Chodzi o to, aby zobaczyć w Mickiewiczu człowieka, pozwolić mu wreszcie być człowiekiem bardziej niż „bohaterem Polaków”.

Ciało pozostało wśród rzeczy ziemskich, po pięćdziesięciu siedmiu latach ostatecznie stało się tylko i wyłącznie sobą – wielkim rozproszeniem.

Adam Mickiewicz umarł 26 listopada 1855 roku w Konstantynopolu. Umarł tak, jak umierał cały jego świat – ten który narodził się w Nowogródku i Wilnie, jak umierało wszystko co kochał i czego się bał. W tym samym roku, wczesną wiosną, odeszła żona, Celina z Szymanowskich Mickiewiczowa, zmarł car Mikołaj I, zmarł także na dalekiej Białorusi – o czym Mickiewicz nie zdążył się chyba dowiedzieć – Tomasz Zan. Od siedmiu lat nie było wśród żywych Jana Czeczota. Wszystko się gubiło, ale zarazem odnajdywało drogę do siebie. Tak zamknęło się prawdziwie ziemskie koło. Potem były już tylko mniej lub hardziej uroczyste przeniesienia trumny i pogrzeby.

Być może biografia Adama Mickiewicza wcale nie jest wyjątkowa, nawet na pewno mieści się w granicach typowego polskiego życiorysu pierwszej połowy XIX wieku. Ale stała się biografią ADAMA MICKIE­WICZA – POETY, KOCHANKA, PROROKA i WIESZCZA. I nic już na to nie można poradzić, to jest biografia święta i narodowa, ponadludzka i wszechobejmująca.

„My z niego wszyscy” – pisał na wieść o śmierci Mickiewicza Zygmunt Krasiński. I tak już zostało. Ale to zbiorowe MY nigdy zapewne nie doświadczy cierpienia JA, tego właśnie JA ukąszonego kiedyś i gdzieś tam na dalekiej prowincji przez platońską pszczołę. Z tego ukąszenia wzięła się choroba i ból, który musiał znaleźć swoje ujście. Mickiewicz nie od razu przecież będzie cierpiał. Jad, zanim zacznie działać i zanim sława pobiegnie przed Adamem Mickiewiczem, musi zadomowić się w ciele, nabrać siły i czekać na właściwy moment, który pozwoli uderzyć i porazić mocą słowa. A uderzając przerazi wewnętrznym splątaniem, gąszczem sprzeczności i paradoksów.

Historia poszukiwań klucza otwierającego wszystkie tajemnice poezji Adama Mickiewicza sięga początków wileńskich, sięga roku 1822, choć już wcześniej, przed „Balladami i romansami”, wśród przyjaciół filomatów narodził się mit genialnego Adama. Tam również tkwią korzenie później­szej perspektywy czytania Mickiewicza, wykreślanej przez „słowo i czyn”. Perspektywy, która nie dla wszystkich będzie oznaczała to samo i która nie wszystkim będzie odpowiadała.

Wśród przyjaciół filomatów narodził się mit genialnego Adama

Poszukiwanie idealnie pasującego klucza interpretacyjnego „do Mic­kiewicza” wypełni żyjącą – bo wciąż rozrastającą się – przeogromną bib­liotekę. Historyk literatury, nawet mickiewiczolog, krytyk czy zwykły szary czytelnik – wszyscy oni nie są w stanie ogarnąć wszystkiego, co o Mickiewiczu napisano i powiedziano. To oczywiście może zniechęcić do wygłaszania kolejnych sądów, ale – częściej chyba – prowokuje i in­spiruje do nowych „głosów”.

„Przeczytanie wszystkiego, co o Mickiewiczu napisano – powiada Jan Walc – jest jednak zadaniem ponad ludzkie siły, i wydaje mi się, że w tej sytuacji lepiej było się na napisanie dalekiej od doskonałości książki odważyć, niż zrezygnować z niej ze względu na nadmiar dotychczasowej literatury przedmiotu”. Walc „odważył się” się i napisał kontrowersyjną książkę o Mickiewiczu. Napisał ją także dlatego, że nie lubił mickiewiczologów, którzy na wiele pytań odpowiedzieć nie umieli.

Z tego faktu warto chyba wyciągnąć jeszcze jeden wniosek – oto trwający od wielu dziesięcioleci spór o Mickiewicza zawsze jest sporem pomiędzy żywymi i z żywymi o ich widzenie świata, człowieka, literatury i polityki. Mickiewicz jest w tym sporze zaledwie pretekstem, przez Mickiewicza autorzy mówią o sobie. Pół biedy, jeśli kontrowersje ognis­kują się wokół rzeczywistych kwestii dzieła literackiego, wokół słów wy­powiedzianych i zapisanych, i kiedy podłożem różnicy sądów jest perspektywa filologiczna. Ale Mickiewicz żyje jednak — niestety — także poza filologią, przecież „my z niego wszyscy”.

Mickiewicz wrósł głęboko w życie publiczne, stał się także politykiem, chociaż wyjątkowym, bo – jak pisze Wiktor Weintraub – „mistycznym politykiem”. Kreowanie Mickiewicza na patrona najrozmaitszych ideologii i nurtów politycznych jest więc właściwie sprowokowane przez niego samego, chociaż cel, jaki sobie stawiał, był zupełnie inny. Ale na to już żadne Słowo nie ma wpływu. Okazuje się, że „Księgi narodu…” ciągle są tekstem znaczącym, a fakt ich wznawiania lub niewznawiania ma wymiar polityczny.

I chcia­łoby się tutaj zawołać za arcyprzenikliwym Norwidem: „Coś ty uczynił ludziom, Mickiewiczu?”. Bo oto naprawdę gubi się „sens” i gubi się „oblicze”, kiedy mówią o nim ci – i tu znowu Norwid – „co człowiekiem nie mogli Cię widzieć”. I pewnie nie zobaczą już nigdy.

A więc chodzi o to, aby zobaczyć człowieka, pozwolić wreszcie być Mickiewiczowi człowiekiem bardziej niż „bohaterem Polaków”. Warto przy tym pamiętać, że człowieczeństwo Mickiewicza miało swój rodowód grecki, chciało być czyste i proste, czytelne i otwarte na drugiego, nakierowane na Prawdę:

„A słońce Prawdy wschodu nie zna i zachodu,
Równie chętne każdego plemionom narodu
I dzień lubiące każdej rozszerzać ojczyźnie,
Wszystkie ziemie i ludy poczyta za bliźnie.
Stąd kto się w przenajświętszych licach jej zacieka,
Musi sobie zostawić czystą treść człowieka,
Zedrzeć wszystko, co obcej winien jest przysłudze,
Własności okoliczne i posągi cudze.

Ku takim pracom niebo dziejopisa woła”.

Tak pokorny wobec świata pisał młody Adam Mickiewicz do Joachima Lelewela. Czyżby wtedy wierzył jeszcze, że irracjonalne można wyrazić przez racjonalne? Takiej sprzeczności oświecony rozum nie umiał jednak pogodzić. Droga wiodła w inną stronę. Adam Mickiewicz został więc „Bo­haterem Polaków”, został ADAMEM MICKIEWICZEM.

Do znaczącego pomnożenia głosów o Mickiewiczu przyczyniła się tym razem dwusetna rocznica jego urodzin. Trzeba pamiętać, że okolicznościo­we referaty nie zawsze są odkrywcze i częściej służą samoprezentacji autorów niż przedstawieniu rzeczywistych problemów. Ale oficjalna opra­wa i rytuał nie wykluczają interesujących refleksji i wniosków. Ważne są inicjatywy wydawnicze, ważne są książki. I warto chyba zwrócić uwagę na Wydanie Rocznicowe Dzieł Mickiewicza, na wydaną w serii ,A to Pol­ska właśnie” książkę Jacka Łukasiewicza „Mickiewicz”, na „Mickiewicza – mistycznego polityka” Wiktora Weintrauba czy na „M jak Mickiewicz” Tomasza Łubieńskiego.

Mickiewicz wrósł głęboko w życie publiczne

Lista rocznicowych tytułów jest znacznie dłuższa, ale tym razem nie chodzi o kompletowanie bibliografii. Ciekawsze wydaje się pytanie o to, jakim językiem mówi się dzisiaj o Mickiewiczu i co z jego ziemskich doświadczeń ocalało. Nie jest bowiem wcale oczywiste, czy ocalało cokol­wiek.

To brzmi jak paradoks i jest to paradoks dramatyczny. Kto dzisiaj zgodzi się na status absolutnego wygnańca – Upiora? Mamy prawo tkwić w swoich Nowogródkach i Wilnach i nie ma sensu wydawanie tu ja­kichkolwiek sądów. Ale jeśli pojawia się Mickiewicz, to musimy pamiętać, że toruje on drogę wszystkim wygnańcom, wszystkim tym, którzy opuszczają samych siebie po to, aby móc być naprawdę. To straszna ofiara, ale Mickiewicz święcie wierzył w kapitalne odnowienie świata. My tej wiary chyba już nie mamy. A więc raz jeszcze pytanie: co z jego ziem­skiego cierpienia zachowało dla nas sens? Ziemskie koło Mickiewicza płonie ogniem, daleko mu do spokoju harmonijnej figury. Osobliwość działalności politycznej Mickiewicza nie polegała na jego celach.

Jako polityk dążący do tego, żeby ideały chrześcijańskie stały się realnością życia politycznego, należał do dawnej i szacownej tradycji w europejskiej myśli politycznej. Jego działalność polityczna była tak osobliwa dlatego, że całkowicie lekceważąc formy organizacyjne i taktykę polityczną, chciał iść na skróty od ideałów do rzeczywistości politycznej. Mocno wierząc, że siła ducha i duch poświęcenia mogą zdziałać cuda, raz po raz sztur­mował niebiosa o cudy.

Jego polityka nie była z tego świata. I to jest chyba jedna z najcelniejszych opinii o Mickiewiczu. Nam trudno pojąć w pełni sens Mickiewiczowych czynów, my jesteśmy z tego świata. Tę opinię przytoczyłem z rozprawy Weintrauba „Mickiewicz – mistyczny polityk”, przedrukowanej w niezwykle ciekawej książce „Mickiewicz – mistyczny polityk i inne studia o poecie”. Ten tom złożony z rozproszo­nych i publikowanych głównie na emigracji tekstów Wiktora Weintrauba, ukazał się w Instytucie Badań Literackich w wyborze i opracowaniu Zofii Stefanowskiej. W rezultacie powstała książka operująca jakby dwoma głosami – filologa i polemisty.

Polityka Mickiewicza nie była z tego świata

Ten ostatni głos jest szczególnie cenny dla kogoś, kto próbuje prześledzić historię powojennej mickiewiczologii. Ogła­szane przez Weintrauba w londyńskich „Wiadomościach” recenzje książek o Mickiewiczu ukazujących się w Polsce kompromitują naiwną marksis­towską metodologię, która usiłowała wciągnąć Mickiewicza w sferę doraźnych politycznych planów. Taki – łagodnie mówiąc – był przecież cel Jastrunowej zbeletryzowanej biografii Mickiewicza. Jego „Mickiewicz” nie radzi sobie zupełnie z duchowością Adama Mickiewicza. Weintraub znakomicie to wydobywa i komentuje, stwierdzając na koniec, że nieza­przeczona zręczność kompozycyjno-narracyjna sprawia, że przy pobieżnej lekturze płytkość ujęcia nie bije w oczy tak, jakby powinna. Natomiast o książce Wacława Borowego „O poezji Mickiewicza”, która ukazała się równo czterdzieści lat temu i jest dzisiaj (niesłusznie) chyba nieco zapom­niana, Weintraub – nie unikając merytorycznych polemik – pisze, że najpoważniejsza to pozycja naszej literatury mickiewiczowskiej ostatnich lat dwudziestu. Być może dzięki przypomnieniu recenzji Weintrauba rozprawa Borowego odzyska swoje miejsce. Jest to książka przede wszystkim o poezji, o tekstach i w nich – bez biograficznych komentarzy – Mickiewicz jest naprawdę żywy.

Z Weintraubem można spierać się o kształt języka, którym komentuje twórczość Mickiewicza, ale nikt tak jak on nie kreślił pasjonującego wykładu o źródłach duchowości Mickiewicza.

Mickiewicz był straszny w dociekaniu Prawdy. Przeskakiwał horyzont tradycyjnej kościelnej duchowości, bo ta wydawała mu się za wąska, by ogarnąć całe ludzkie wnętrze. Jeśli – jak prorok – widział przyszłość, to w bezpośredniej iluminacji. Prawda była, jak sądził, w nim, była tak blisko, ale droga do niej prowadziła przez obszary cierpienia i męki.

Oczy­wiście, że prawideł logicznych nie można tutaj zastosować. „Rozum – pisał Mickiewicz – z konieczności staje się ateuszem i nie podaje żadnego wytłumaczenia życia”. Jedynym, choć ukrytym i trudnym do odnalezie­nia źródłem Prawdy jest dane każdemu wnętrze. Tu ma swój początek każda wizja przyszłości, każde proroctwo i tu także gromadzą się obrazy tego co było, co przeżyte. Poezja Mickiewicza – rzecz niezwykle charakterystyczna – zwrócona jest ku temu co było, dominuje w niej czas przeszły, właśnie poprzez wnętrze przeszłość sięga przyszłości. I tego porządku nie burzy wcale stylistyka opisu słynnego „Ustępu”. Cała poezja Mickiewicza mieści się na granicy przeżycia świata i zaciekawienia nim, jest lirycznym opowiadaniem, snem, który snem być przestaje. Prawda domaga się poetyckiego skupienia, odrzucenia gatunkowych ograniczeń, a w końcu żąda rozerwania poetyckiego taktu. Mickiewicz zamilkł jako poeta, Prawda przyszłości pochłonęła go bez reszty i chyba nic nie mogło powstrzymać go od – przekładał tu Saint Martina – deptania „świata całego niby pluskwę”. Porzucenie poezji było wstępowaniem wzwyż, to było rozpraszanie poezji, obdarowywanie nią świata i ludzi:

„Stąd będzie naprzód moc twa jak moc przyrodzenia,
A potem będzie moc twa jako moc żywiołów,
A potem będzie moc twa jako moc krzewienia,
Potem jak łudzi, potem jako moc aniołów,
A w końcu będzie jako moc Stwórcy stworzenia”.

Wszystko bowiem trzeba porzucić i rozsypać, niczego sobie nie zostawić. Wiersz pochodzi z roku 1839 i pisany był w Lozannie. Czy wtedy Adam Mickiewicz był już ADAMEM MICKIEWICZEM?

W jaki sposób dokonała się lub dokonywała przemiana Mickiewicza w MICKIEWICZA? Od czego to wszystko zależało? Czy – jak pyta Tomasz Łubieński – „od okoliczności, które zbiegły się w takim, nie in­nym akurat miejscu i czasie”? Bo kilka lat wcześniej czy później, sto kilometrów na lewo czy na prawo i już Mickiewicz nie byłby w stanie przemienić się w MICKIEWICZA. Lecz jeśli przyjąć, że o wszystkim decy­dował przypadek, ślepy los czy łut szczęścia, to Adam Mickiewicz byłby ofiarą i tylko ofiarą zbiegu okoliczności.

Poezja Mickiewicza zwrócona jest ku temu, co było

Tak jednak nie jest. W tych samych okolicznościach, w tym samym miejscu i o tej samej godzinie byli także inni i każdy korzystał z tego daru na swój własny, niepowtarzalny sposób. Otóż myślę, że Mickiewicz tak czy inaczej, tu czy tam przemie­niłby się w MICKIEWICZA, w perspektywie chrześcijańskiej jest to cząstka planu Bożego.

Łubieński śledzi biografię Mickiewicza, ale nie pisze kroniki jego ży­cia. Fakty pomagają zrekonstruować rzeczywistość, przywołać atmosferę, w której dojrzewał i w której żył Mickiewicz. Łubieński, nie po raz pierw­szy zresztą, potrafi nieomal znaleźć się w czasie, o którym pisze, współ­czuje z bohaterami i dzięki temu potrafi ich doświadczenia i problemy przenieść we współczesność, unikając przy tym zbyt nachalnych analogii.

„M jak Mickiewicz” jest książką o czasach trudnych, bo splątanych wewnętrznymi sprzecznościami, o czasach, w których zamiast oczywis­tych wyborów trzeba „łudzić despotę”. Mickiewicza gryzło wiele spraw, gnębił go problem Konrada Wallenroda – „Wiedział też Adam Mickiewicz, że on, poeta, któremu śledztwo, wyrok, kara wygnania nie zakłóciły pomyślności literackiej, przeciwnie raczej pomogły, sam będzie pod kątem swojej wallenrodyczności oceniany”. Historia powtarza się na poziomie drobnych codziennych wydarzeń, które ocenia się bardzo trudno.

Do pewnego momentu Mickiewicz po ludzku kluczył i starał się ratować swobodę różnymi wybiegami, usprawiedliwiał świat, ale potem nie było już odwrotu, a raczej powrotu do dwuznaczności. Ale było w Mickiewiczu jedno i drugie. I to właśnie pozwala myśleć i mówić tak, jak Jacek Łuka­siewicz: „W kulturze potrzebne są miejsca pewne i trwałe: dzieła i ludzie, jak wzorcowy metr z Sevres, który leży w skarbcu i do którego porównuje się inne miary. W polskiej kulturze jedną z wartości uznanych za wzor­cowe pozostaje Mickiewicz”. „Mickiewicz” Łukasiewicza to nie tylko prze­wodnik po życiu i dziele Mickiewicza – chociaż taką funkcję pełni także – ale przede wszystkim jest to próba pokazania „długiego trwania” Mic­kiewicza, jego obecności kiedyś i teraz.

Dla nas Mickiewicz żyje w tym, co napisał, ale żyje także w tym, co materialnie łączyło się z jego osobą – wiele mówią rękopisy, pierwodruki, trwają jeszcze fasady domów, w któ­rych mieszkał, są jeszcze krajobrazy, które oglądał, są wreszcie myśli, które z Mickiewicza się wywodzą i takie, które ku niemu prowadzą. Jest Mickiewicza tak dużo, że wystarczy dla wielu. Tym lepiej. Niech łączy, a nie dzieli.

Mickiewicz jako klamra spinająca narodową przestrzeń i regulująca rytm czasu, Mickiewicz na pomnikach i w szkolnych wypi­sach dla Jacka Łukasiewicza jest ponad wszystko poetą. I choć pisze o tak wielu faktach otaczających Mickiewicza, to mam wrażenie, że przede wszystkim Łukasiewicz czyta Mickiewicza jako krytyk literacki, że nie pomija składni poetyckiej i odmian tonów zawartych w wier­szach. I to czytanie sprawia, że „Mickiewicz” pomaga rozumieć Mic­kiewicza.

Mickiewicz poprzez swoje cierpienia chciał być autentycznym świadkiem epoki

Ale czy Mickiewicza można w ogóle pojąć i zrozumieć? Działał w spo­sób często nieprzewidywalny i nieobliczalny. Kiedy przestaje pisać, jego energia znajduje ujście w poświęceniu się duchowemu rozsadzaniu świata. Właściwie dopiero teraz, począwszy od drugiej połowy lat trzy­dziestych, tworzy poemat, w którym towianizm będzie tylko jednym z wielu głosów. To, co Mickiewicz napisał i zapisał w ciągu ostatnich dwudziestu lat swojego życia, można by porównać do brulionu. Całość po­została niedokończona i niewykończona. O wszystkim ciągle decyduje po­etyka Fragmentu.

Łubieńskiemu udało się – wracam jeszcze do „M jak Mickiewicz” – śledząc historię dotrzeć do człowieka. Nie jest to łatwe i wielu biografom nigdy się to nie zdarzyło. Nie chodzi tu o dokumenty, świadectwa, listy, ale o to, że widzi się przestrzeń, którą człowiek tworzy i która po nim po­zostaje. Łubieński pisze tak, jakby chciał pozwolić Mickiewiczowi spojrzeć w samego siebie. Spojrzeć po to, żeby szukać. Bo Mickiewicz nic innego poza szukaniem (co prawda niecierpliwym) drogi do Wyzwolenia-Wybawienia nie czynił. Finalnym celem była Prawda, a prowadził do niej rozum oczyszczany przez wiarę, codzienne pokonywanie pychy i zadu­fania w sobie. Dlatego właśnie upada Konrad i odrodzony wstępuje na drogę duchowego rozwoju. Mickiewicz poprzez swoje cierpienia chciał być autentycznym świadkiem epoki – wierzył, że upadając podnosi się i do­skonali.

„Słowo stało się ciałem, ażeby na nowo
Ciało twoje, człowieku, powróciło w słowo”.

Tak więc rozproszenie ciała nie poszło na marne.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 10/2002.