Co kazało autorowi właśnie wówczas, gdy katastrofa była na progu, wystąpić z tym wierszem? Zbyt małą wagę przywiązujemy do profetycznej siły poezji.

Dlaczego ten właśnie wiersz Poety wydaje mi się najbliższy, najbardziej mój własny, przyswojony? Na tego rodzaju pytania nie mamy nigdy zadowalającej odpowiedzi: nasz kontakt z poezją musi być w swym elementarnym wymiarze nie tylko intymny, lecz i dla nas samych tajemniczy.

Przychodzi co prawda i czas analiz, próby odnalezienia ukrytej formuły magicznej wiersza i przetransponowania na język racjonalny. Są to usiłowania zawsze w ostatecznym swym rezultacie jałowe – nie wyrzekłbym się ich przecież za nic: dopiero po nich wiersz poety staje się naprawdę „mój” – choć wiem, że wybrałem go sobie już przy pierwszej lekturze i przy pierwszym olśnieniu. Dla mnie w całej twórczości Antoniego Słonimskiego takim najbardziej niewytłumaczalnie moim własnym przeżyciem jest „Dwugłos o wiośnie”.

Ciekawe miejsce zajmuje ten utwór w dorobku autora „Rozmowy z gwiazdą”. W wyborze z roku 1965, złożonym z trzech części: „Młodość górna” – „Wiek męski” – „Wiek klęski”, których tytuły tworzą łącznie tytuł zbioru – „Dwugłos o wiośnie” – zamyka część pierwszą. Następnym wierszem, oddzielonym jednak przedziałem segmentującym tom, jest słynny „Alarm”.

Maestria, z jaką regularność utworu została zamaskowana, jest niezwykła

Cóż za dramatyczna granica! Obydwa utwory noszą tę samą historyczną datę: 1939. rok, w którym zawaliło się wszystko – nie tylko dopiero co odzyskana niepodległość, lecz również i dotychczasowa mentalność, przynajmniej tu, u nas, w środkowowschodniej Europie. Było to porażenie ogromem zbrodni, nabycie zaskakującej świadomości, że zbrodnia może być nie tylko dewiacją, lecz również samym rdzeniem i istotą systemu społecznego, odkrycie związku masowej zbrodni na ciałach i masowej zbrodni na umysłach: propagandy, indoktrynacji, masowego kłamstwa. W jakim stopniu weszliśmy w tę epokę przygotowani do tego, co niosła z sobą? Całościowo, generalnie – chyba prawie zupełnie nieprzygotowani, choć nie brak było głosów ostrzegawczych, a nawet intelektualnych analiz, nigdy jednak nieogarniających całości  nadchodzącej grozy.

Jednym z najważniejszych artystycznie ostrzeżeń był „Dwugłos o wiośnie”. Jak prawie zawsze – dopiero później w pełni zrozumiały. Tak zresztą musi być z poezją: zbyt jest niejednoznaczna i irracjonalna – by mogła zastąpić publicystykę (jeśliby chciała to zrobić – pewnie przestałaby być poezją), zarazem jednak nieporównywalna z niczym w swym niekiedy osiąganym symbolicznym i metaforycznym jasnowidzeniu, pozwalającym psychicznie być bardziej przygotowanym na przyjęcie przyszłości. Kto wie, czy to właśnie nie jest jedną z podstawowych i niezbywalnych funkcji poezji, jej głębokim sensem w planie życia zbiorowego?

„Głos ojca” i „Głos syna”, z których składa się „Dwugłos”, stanowią ostry kontrast. „Belle époque”, naiwnie zadowolona z siebie, na ogół wolna od przeczuć, że stąpa po wulkanie historii, i bliski już katastrofy, zarazem zaś pełen profetycznych lęków i koszmarnych snów czas lat trzydziestych, wychylony ku temu, co miało nadejść. „Belle époque” – lekka, optymistyczna, żartobliwa, patrząca w przyszłość „jak przez szkiełka różowe”, nie zasadnicza i nawet wobec śmierci niepoważna („Wiejąc chłodem kościelnym / Albo siarką piekielną, / Spacerować milcząco po mieście” – to przecież żartobliwa ironia, dzięki której łatwiej ocalić witalistyczną wiarę w czas, kiedy „wiosną wyfruną gołębie”). „Belle époque” to co prawda vers libre – lecz przecież tego śpiewnego, tego estradowego prawie, vers libre, opartego o dominację jednego metrum, którym jest tu prawie bezwyjątkowo tok anapestów (co trzecia sylaba obdarzona mocnym akcentem).

Maestria, z jaką ta regularność została zamaskowana, jest zresztą niezwykła i trzeba mieć ucho wprawne w analizach wersyfikacyjnych, by wykryć przyczynę narzucających się przy lekturze regularności w pozornie chaotycznej mieszaninie wersów. Wiążą tę strukturę rymy, często oddalone, lecz zawsze wyraźne, nawet wówczas, gdy nie są rymami dokładnymi.

Katastroficznym, kontrastowym dysonansem wobec „Głosu ojca” jest „Głos syna”. Tu śmierć jest prawdziwa, i to taka, jaką znamy z lat, które nadeszły już w parę miesięcy po dacie publikacji wiersza. Ciekawe, że gdy w lipcu 1945 roku, a więc na zakończenie wojny, napisał Wittlin swój przejmujący wiersz „Na swojską nutę” – śmierć polskiego żołnierza skojarzyła mu się obrazowo z gnijącymi w polu liśćmi – tak samo jak tu Słonimskiemu: „Kolor liści przegniłych jak dymna zasłona”. To obraz i barwa ekshumacji („Pierś moja jest szara jak ziemia” – czytamy tuż obok). Zarazem jednak ta naturalistyczna niemal śmierć przedstawiona została w fantastycznej scenerii apokaliptycznej:

Po oceanach płyną znów lodowe góry
Pokryte zwierzem morskim odwiecznym,
Wężami i ichtiozaurami

Niezwykłe zjawiska przyrody, potwory, fantastyczny kostium z Boscha („ramiona obarczone stalą zieloną”) itd. – tymi wszystkimi elementami, nie po raz pierwszy zresztą, wpisuje swój wiersz Słonimski w orbitę katastrofizmu, od końca XIX wieku nurtującego literaturę polską, ze szczególną siłą przed drugą wojną światową.

Słonimski wpisuje wiersz w orbitę katastrofizmu

Nie do poetów należy diagnoza społeczna i prognoza, niemniej to oni przede wszystkim swym poetycko artykułowanym lękiem z czułością barometru reagowali na kryzys zachodnioeuropejskiej cywilizacji, na zagrożenie tradycyjnego w naszym kręgu kulturowym świata wartości przez faszyzm, na grozę totalnej wojny. Co kazało autorowi „Dwugłosu o wiośnie” właśnie wówczas, gdy katastrofa była co prawda na progu, lecz zarazem z każdym tygodniem wzrastała optymistyczna euforia szykującego się do obrony narodu, wystąpić z tym wierszem? Zbyt małą wagę przywiązujemy do profetycznej siły poezji.

Ciekawe, jak bardzo zmienia się wersyfikacja „Głosu syna” w stosunku do „Głosu ojca”. Wkrótce po wojnie zdobył sobie znaczną popularność argument, iż formy proponowane przez Awangardę są adekwatniejsze do zjawisk współczesnego nam świata, niż tradycyjne, że groza, chaos, etc. nie są do wyrażenia tradycyjnymi metodami. Że coś w tym jest – widać tu właśnie. „Głos syna” bardzo daleki jest od lekkiej, rytmicznej śpiewności „Głosu ojca”.

Zbudowany na dłuższych wersach, bardzo skąpo posługujący się rymem (zresztą chętniej asonansem niż pełnym rymem) wiersz ten chwilami zbliża się do prozy, przełamując ekspresywnie wszelkie możliwe współbrzmienia z kontekstem właśnie tam, gdzie następują obrazy szczególnie istotne dla atmosfery grozy i katastrofy. Trudno sobie wprost wyobrazić większe sfunkcjonalizowanie wersyfikacji, niż zaprezentowane w tym wierszu. Każdy wers, każdy rym – i każdy rymu brak biorą udział w tej katastroficznej konstrukcji, którą zamyka dziwne wyznanie wiary w pokoleń obcowanie:

Piachem, gliną, grudą ziemi
razem, ojcze, przysypani,
razem, ojcze, przywaleni!

– wyznanie wiary mimo wszystko i wbrew logice wiersza zawierające w sobie jakiś zalążek odradzającej siły, jakąś wiarę w zmartwychwstanie.

Tekst pochodzi z drugiego tomu „Słów i myśli” Jana Józefa Lipskiego, wydanych w wydawnictwie „Więź” w 2009 roku.