Jeśli ktoś blokuje legalny marsz, to policja ma wręcz obowiązek (bez zbędnej agresji) wynieść go z trasy przemarszu. Tak było podczas parady równości. Tak samo może być podczas miesięcznicy smoleńskiej.

Wszystko wskazuje na to, że poniedziałek otworzy kolejny etap wojny polsko-polskiej. Przy Krakowskim Przedmieściu, na trasie (zapewne większej niż zwykle) manifestacji związanej z kolejną miesięcznicą smoleńską, ustawi się (również znacznie liczniejsza niż dotąd) kontrmanifestacja przeciwników PiS. A wszystko za sprawą Lecha Wałęsy i Władysława Frasyniuka, którzy zapowiedzieli udział (Wałęsa jednak nie przybędzie – jest w szpitalu) w tej drugiej demonstracji i zaapelowali do Polaków o liczny w niej udział. Przy całym szacunku dla obu legendarnych działaczy opozycji, nie podoba mi się takie zwalczanie legalnego zgromadzenia i nie widzę powodów, dla których ktokolwiek miałby to robić. 

Dlaczego blokowanie legalnych manifestacji ma być wyrazem walki o demokrację?

Zdecydowanie odrzucam to, co w większości dziedzin życia w Polsce robi PiS. Ale nie rozumiem, dlaczego w wolnym kraju zwolennicy tej partii mają nie mieć moralnego prawa do organizowania miesięcznic. I dlaczego blokowanie tych legalnych manifestacji ma być wyrazem walki o demokrację. Nawet jeśli twarzami tej akcji są Lech Wałęsa i Władysław Frasyniuk.

Jeśli ktoś blokuje legalny marsz, to policja ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek (bez zbędnej agresji) wynieść go z trasy przemarszu, umożliwiając tym samym odbycie legalnej manifestacji. Wiem to z własnego doświadczenia, gdyż w tym roku uczestniczyłem w dwóch manifestacjach ideowo odległych od PiS-owskich miesięcznic.

Chodzi o marsz równości w Gdańsku oraz paradę równości w Warszawie. W obu przypadkach przedstawiciele skrajnej prawicy próbowali zakłócić naszą demonstrację, blokując trasę przemarszu (dokładnie tak, jak Obywatele RP blokują teraz miesięcznice). I w obu przypadkach podległa PiS-owi policja usuwała kontrmanifestantów z trasy przemarszu, umożliwiając środowiskom LGBT oraz ich sojusznikom przejście w manifestacji. W Gdańsku policja była mniej udolna, w mojej ocenie niepotrzebnie demonstrowała siłę, ale mimo wszystko udało jej się zapobiec aktom fizycznej agresji. W Warszawie akcja usuwania neofaszystów przebiegała wzorcowo: bez zbędnej manifestacji siły, w dobrym porozumieniu z organizatorami, z widoczną życzliwością dla uczestników parady.

Generalnie podczas obu wspomnianych imprez organizatorzy skorzystali z przyjętej przez PiS ustawy uniemożliwiającej organizowanie dwóch manifestacji w tym samym miejscu. Przypomnę, że zgodnie z aktualnym prawem zorganizowanie kontrmanifestacji jest nadal możliwe, ale w odległości co najmniej 100 metrów. Jest to rozwiązanie kontrowersyjne, ma swoje wady, ale – jak się okazuje – ma też zalety. I nie wydaje mi się, że jest ono jednoznacznie antydemokratyczne.

Nowa ustawa zawiera też, oczywiście, inne przepisy, które budzą większe wątpliwości z punktu widzenia praw człowieka. Ewidentnie została skrojona pod potrzeby PiS. Ale niezależnie od tego trzeba docenić, że policja identycznie traktuje paradę równości, jak miesięcznicę smoleńską. Tak powinno pozostać. Nie wyobrażam sobie, żeby funkcjonariusze oceniali ideologicznie, którą manifestację chronić, a której nie. 

Zdecydowanie sprzeciwiam się logice, że jedni mają prawo manifestować, a inni nie. I że jedne manifestacje można blokować, a inne nie. Oczywiście, wiem, że blokowanie manifestacji ma długą tradycję i jakoś mieści się w regułach demokracji. Ale niech blokujący się nie dziwią, że zgodnie z przepisami są później usuwani przez policję.

Dzisiaj – w obliczu psucia państwa prawa oraz obniżania standardów demokracji i ochrony wolności obywatelskich – to właśnie strona broniąca tych standardów powinna powtarzać za Wolterem: „Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił Twego prawa do ich głoszenia”.