„Demon” to film bezkompromisowy – albo go akceptujesz, albo odrzucasz. Taki był Marcin – mówił ks. Andrzej Luter w rozmowie z Katarzyną Jabłońską.

Ksiądz: „Samotny wilk” – tak nazywał Marcina Wronę profesor Tadeusz Lubelski, u którego studiował filmoznawstwo, zanim zdecydował się na reżyserię. Znałem Marcina osiem lat, był sympatycznym i dobrym człowiekiem. Wysoki, prawie dwa metry wzrostu, niedoszły koszykarz, zawsze robił wrażenie człowieka zagubionego. Nadwrażliwy, jakoś bezbronny, zwracał uwagę ekscentrycznym wyglądem – jako student często zmieniał kolor włosów, dbał o fryzurę, chodził najczęściej w czarnej skórzanej motocyklówce, jak Marlon Brando w filmie „Na nabrzeżach” Kazana. Na ulicy zarzucał na głowę ciemny kaptur, który dodawał mu tajemniczości. Choć przekroczył czterdziestkę, wciąż przypominał młodego zbuntowanego chłopaka. Trudno się pogodzić z jego tragiczną śmiercią.

Kobieta: Zrealizował zaledwie trzy filmy fabularne, ale są to obrazy, przez które przebija intensywna osobowość twórcza; filmy świadczące o tym, że był jednym z tych wybrańców losu, którzy obdarzeni zostali talentem. A talent kosztuje. Trzeba czasem niemałej siły, aby go udźwignąć, zarówno wtedy, kiedy przynosi ze sobą sukces, jak i wtedy, kiedy dzieła tego talentu są nierozumiane i niedoceniane. Nie wiem, czy świadomie, ale opowiedział o tym – niejako mimochodem – w swoim pełnometrażowym debiucie, „Moja krew”, z Erykiem Lubosem w roli głównej. To historia Igora, zawodowego boksera, który odniósł w sporcie spory sukces, nie tylko dzięki ostremu treningowi, ale właśnie również dzięki talentowi.

Ksiądz: Chcesz powiedzieć, że ten sukces mocno uderza bohaterowi „Mojej krwi” do głowy? Ale przecież rzeczywistość dość szybko sprowadza go do pionu. Igor doznaje ciężkich obrażeń, co sprawia, że nie tylko musi pożegnać się ze sportem, ale dodatkowo wszystko wskazuje na to, że zostało mu niewiele życia. Początkowo pogrąża się w nocnym, knajpianym i klubowym, życiu. Postanawia jednak zerwać z tym i coś po sobie pozostawić – tym czymś ma być dziecko.

Kobieta: Dobrze to, Andrzeju, ująłeś: coś, czyli dziecko, które ma nadać sens dość pustemu i nieoczekiwanie zagrożonemu życiu Igora. Dziecko potraktowane jako „coś” budzi mój absolutny protest. Nic, nawet groźba bliskiej śmierci nie daje nam prawa, aby drugiego człowieka – w tym wypadku dziecko i jego matkę – traktować jako środek do celu, jak zamierza to początkowo zrobić Igor. A konkretnie wygląda to tak: Igor prowadzi przypadkowe życie erotyczne, nie ma narzeczonej, więc aby móc zostawić po sobie dziecko, desperacko szuka tej, która mu je urodzi. I tu – uwaga – zaczyna od kobiety, która jakiś czas temu zaszła z nim w ciążę, ale wtedy on dziecka nie chciał i kobieta dokonała aborcji. Dodajmy, że to dziewczyna jego najlepszego przyjaciela. Igor szuka dalej, bo czas nagli. Znajduje – poszczęściło mu się. Szybko i brutalnie zabiera się do dzieła…

Ksiądz: Oj, Kasiu, ale jesteś cięta – i ta ironia!

Kobieta: Zarówno Igor, jak i Michał z „Chrztu” to bohaterowie, którzy stawiają mnie, widza, w bardzo trudnej i niewygodnej sytuacji. Powinnam im współczuć, obaj stoją przecież w obliczu nieuchronnej śmierci. Jednak sposób, w jaki chcą tej sytuacji sprostać, budzi mój radykalny sprzeciw. Współczucie schodzi na dalszy plan, bo wszystko we mnie protestuje wobec faktu, że bezpardonowo programują życie innych ludzi, absolutnie ignorując ich pragnienia i uczucia. To jest jak brutalny gwałt. Obaj są jak karykatura Boga – wiedząc lepiej, co jest dla człowieka dobre, odbierają mu prawo wyboru. Koszmar.

Ale jak to zostało pomyślane i pokazane! Bohater „Mojej krwi”, znakomicie zagrany przez Eryka Lubosa, to odpychający brutal; przypominający rozjuszone zwierzę, ale bywają przecież momenty, kiedy odsłania się jego zabetonowana dotąd bezbronność, a do głosu dochodzi głód autentycznej miłości. I, co najważniejsze, te skrajności układają się w spójną całość. Podobnie jest z Michałem – Wojciech Zieliński stworzył postać wielowymiarową: namiętnie i czule kocha żonę, tkliwie synka, ale w chwilach wściekłości odzywa się w nim niepokojąca bezwzględność. Jasne, ujawnia się ona w momentach zagrożenia, stanowi ujście trudnych emocji, towarzyszących życiu w nieustannym napięciu – to wyjaśnienie wydaje się jednak niewystarczające. Marcin Wrona traktuje swoich bohaterów bardzo serio, co znaczy również i to, że ujawnia ten mroczny cień, który jest w każdym człowieku. I każe zarówno swoim bohaterom, jak i nam, widzom, zmierzyć się z nim. Sytuacja bohaterów „Chrztu” jest tu szczególnie trudna, bo układ ze złem, w który kiedyś weszli, nie został anulowany, choć Michał włożył wiele starań w to, aby tak się stało.

Ksiądz: Zupełnie inaczej odbieram filmy Marcina. Na przykład „Chrzest” był dla mnie olśnieniem. Marcin Wrona wyraźnie nawiązuje w nim do opowiadania o Kainie i Ablu, w które wprowadza rycina Albrechta Dürera, pojawiająca się na początku filmu. Księga Rodzaju opisuje akt bratobójstwa niezwykle przejmująco. Oto Abel po pierwszym ciosie zachwiał się, a potem odwrócił twarz i z wyrazem bólu, rozpaczy i zdumienia spojrzał w oczy bratu. Ta bratobójcza zbrodnia to rodzaj memento, że ów mroczny cień zła, o którym mówiłaś, Kasiu, jest w nas – na szczęście w głównych warstwach uśpiony. To nasz wewnętrzny wulkan, nieczynny, ale zawsze mogący wybuchnąć. Sytuacja, w jakiej znalazł się Michał, powoduje, że wulkan się budzi. Budzi się w Michale, ale też i w Janku – świetna rola Tomasza Schuchardta – bo „Chrzest” to historia dwóch przyjaciół. Mają za sobą mroczną przeszłość. Michał ułożył sobie życie: żona, dziecko, dobrze prosperująca firma, komfortowe mieszkanie. Ten rodzinny ład zakłóca właśnie Janek – przyjechał wprawdzie na prośbę Michała, ma zostać ojcem chrzestnym jego synka, ale początkowo wydaje się irytująco niedojrzały. Michał widzi w nim również kogoś, kto zaopiekuje się jego rodziną. Przeszłość bowiem upomina się o Michała – wspólnicy przestępstwa nie mają zamiaru darować mu zdrady, której dopuścił się wobec nich. Chociaż Michał płaci naznaczony przez gang wysoki haracz, to wiadomo, że pieniądze – które za moment się skończą – nie uregulują „długu”. Wymyśla więc iście szaleńczy plan, w którym najważniejszą rolę do odegrania ma Janek.

Kobieta: Plan jak z antycznej tragedii i spełniający się – w pewnym sensie – właśnie jak w antycznej tragedii, czyli z naddatkiem. Janek, któremu Michał wyznaczył rolę męża swojej żony i ojca swego synka, odegra jeszcze jedną rolę – tę z biblijnej opowieści o Kainie i Ablu.

Ksiądz: W „Chrzcie” opowiedziano o zbrodni niemal dokładnie oddającej biblijny zapis, a bohaterowie filmu są braćmi w emocjonalnym sensie tego słowa. W filmie pojawia się również to ostatnie spojrzenie Abla – pełne rozpaczy, a może wyrzutu, szczęścia? Patrząc na tę scenę można pomyśleć, że erupcja owego uśpionego w człowieku wulkanu zła jest w tym wypadku bardzo silna. Ale taka interpretacja byłaby zbyt prosta. Może to nie tak, może dobrze się stało, może Kainowy cios pozwolił uniknąć filmowemu Ablowi kaźni po stokroć gorszej? „Chrzest” to przecież przejmująca opowieść o miłości i przyjaźni.

Kobieta: Zgoda, ale też opowieść o potężnej sile zła, które ma tu twarz Adama Woronowicza. Jego bohater, szef gangu, to budząca najprawdziwszą grozę bestia ludzka. Jeśli można mówić o natężeniu zła w człowieku i świecie, to zło, które uobecnia się w bohaterze Woronowicza i jego działaniach, wydaje się rodem z otchłani piekła i jest dowodem na to, że piekło rzeczywiście istnieje. Nie ma w nim najmniejszej nawet szczeliny, przez którą mógłby przedrzeć się choćby okruch dobra. Scena linczu na jednym z dłużników dokonywana – na jego oczach – przez członków gangu jest trudna do wytrzymania. Wprawdzie nie byłam w stanie obejrzeć jej do końca, ale i tak towarzyszące jej napięcie odczułam w sposób także fizjologiczny: ledwie powstrzymałam wymioty.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że takiemu złu można przeciwstawić jedynie zło, czy – jak lubimy je nazywać – mniejsze zło. Rzeczywiście wydaje się, że los Abla jest mimo wszystko lepszy niż dłużnika szefa gangu. Czy jednak to mniejsze zło również kiedyś nie upomni się o swoje, zwłaszcza że będzie musiało pozostać mroczną tajemnicą Janka? Po tym, co się stało, trudno wyobrazić sobie ciąg dalszy życia jego i bliskich Michała.

Ksiądz: Ich życie bez łaski jest rzeczywiście trudne do wyobrażenia. Nie chcę niczego rozmiękczać ani upiększać. Jeśli mówię o łasce, to tylko dlatego, że w „Chrzcie” w jakiś podskórny sposób jest ona obecna. Miłość Michała do żony i synka wydaje mi się tak silna jak śmierć. Silna jak śmierć jest też przyjaźń Michała i Janka. No i jest jeszcze tytułowy chrzest. Scena udzielenia sakramentu, wprowadzającego niemowlę w świat chrześcijański, to nie tylko zwykły obrzęd. Wrona mówił w wywiadach: „Chrzest to także inicjacja, moment, w którym człowiek przechodzi z jednego etapu w drugi”. Ta scena wyrzeczenia się zła i szatana, żeby nas grzech nie opanował, sprawia wrażenie, jakby bohaterowie filmu nie chcieli pozwolić, aby Bóg umarł w ich pragnieniach i uczynkach. Wydaje mi się, że uczestnicząc w tym obrzędzie, i Michał, i Janek próbują ratować swoje człowieczeństwo.

Kobieta: Scena chrztu jest przejmująca. Historia bohaterów rozpisana została na siedem dni tygodnia – niedziela, dzień chrztu, przybliża nas do finału. Obrzęd chrztu wprowadza jasny ton w tę pełną mroku i psychologicznej grozy opowieść. Tyle że zło, które gra tu jedną z głównych ról, nie zwalnia kroku. Na ceremonii obecny jest też szef gangu, on również swoim aksamitnym głosem „wyrzeka się” zła i grzechu. Ale jasne jest, że to tylko ciąg dalszy okrutnej gry, którą prowadzi z Michałem i Jankiem.

Ksiądz: Bo też czego mógłby wyrzekać się szatan? Zemsty? To niemożliwe. Więc może wyrzeka się wszystkiego, co ludzkie. Zło musi zatriumfować! I tak Kain – zaszczuty przez zło – zabija to, co Bóg kocha, i to, co on sam kocha. Nie ma w tej historii prostych i łatwych rozwiązań. Zapętlenie, matnia. Jak wybrnąć, uciec, zmienić swój los? I czy to w ogóle możliwe? Chociaż widzę w „Chrzcie” hymn na cześć miłości, rodziny i przyjaźni, które przedstawione są tu jako dobro, dla którego można nawet poświęcić życie, nie zamierzam na siłę chrzcić tego filmu. Końcowa scena pozostawia niepokój, że dobro tu nie ocaleje. To był wielki problem Marcina: pytanie, czy dobro w konfrontacji ze złem, złem totalnym, może mieć szansę na wygraną.

Wiele wyjaśnia jego ostatni obraz, „Demon”, film znakomity, a nawet wybitny. Widziałem go już kilka razy i niezmiennie fascynuje mnie ta dybukowa wizja. Wyróżniony na festiwalu w Toronto, zwycięzca festiwalu w Hajfie, zebrał znakomite recenzje w USA, ale na ostatnim festiwalu w Gdyni nie dostał żadnej nagrody. W „Demonie” Wrona nawiązuje do mitu żydowskiego dybuka, tytuł jest więc trochę mylący. Reżyser pozwala, aby ten film każdy mógł przeczytać po swojemu. Miesza filmowe gatunki: horror, thriller, absurd, groteskę, jest tu nawiązanie do filmów o egzorcystach, a przede wszystkim do „Lśnienia” Kubricka, pierwsza scena filmu przypomina „Szczęki” Spielberga. Znajdziemy też w „Demonie” tropy Wesela Wyspiańskiego, nieporozumieniem jest natomiast szukanie tu związków z „Weselem” Smarzowskiego – jedynym podobieństwem jest to, że akcja „Demona” dzieje się na wiejskim weselu. Uwielbiam takie pomieszanie gatunków.

Kobieta: A mnie w „Demonie” to pomieszanie gatunków przeszkadza – sprawia, że nie mogę wejść w tę opowieść, zbliżyć się do jej bohaterów. W odróżnieniu od Ciebie, Andrzeju, widzę też ewidentne nawiązania nie tylko do dramatu Wyspiańskiego, ale i do „Wesela” Smarzowskiego. Odnotujmy również oczywiste związki „Demona” z „Dybukiem” Szymona An-skiego, zwłaszcza że opowiedziana przez Marcina Wronę historia to w dużej części właśnie opowieść o znanym w żydowskim mistycyzmie i folklorze zjawisku zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha – dybuka – zmarłej osoby, która nie może zaznać spoczynku.

Odbieram „Demona” jako dziwną hybrydę, owszem, w jakimś sensie ciekawą, ale pozostawiającą mnie emocjonalnie obojętną. Właściwie nie wiem, o czym ten film jest. Niesie w sobie potencjał na kilka opowieści, ale sam składa się z tak porwanych i przemieszanych fragmentów, że – choć próbuję i bardzo bym chciała – nie potrafię ułożyć z nich całości.

Ksiądz: No to widzę, że co do „Demona” nie będzie między nami żadnego porozumienia. Dla mnie ten film był ogromnym przeżyciem emocjonalnym, każda jego postać fascynuje swoją tajemnicą, to są mistrzowsko skonstruowane figury, na przykład „Ronaldo” – grany przez Tomasza Ziętka – trochę jakby na uboczu, a w końcówce najważniejszy.

„Demon” to film bezkompromisowy – albo go akceptujesz, albo odrzucasz. Taki był Marcin. Powiadasz, Kasiu, że nie wiesz, o czym ten film jest. Doprawdy? Sam czytam go jako opowieść o gniewie, o irracjonalnej nienawiści do wszystkiego, i w tym sensie nabiera aktualności. Dybuk, ów żydowski demon – jak pokazuje finał filmu – nie będzie nikogo ścigał. Przeszłość, jaka w Polsce po ostatniej wojnie została po Żydach, zostaje amputowana, rozmywa się w niepamięci i pustce. I przestaje kogokolwiek uwierać. „Wszystko było halucynacją” – mówi ojciec panny młodej i może to jest największe zwycięstwo polskiego demona. Stary Żyd wspomina co prawda tamten świat, którego już nie ma. Ale to był jego świat. Hana, piękna młoda Żydówka, która wciela się jako dybuk w pana młodego, to jego sąsiadka z czasów młodości, z czasów, kiedy Polacy i Żydzi mieszkali w jednym miasteczku, na tej samej ulicy, a niekiedy w jednej kamienicy. Są to jednak tylko wspomnienia, które nikogo nie obchodzą. Jest tylko jedna osoba, która nie chce zapomnieć – to panna młoda. Dziewczyna opuszcza rzeczywistość, która jest „imaginacją”, i to ona przechowa na kolejne pokolenia pamięć o zaginionym świecie. Na tym polegało jej „wesele”. To nie jest film o łajdakach, jak u Smarzowskiego. Marcin pokazał „polską imaginację”. Jeśli już z czymś porównywać „Demona”, to tylko z Wyspiańskim.

Reżyser mówił: „Chciałem zrobić film, który próbuje pokazać świat duchowy bez efektów specjalnych, trików, sztuczek, ale używając energii aktorów. Czym jest dybuk? Czy to rodzaj traumy, czy pomost łączący przeszłość z teraźniejszością, a może wyrzut sumienia? […] Jestem obsesyjnie wkręcony w ten film, nie sypiam po kilka dni”. Ta jego energia udzieliła się również aktorom – znakomite kreacje stworzyli w „Demonie” Itay Tiran z Izraela, Adam Woronowicz, Andrzej Grabowski, Agnieszka Żulewska i dawno nieoglądany na dużym ekranie Włodzimierz Press. Również role Tomasza Schuchardta, Tomasza Ziętka i Cezarego Kosińskiego zapadają w pamięć. „Demon” to dzieło spełnione.

Kobieta: Mimo że nie podzielam, Andrzeju, Twego entuzjazmu wobec „Demona”, to doceniam zdjęcia Pawła Flisa, pewne pomysły i pojedyncze sceny – choćby tę końcową, w której panna młoda i wdowa w jednej osobie, teraz już w czerni, odpływa promem z miejsca tragedii. Mówiłeś, Andrzeju, wcześniej, że Marcin Wrona zmagał się z problemem zła…

Ksiądz: …w jednym z wywiadów mówił, a właściwie pytał: „Zło jest pociągające?”.

Kobieta: Ale przecież jego wcześniejsze filmy: „Moja krew”, „Chrzest”, a w pewnym sensie i krótkometrażowy (autobiograficzny) „Człowiek magnes” to opowieści, w których zło odpycha, a nie pociąga. W „Demonie” jest w pewien sposób fotogeniczne i w zamierzeniu miało być chyba rodzajem mistycznej tajemnicy. Ale czy jest pociągające?

Zmarły w zeszłym roku Krzysztof Krauze, który w swoich znakomitych filmach – „Długu” i „Placu Zbawiciela” – również drążył temat zła, w pewnym momencie doszedł do wniosku, że trzeba zacząć opowiadać o tym, co dobre i jasne. Z tego pragnienia wzięły się, zrealizowane wspólnie z żoną, Joanną Kos-Krauze, boleśnie piękne „Mój Nikifor” i „Papusza”. Być może przykład Krzysztofa Krauzego wzniecił we mnie oczekiwanie na to, że w swojej dalszej, tak ciekawie przebiegającej drodze artystycznej, i Marcin Wrona zechce dokonać takiego zwrotu. Jego filmy, w których z taką odwagą zaglądał w twarz złu, obiecywały, że z podobną determinacją zechce kiedyś zająć się dobrem. Tyle że tej dalszej drogi, niestety, już nie będzie.

Ksiądz: Ależ Marcin zajmował się dobrem, i to z determinacją. Pokazywał przecież zło nie po to, żeby nim epatować. Dobrze Kasiu, że chociaż doceniłaś zdjęcia Pawła Flisa. Niech każdy nasz czytelnik pójdzie sam na „Demona” i go oceni.

Rozmawiali Katarzyna Jabłońska i ks. Andrzej Luter. Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 4/2015, w cyklu „Ksiądz z kobietą w kinie”.