Aspekty gospodarcze handlu w niedziele nie są jednoznaczne – ograniczenie handlu może spowodować oszczędności dla sklepów i klientów. Nie mniej ważne są aspekty społeczne – niezależnie od przekonań religijnych niedziela nie jest dniem jak każdy inny.

Zasada inercji zakłada, że obrona status quo jest łatwiejsza niż wprowadzenie zmian. To fizyczne pojęcie znajduje zastosowanie także w polityce. Podczas gdy Polska od kilku lat się zastanawia, jak – albo czy w ogóle – ograniczyć handel w niedziele, w tym samym czasie kraje zachodnioeuropejskie zadawały sobie odwrotne pytanie: o ewentualną liberalizację niedzielnego handlu.

Zgodnie z zasadą inercji polscy obrońcy status quo, czyli przede wszystkim firmy branży handlowej, straszą utratą konkurencyjności, likwidacją miejsc pracy, podwyższeniem cen, a nawet (!) „utrudnieniem życia konsumentom i uniemożliwieniem rodzinom zaspokajania wspólnych potrzeb socjalnych poza domem” (stanowisko polskiej branży handlowej z 30 czerwca 2017 r.).

Natomiast NSZZ „Solidarność”, w którym powstał obywatelski projektu ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele, uzasadniania potrzebę zmian trudnościami kobiet w godzeniu pracy zawodowej z obowiązkami rodzinnymi (kobiety stanowią przytłaczająca większość pracowników branży handlowej) oraz tym, że pracownicy wolą mieć wolne niedziele niż wyższe zarobki. Centrala związku dodaje, że dla zaspokojenia codziennych potrzeb konsumentów wystarczy, by w niedziele mogły działać małe sklepy, piekarnie czy kioski.

We Francji, gdzie niedzielny handel został szeroko zliberalizowany w ciągu ostatnich lat, ciężar udowodnienia korzyści wynikających z tego procesu spoczywał na przedsiębiorstwach. Twierdziły one m.in., że dłuższe okresy funkcjonowania to więcej miejsc pracy oraz większa swoboda dla konsumentów i turystów (zresztą często słyszałem żale od polskich znajomych bywających we Francji, że w niedziele nie można tam robić zakupów, co jest stosunkowo kłopotliwe, kiedy się spędza na miejscu tylko weekend).

Wpływowy ekonomista Philippe Askenazy chciał sprawdzić te hipotezy. Zbadał sytuację w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, gdzie uregulowanie niedzielnego handlu zależy od regionów. To ułatwia zmierzenie i porównanie efektów. Doszedł do wniosku, że owszem: liberalizacja zwiększa przychody i tworzy nowe miejsca pracy, ale nieproporcjonalnie do przedłużenia okresów pracy. Za tym idą wyższe koszty funkcjonowania i… wyższe ceny dla konsumentów.

Otwarcie sklepów w niedziele oznacza bowiem nie tylko postawienie kasjerek za ladą, lecz także większe zużycie energii na oświetlenie budynków i wnętrz, ochłodzenie produktów spożywczych oraz ogrzewanie w innych strefach. Pochodne koszty, które nie są wprawdzie ponoszone przez sklepy, ale obciążają gospodarstwa domowe, wynikają z konieczności dojazdów do centrów handlowych, co często wymaga posiadania samochodu i zakupu paliwa.

Czy zakupy w niedziele są tak ważne, że uzasadniają wyciąganie do pracy tysięcy ludzi i dodatkowe zużycie energii?

Intuicyjnie rozumiemy, że wartość naszych zakupów nie zależy w pierwszej kolejności od tego, jak długo pracują sklepy, ale od naszych konkretnych potrzeb oraz… od naszych zarobków. Pewnie z części zakupów robionych w niedziele zrezygnowalibyśmy w ogóle i nie przenosilibyśmy ich na inne dni, gdyby w niedziele sklepy zostały zamknięte. Należy się zastanowić, czy zakupy te są dla nas na tyle ważne, że uzasadniają wyciąganie do pracy dziesiątek tysięcy ludzi i dodatkowe zużycie energii. Niezbędne zakupy i tak przecież zrobimy w inne dnie tygodnia. Wyjątkiem są zakupy turystów. W tym przypadku – podobnie jak we Francji – można określić strefy, w których ograniczenia niedzielnego handlu byłyby łagodniejsze.

W USA i w Kanadzie branża handlowa zrozumiała efekt rozproszenia wydatków, ale nie mogła z własnej inicjatywy zawęzić godzin otwarcia sklepów, by nie oddać pola konkurencji – dlatego prosiła ustawodawcę o uchwalenie regulacji, które zobowiązałyby wszystkie podmioty na rynku. Z tego samego powodu w Europie wiele sieci sklepów dyskontowych nie prowadzi i nie chce niedzielnego handlu.

Jak widać, aspekty gospodarcze handlu w niedziele nie są jednoznaczne. Jeżeli w Polsce ograniczenie wejdzie w życie, być może kilkaset miejsc pracy ubędzie, ale dokonywanie zakupów na węższej przestrzeni czasowej może spowodować oszczędności zarówno dla sklepów, jak i dla klientów.

Ponadto nie sposób ominąć kwestie kulturowo-społeczne związane z handlem w niedziele. Kilka dni temu ukazała się we Francji książka „Les batailles du dimanche” (Niedzielne bitwy) Jeana-Yvesa Boulina i Laurenta Lesnarda. Ci dwaj socjologowie zbadali konsekwencje liberalizacji niedzielnego handlu nie z perspektywy PKB lub przychodów sklepów, ale pierwszych zainteresowanych, czyli pracowników. Odnotowali, że pracownicy spędzają mniej czasu z dziećmi i ogólnie z rodziną i znajomymi. Mogą także rzadziej uczestniczyć w ważnych wydarzeniach socjalizujących, od ślubów przez święta po wspólne oglądanie sportowych turniejów.

Nie jest bowiem prawdą, że niedziela to dzień jak każdy inny. Niezależnie od przekonań religijnych w krajach europejskich wiele elementów życia społecznego organizowanych jest wokół niedziel. Należenie do społeczeństwa oznacza m.in. pewną synchronizację rytmu życia – wynika z tego waga świąt, wspólnych posiłków lub letnich wakacji. Nie sposób zrekompensować pracownikowi dnia pracy w niedzielę innym dniem wolnym w tygodniu. To w niedzielę dzieci i znajomi nie chodzą do szkoły lub do pracy, a ogromna większość branży gospodarczych nie funkcjonuje.

Polska branża handlowa troszczy się o „zaspokajanie wspólnych potrzeb socjalnych rodzin poza domem”. Ma pewnie na myśli rodziny-klientów, ale co z rodzinami 200 tys. osób, które pracują dla jej firm członkowskich?

Być może dzięki ograniczeniu handlu w niedziele Polacy będą się czuli trochę bardziej jako społeczeństwo, nad którego brakiem ubolewał Norwid.