człowiek samotny wśród bliskich.

Człowiek pozbawiony przesłania mówiącego o jego wartości żyje w permanentnej samotności, a takie życie oznacza ciągły lęk o przyszłość. Ten lęk powoduje dalsze wycofywanie się z kontaktów z otoczeniami, a to z kolei wywołuje coraz większą atomizację społeczeństwa, która musi skutkować jeszcze większym lękiem – i tak zamyka się to błędne koło. Niepewność co do sygnałów płynących z otoczenia uwidacznia się w procesie, który można nazwać rozwojem fatalizmu społecznego. „Diagnoza społeczna” wskazuje, że w latach 1997–2013 znacząco wzrósł odsetek Polaków, którzy przypisują odpowiedzialność za swoje życie „innym ludziom”. O ile w latach 1997–2003 istotny był „fatalizm polityczny” (przypisywanie odpowiedzialności za własny los władzom), o tyle w ostatnich latach coraz częściej spoglądamy na innych, aby zniwelować własny lęk, aby uzyskać potwierdzenie własnego znaczenia. Ubóstwo oznacza także sytuację, w której jesteśmy zależni od Drugiego, a jednocześnie nie możemy na niego liczyć – najczęściej nie ze względu na jego złą wolę, ale na to, że on sam musi wykorzystać energię życiową, pozostałą po własnych bojach z codziennością, na uporanie się z własnym lękiem.

Z założeń leżących u podstaw współczesnego państwa polskiego wynika, że godne życie jednostki powinny wspierać różnego rodzaju instytucje. Te jednak – jak wynika z szeregu badań – także zawodzą. Wskazują na to choćby Anna Giza i Maria Rogaczewska[7]. Zaufanie do instytucji publicznych spada z roku na rok. Niewiele lepiej jest w przypadku organizacji pozarządowych. Polacy są rozczarowani sposobem funkcjonowania instytucji, ich niewydolnością, chaosem, biurokratycznymi procedurami i hermetycznym językiem. Narasta odczucie wrogości ze strony instytucji. Autor cytowanego na wstępie tekstu stwierdza: „Miałem co jeść, miałem w co się ubrać, ale brakowało mi choć grama szacunku mojego państwa do mnie samego”.

Ubóstwo to nie tylko sytuacja finansowa, ale też poczucie braku własnej godności

Należy tu zauważyć, że bardzo niewielki odsetek funduszy unijnych rozdysponowanych w latach 2004–2013 przeznaczony został na gruntowną reformę instytucji, nie licząc rozbudowy ich infrastruktury oraz informatyzacji. Brakowało rozwiązań systemowych, zmian prawnych, ale przede wszystkim zmian mentalności. Powszechna wśród elit wiara w rozwój przez infrastrukturę nie sprawdziła się – „Diagnoza społeczna” potwierdza, że zaufanie do instytucji państwa nadal pozostaje na bardzo niskim poziomie. Niejednokrotnie budzą one lęk, zamiast go niwelować.

Ubóstwo informacyjne i energetyczne

Aby sformułować pozytywny program, wychodzący naprzeciw problemom ubóstwa i lęku, należy najpierw przede wszystkim przyjrzeć się ich istocie. Dogłębną analizę lęku przedstawił Antoni Kępiński. O ile według wybitnego polskiego psychiatry u korzeni lęku jako takiego stoi zdrowa reakcja organizmu na zagrożenie, o tyle lęk ten przechodzi z czasem w bardziej utrwalone formy. Problemem współczesnej cywilizacji jest tzw. lęk latentny – obecny cały czas pod powierzchnią zmieniających się, powierzchownych emocji. Ujawnia się on w postaci wewnętrznego napięcia i niepokoju, które odbierają człowiekowi zdolność do podejmowania decyzji. Źródłem tego niepokoju jest czas przyszły. Przyszłość jednak nie istnieje, pojawia się jedynie w postaci niejasnych wyobrażeń. To „nieznane”, „niejasne”, „nieokreślone” jest tym, czego się boimy. Lęk jest zawsze w ostateczności lękiem przed śmiercią, lękiem przed utratą samego siebie.

Aby pokonać lęk, konieczny jest czyn, krok do przodu w stronę przyszłości, której się obawiamy. „Ta zmiana nieznanego w znane, przyszłości w przeszłość, wymaga wysiłku i odwagi. Nie zawsze człowiekowi jej staje, czasem jest za słaby, a czasem sytuacja zbyt trudna”[8] – wskazuje Kępiński. Człowiek ubogi jest pozbawiony sił potrzebnych do skonfrontowania się z rzeczywistością i „wniknięcia w ciemność przyszłości”. Nie może wydostać się z czasu, w którym tkwi. Próbuje znaleźć wsparcie u innych, których – jak wskazywałem wyżej – coraz częściej uznaje za odpowiedzialnych lub współodpowiedzialnych za swój los. Wsparcia tego jednak nie otrzymuje. Tymczasem „warunkiem życia jest nawiązanie kontaktu z otoczeniem, gdyż bez metabolizmu informacyjnego (wymiany ze środowiskiem) i energetycznego ustaje wszelkie życie”[9].

W polskich warunkach ubogi ostatecznie nie otrzymuje wsparcia także od instytucji. W świetle rozważań Kępińskiego ujawnia się szczególnie ważna rola tych ostatnich. Jeżeli paraliżujący człowieka lęk jest lękiem przed nieznanym i wynika z niewystarczającego „metabolizmu informacyjnego”, to jasne wydaje się, że zadaniem instytucji powinno być między innymi rozjaśnienie tego, co niejasne – przekazanie prostej, konkretnej i jednoznacznej informacji o sytuacji człowieka i o możliwości zmiany tej sytuacji.

Ubóstwo i lęk dotykają przede wszystkim młodych

Brak tej jasności powoduje dalszy spadek zaufania do instytucji. Przyczynia się do tego hermetyczny język i chaos organizacyjny, o których we wspomnianym artykule pisały A. Giza i M. Rogaczewska. Prawo do jednoznacznej, jasnej i prawdziwej informacji nie zostało co prawda wymienione wśród potrzeb podstawowych w definicji ONZ, jednak jej brak wydaje się istotnym elementem ubóstwa współczesnego człowieka. Zalew informacji dostępnych w internecie przy jednoczesnych trudnościach z ich selekcją powiększa zakres „ubóstwa informacyjnego”.

Czynnikiem pozwalającym na radzenie sobie z lękiem jest, według Kępińskiego, vis expectationis (siła przewidywania). To ona pozwala nam wierzyć, że „jutro będzie też świecić słońce, że będą kursować tramwaje, będą działać światło elektryczne, wodociągi, kanalizacja itp.”[10]. Cechą istotową „nowego ubóstwa” jest znaczące osłabienie vis expectationis. Prekariusz – niezależnie od tego, jaka jest jego obecna sytuacja finansowa – jest człowiekiem ubogim w nadzieję. Kluczem do przezwyciężenia lęku i ubóstwa jest kontakt z innymi i otrzymanie odpowiedniego zasobu informacji i energii – te dwa czynniki konstytuują nadzieję. Składnikami tej ostatniej jest bowiem wiedza o tym, jakie jest wyjście z trudnej sytuacji, i siła potrzebna, by z tego wyjścia skorzystać.

Brak energii, poza brakiem informacji, jest kluczowym czynnikiem uniemożliwiającym wyjście z błędnego koła ubóstwa i lęku. W ostatnich miesiącach w mediach pojawiło się wiele głosów osób zdziwionych, że młodzi zrzucają odpowiedzialność na państwo, nie chcą ze sobą rywalizować. Przedstawiciele elit zapomnieli jednak, że aby w ogóle wystartować w jakimkolwiek wyścigu, potrzebny jest przynajmniej podstawowy zasób energii. Tymczasem młodzi ludzie nie mają skąd czerpać tej energii, a coraz częściej tracą przekonanie o wartości wyścigu, w którym mieliby uczestniczyć. Guy Standing wskazuje, że w warunkach prekariatu sens traci praca sama w sobie.

Człowiek to nie inwestycja

Czy ubóstwo może mieć dobre strony? Jean Vanier twierdzi, że tak. Wskazuje on, że ubóstwo staje się „cementem jedności”, gdyż może ono sprawić, że ludzie zaczną pomagać sobie wzajemnie i dzielić się. Może się tak jednak stać tylko w sytuacji, kiedy ubóstwo zostanie przyjęte, zaakceptowane. Społeczeństwo oparte na ciągłym rozwoju i modernizacji nie pozwala na takie podejście – ubodzy są w nim „brzydką skazą”, dlatego staramy się raczej je ukryć.

Społeczność bez ubogich zdaniem Vaniera zamyka się w sobie i izoluje, co prowadzi ostatecznie do jej obumierania. Konieczna jest więc wymiana – to, co Kępiński nazywał „metabolizmem energetycznym i informacyjnym”. Metabolizm ten nie jest jednak możliwy bez wspólnej przestrzeni spotkań, rozumianej zarówno metaforycznie, jak i dosłownie – nie ma mowy o wymianie w społeczności żyjącej w zamkniętych osiedlach. „Kiedy się bogacimy, ustawiamy wokół siebie bariery, a czasem umieszczamy złego psa na straży naszej własności”[11] – pisze Vanier.

Nie można odgórnymi metodami zadekretować miłości

Ową wymianę energetyczną, przekazywanie energii człowiekowi, który jej potrzebuje, najprościej można nazwać miłością. Tego też słowa używał Antoni Kępiński, kiedy mówił o jedynej drodze wyzwolenia z niepokojów i obaw. We wstępie do „Lęku” Kępińskiego socjolog Marcin Czerwiński wskazuje, że miłość nie ogranicza się do stanu uczuć – jest to „energetyczna forma pozytywnego uczestnictwa w życiu, które wymaga przekroczenia osobniczości – uspołecznienia. Miłość w sensie nadanym tu temu słowu jest trwałą dyspozycją, odznaczającą się stale gotowością konstruktywnego udziału”[12]. Miłość więc jest przede wszystkim otwartością na aktywną wzajemność, rozpoczynającą się od słuchania drugiego. Jej efektem jest wymiana energetyczna między ludźmi, która pozwala osobie ubogiej przezwyciężyć lęk, a to jest już pierwszy krok do wyjścia z ubóstwa.

Czy te teoretyczne rozważania, umiejscowione głównie na poziomie jednostki, mogą jednak w jakikolwiek sposób przełożyć się na pozytywny program społeczny? Z pewnością nie można odgórnymi metodami zadekretować miłości, można jednak stworzyć warunki dla rozwoju kultury wzajemności, kultury otwartej wymiany energetycznej i informacyjnej. Wymaga to wspólnej, dokonującej się w dialogu pracy wielu osób i organizacji.

Jakie konkretne działania mogłyby sprzyjać temu antylękowemu programowi? Pierwszą rekomendacją wydaje się głęboka reforma instytucji państwowych, która jednak dziś już nie może polegać jedynie na rozbudowie i modernizacji infrastruktury. Sensem tej reformy powinno być przywrócenie instytucji obywatelom. Takie działania już się rozpoczęły – następuje rozwój konsultacji społecznych, metod partycypacyjnych etc. Jednak to nie wystarczy – mechanizmy te, jak trafnie wskazuje Markus Miessen w „Koszmarze partycypacji”, mogą być iluzoryczne i stanowić jedynie legitymizację dla działań władz[13]. Zmianę instytucji należy rozpocząć od wewnątrz, poprzez rewizję stosowanego języka, procedur, organizacji wewnętrznej i mentalności. Przejrzystość i otwartość instytucji, dziś ciągle tak często wymuszane przez tzw. organizacje strażnicze (watchdogs), powinny wychodzić z wnętrza samych instytucji – tylko tak umożliwimy właściwy metabolizm informacyjny, który zniweluje lęk.

Nie sprawdziła się wiara elit w rozwój przez infrastrukturę

Drugą niezwykle ważną kwestią jest stworzenie nowej wizji rozwoju kraju, odmiennej niż dotychczasowa, która okazała się niewystarczająca. Ta nowa wizja nie może być oparta na wyścigu, nie może mieć charakteru technokratycznego, nie może polegać przede wszystkim na rozwoju infrastruktury. W jej centrum stać powinien człowiek, jego rozwój i jego praca. W perspektywie mijających lat symptomatyczne pod tym względem wydaje się hasło Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki na lata 2007-2013: „Człowiek – najlepsza inwestycja”. Jeżeli człowiek ma być inwestycją, to oznacza, że w efekcie jest on jedynie środkiem do celu, jakim jest rozwój i wzrost gospodarczy.

Nowa wizja musi być oparta przede wszystkim na tworzeniu warunków dla vis expectationis, dla zaistnienia nadziei. W tym celu można odwołać się do ogromnych, a w dużej mierze zapoznanych dziś zasobów – do polskiego doświadczenia solidarności (przez małe i wielkie „S”). Bo tylko solidarność z ubogimi, będąca praktycznym sposobem realizacji miłości, może spowodować, że przestaniemy się bać.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2015.


[1] „Dlaczego nie wrócę? – szczery tekst Polaka z UK bije rekordy popularności”, „Polish Express”, 07.04.2015.
[2] Według GUS przeciętne wynagrodzenie w pierwszym kwartale 2015 r. wynosiło 4054,89 zł, podczas gdy wynagrodzenie miesięczne 3000 zł netto oznacza pensję brutto 4210 zł.
[3] J. Czapiński, T. Panek (red.), „Diagnoza społeczna 2013”, s. 229.
[4] M. Beylin, „Prekariat. Jakoś to znosimy. Jeszcze”, „Gazeta Wyborcza”, 20.06.2015.
[5] G. Standing, „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa”, tł. P. Kaczmarski, K. Czarnecki i M. Karolak, Warszawa 2014.
[6] M. Suskiewicz, „Dramat wzajemności”, „Pressje” nr 39 (2014), s. 62.
[7] A. Giza, M. Rogaczewska, „Coaching obywatelski Polaków – od zniechęcenia do nowej wizji”.
[8] A. Kępiński, „Lęk”, Kraków 2012, s. 13.
[9] Tamże, s. 135.
[10] Tamże, s. 17.
[11] J. Vanier, „Wspólnota miejscem radości i przebaczenia”, tł. L. Rutowska, Paryż 1985, s. 256.
[12] A. Kępiński, „Lęk”, dz. cyt., s. 6.
[13] Por. M. Miessen, „Koszmar partycypacji, Warszawa 2013.