Dialog ekumeniczny XX wieku otworzył Kościół Ewangelicko-Augsburski na pewne praktyki, które istniały po stronie prawosławnej czy rzymskokatolickiej, a u nas były nieobecne – i vice versa – mówi w najnowszej „Więzi” bp ewangelicki Marcin Hintz.

Zbigniew Nosowski: W naszym Kościele niektórzy stawiają zarzut papieżowi Franciszkowi, że jest trochę za bardzo luterański. Czy Ksiądz Biskup widzi jakieś luterańskie rysy w obecnym pontyfikacie?

Bp Marcin Hintz: Nie. Ja widzę w nim raczej nawiązania do Franciszka z Asyżu. Jest to model chrześcijaństwa charakterystyczny dla duchowości franciszkańskiej, która w mniejszym stopniu kładzie nacisk na jurydyczność, a w większym na autentyczne przeżywanie wiary, na pobożność. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że papież Franciszek jest jezuitą, ale uważam, że wybór tego właśnie imienia ma kolosalne znaczenie dla jego poczynań.

Wbrew pozorom jest to według mnie także słabość obecnego pontyfikatu, bo ze spotkań z Franciszkiem nie pozostają żadne dokumenty. Jego wizyta w Szwecji 31 października 2016 r. miała dla nas, luteranów, ogromne znaczenie. Wydawało się, że na tej kanwie powinno powstać jakieś oświadczenie. My lubimy właśnie oświadczenia, a nie przepisy. Ale przed rokiem w Lund żadne nowe memorandum nie powstało. Tego mi brakuje. Franciszek robi ważne gesty, za którymi niestety nie idą następne kroki – konkretne działania.

A czy widzi Ksiądz Biskup jakieś podobieństwa między papieską teologią miłosierdzia a Lutrową teologią usprawiedliwienia? Gdy w lutym 2017 r. odbywało się spotkanie Ewangelickiego Kościoła Niemiec (EKD) z papieżem, bp Heinrich Bedford-Strohm, jako przewodniczący Rady EKD, już na samym początku swojego przemówienia nawiązał do miłosierdzia, mówiąc: „ten czołowy motyw pontyfikatu jest dla nas, jako ewangelików, ściśle związany z darem łaski (sola gratia)”.

– Rzeczywiście bp Bedford-Strohm, znakomity teolog, przez długie lata profesor etyki ewangelickiej, trafnie pokazał zbieżność tych dróg myślenia. Często zresztą my, ewangelicy, zbytnio podkreślamy pojęcie usprawiedliwienia, zamiast mówić o miłosierdziu Bożym. Rzecz jasna, znaczeniowo te pojęcia w dużej mierze są sobie bliskie. Boże dzieło całkowicie niezasłużonego usprawiedliwienia „tylko z łaski” (sola gratia) wypływa z Bożej miłości. Za Janem, ulubionym ewangelistą Lutra, powinniśmy częściej mówić, że Bóg jest Miłością. Ten motyw zbyt rzadko wybrzmiewa w naszej oficjalnej luterańskiej teologii. Ale za to w kaznodziejstwie ewangelickim i w katechezie ukazywanie Boga miłosiernego jest jak najbardziej obecne.

Doświadczenie miłosierdzia możliwe jest tylko, gdy uznaje się własną grzeszność. A w rozumieniu grzechu i spowiedzi nieco się różnimy.

– Luterańskie księgi wyznaniowe wyraźnie podkreślają: „nie zwykliśmy udzielać Komunii św. bez uprzedniej spowiedzi”. Jednak w ewangelickiej tradycji podczas spowiedzi nie wymieniamy swoich grzechów, gdyż człowiek, ze względu na swoje ograniczenia, nie jest w stanie ich wszystkich spamiętać, nazwać i wymienić.

Mianem spowiedzi indywidualnej określamy spowiedź powszechną podczas nabożeństwa. Jest tam modlitwa spowiednia słowami zaproponowanymi przez Marcina Lutra: „Ja biedny, nędzny, grzeszny człowiek wyznaję przed Tobą wszystkie grzechy i przewinienia moje, popełnione myślą, mową i uczynkiem, którymi zasłużyłem na Twe doczesne i wieczne kary. Żałuję za nie szczerze i z całego serca i proszę Cię dla niezgłębionego miłosierdzia Twego i dla niewinnej i gorzkiej męki i śmierci umiłowanego Syna Twego, Jezusa Chrystusa, bądź mnie niegodnemu, grzesznemu człowiekowi łaskaw i miłościw, odpuść mi wszystkie grzechy moje i dopomóż łaskawie przez moc Ducha Twego Świętego do poprawy życia mego. Amen”. Potem padają pytania spowiednie (o żal za grzechy, wiarę w ich odpuszczenie i postanowienie poprawy), a w końcu następuje rozgrzeszenie, czyli absolucja wypowiadana przez ordynowanego duchownego. To są elementy spowiedzi praktykowanej w ramach nabożeństwa.

Jest też spowiedź własna. Reformator zalecał, aby rachunek sumienia robić na koniec każdego dnia. Istnieje również u nas spowiedź indywidualna na życzenie, rozumiana często jako rozmowa duszpasterska z duchownym, z duszpasterzem. Dość często jest to tzw. spowiedź życia. Przychodząca osoba zbiera swoje myśli, przedstawia trudne momenty w życiu, kryzysy, porażki i prosi o odpuszczenie grzechów.

Spotkałem się z opinią, że w niektórych krajach wśród luteranów narasta potrzeba tej właśnie formy indywidualnej spowiedzi usznej. Czy to prawda?

– Tak. Po prostu dialog ekumeniczny XX wieku otworzył naszą wspólnotę na pewne praktyki, które istniały po stronie prawosławnej czy rzymskokatolickiej, a u nas były nieobecne – i vice versa. Na przykład w Szwecji mamy do czynienia ze zjawiskiem renesansu ikony. W wielu ewangelickich kościołach znajdziemy ikony, a obok nich świece modlitewne, zapalane w konkretnych intencjach, tak jak w prawosławiu. To dla wielu osób zupełny szok, że widzą w kościołach luterańskich ikonę i te wąskie świece wotywne… Odrodzenie spowiedzi usznej to rezultat tego samego procesu.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, jesień 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, jesień 2017

Kwartalnik „Więź”, jesień 2017: Polityka społeczna po 500+