Kampania „Przekażmy sobie znak pokoju” to nie była wystawa sztuki abstrakcyjnej. Patron medialny bierze współodpowiedzialność także za przekaz ideowy. A ten był niezgodny z nauczaniem Kościoła.

Tuż po wakacjach 2016 roku „Więź” znalazła się na ustach wszystkich. Chyba pierwszy raz w historii pisma jej działanie zostało wprost odnotowane przez Prezydium Konferencji Episkopatu Polski. Powinienem się cieszyć. Ale jakoś się nie cieszę.

Udział pisma w akcji „Przekażmy sobie znak pokoju” miał charakter dwojaki, i takież będą moje uwagi. Jedna kwestia to patronat medialny nad całością, druga to wypowiedź Kasi i Czarka w ramach tego przedsięwzięcia.

Patronat, czyli odpowiedzialność

Nieprzypadkowo napisałem „patronat medialny nad całością”. Wiem, że – formalnie rzecz biorąc – patronat dotyczył jedynie akcji plakatowej, a nie nagranych wypowiedzi. Nie mogę jednak pojąć, jak ktoś tak świetnie jak Ty, Zbyszku, orientujący się w medialnych mechanizmach mógł nie zauważyć, że w tego rodzaju działaniach takie subtelne rozróżnienia nie mają znaczenia. Takie akcje nie służą precyzyjnemu ważeniu racji – mają być mocnym sygnałem, jak najszerzej odebranym.

Po pierwsze i najważniejsze – akcja składała się z dwóch części, nie można więc abstrahować od tej drugiej i nie zauważać, w czym się uczestniczy. Po drugie – zdystansowałeś się od nagranych wypowiedzi dopiero wówczas, gdy wybuchła afera. Po trzecie – gdybyś nawet zrobił to od razu, i tak nikt nie zwróciłby na to uwagi – i słusznie, zwłaszcza gdy w części nieobjętej formalnym patronatem pisma biorą udział jego redaktorzy!

Patronat medialny, zwłaszcza w przypadku działań o wyraźnym sensie ideowym, oznacza przyjęcie odpowiedzialności. Akcja „Przekażmy sobie znak pokoju” to nie był koncert kameralny ani wystawa sztuki abstrakcyjnej. W przypadku działań asemantycznych ich patron bierze odpowiedzialność najwyżej za poziom artystyczny. Gdy chodzi o idee – współodpowiedzialność obejmuje przekaz ideowy.

Przekaz wypowiedzi nagranych dla potrzeb akcji jest jasny: nauczanie Kościoła w kwestii homoseksualizmu jest niesłuszne, krzywdzące dla osób o takich skłonnościach. Jedni formułują to mocniej, inni słabiej, ale przekaz jest jednoznaczny. Literalnie nikt nie odwołuje się pozytywnie do nauczania Kościoła. Jedyne odniesienia do Katechizmu to lekceważąco-drwiąca wypowiedź Zuzanny Radzik i jednoznacznie krytyczna Czarka.

Problem nie w tym, że osoby homoseksualne deklarujące się jako wierzące traktują nauczanie ich Kościoła krytycznie albo per non est. Dialog z definicji zakłada różnicę stanowisk – inaczej nie ma racji bytu. Problem w tym, co mówią przedstawiciele kręgów deklarujących się jako katolickie, w tym także „Więzi”, która – chyba jako jedyna ze środowisk uczestniczących w akcji – odwołuje się skądinąd do pojęcia ortodoksji.

Nie ma dialogu bez tożsamości

W redakcyjnej odpowiedzi na reakcje na „Znak” jest mowa o niestawianiu warunków wstępnych. Rzecz w tym, że każdy dialog ma jeden warunek wstępny: tożsamość jego uczestników. Mówił o tym w Krakowie papież Franciszek, na którego tak chętnie się powołujecie. Dialog stron przechodzących do porządku dziennego nad swą tożsamością jest równie pozbawiony sensu, co dialog z kimś, kto myśli to samo.

Owszem, bez warunków wstępnych można bronić kogoś krzywdzonego. Jak rozumiem, taka była perspektywa redakcji. Jednak to, w czym „Więź” wzięła udział, nie było prostym wezwaniem do wyciągnięcia ręki do ludzi, którzy bywają krzywdzeni także przez katolików. Druga strona zadbała o wyrazisty, sprzeczny z nauczaniem Kościoła przekaz ideowy. Strona katolicka to częściowo poparła.

Tęczowa opaska na ręce nie jest symbolem osób homoseksualnych, ale ruchu gejowskiego

Dobrze, że chociaż w oświadczeniu redaktorów naczelnych pism zaangażowanych w akcję znalazło się pozytywne odniesienie do nauczania Kościoła. Trudno jednak nie dostrzec jego osobliwej formy, sprawiającej wrażenie dobrej miny do złej gry. Trudno nie dostrzec, delikatnie mówiąc, sporego napięcia między deklaracją „pełnej zgody z Magisterium i reprezentującymi je biskupami” a treścią akcji, której dotyczą.

I naprawdę nie chodzi tu o jakąś deklarację lojalności. Nauczanie Kościoła jest nie tylko nauką naszego Kościoła, choć już to by wystarczyło, by traktować je poważnie – jest w dodatku mądre i dobre. To naprawdę wielka szkoda i strata, gdy podajemy je w wątpliwość.

Konteksty kampanii

W całym tym przedsięwzięciu szalenie istotny jest kontekst. Otóż szerokim kontekstem jest toczący się w naszej cywilizacji, a właściwie w całym świecie, spór kulturowy. Świadomie nie nazywam go wojną, ale sporu można nie dostrzec, jedynie mocno zamknąwszy oczy na rzeczywistość. W interesującej nas dziedzinie spór dotyczy tego, czy homoseksualizm jest odstępstwem od normy, czy też tej normy częścią. Nasz Kościół opowiada się jednoznacznie po tej stronie sporu, która mówi: to nie jest norma. Człowiekowi mającemu te skłonności należy się szacunek, jak każdej ludzkiej osobie, ale pójście za tymi skłonnościami prowadzi do grzechu.

Kontekstem bliższym jest nasza własna odmiana tego sporu, toczącego się u nas właściwie od początku wolnej Polski. Organizator akcji – Kampania przeciwko Homofobii – jest wyrazistym rzecznikiem drugiej strony. Można jak najbardziej podejmować z nią wspólne akcje, ale z zachowaniem własnej tożsamości. W przeciwnym razie powstaje zamęt. Znak pokoju zamienia się w znak niepokoju.

Jak zresztą zauważył Tomek Terlikowski, tęczowa opaska na przegubie wyciągniętej do znaku pokoju ręki nie jest symbolem osób homoseksualnych, ale ruchu gejowskiego. Albo więc „Więź” wyciąga rękę do zwolenników gejowskiej ideologii – i wtedy zaznaczenie własnej tożsamości jest niezbędnym warunkiem dialogu. Albo też (świadomie lub nie – nie wiem, co gorsze) uznaje gejowskich ideologów za prawowitych rzeczników osób homoseksualnych, także tych, które wcale sobie tego nie życzą – i to jest już zupełnym nieporozumieniem, by nie rzec mocniej.

Krzyż czy natura

O ile patronat medialny jest działaniem w imieniu całej redakcji, o tyle Kasia i Czarek wypowiadają się w imieniu swoim, choć wspomniany już kontekst sprawia, że Wasze wypowiedzi nie mają jedynie charakteru prywatnego. Oczywiście, macie święte prawo mówić, co uważacie za słuszne. Nie zamierzam tego prawa kwestionować, tym bardziej że nie mam wątpliwości co do Waszych jak najlepszych intencji. Nie wątpię, że mówicie to, uważacie za słuszne. I właśnie dlatego bardzo mi smutno.

Dla osób dotkniętych krzyżem homoseksualizmu Kościół ma jedyną mądrą odpowiedź – ten krzyż trzeba nieść

Wasze pierwsze teksty na temat osób homoseksualnych – wynikające z Waszego ówczesnego do nich stosunku – ukazywały ludzi próbujących żyć zgodnie ze wskazaniami Kościoła. Udawało im się to raz lepiej, raz gorzej – jak nam wszystkim. Towarzyszyliście im na tej drodze. Pokazywaliście także osoby, które w swoim życiu ze spełniania wymagań stawianych przez Kościół zrezygnowały, na ogół po wewnętrznych zmaganiach. Wniosek z Waszych reportaży był jeden: zasadniczym problemem osób homoseksualnych są ich skłonności, a nie stosunek społeczeństwa czy Kościoła do nich. Nawet gdyby ludzie ci spotykali się z powszechną aprobatą, ich problem nie zniknie. Niosą go w sobie.

Pokazywaliście przekonująco, że te skłonności są ich krzyżem. A krzyż można albo przyjąć i nieść, albo – nie przyjąć. Tylko że on wtedy nie znika. Wleczemy go za sobą. Krzyż niesiony bywa przytłaczająco ciężki., wleczony jest jeszcze cięższy. Tyle że innego wyboru nie ma.

W tej perspektywie pytanie o to, skąd się biorą i czemu służą – w porządku metafizycznym – skłonności homoseksualne, jest równie źle postawione, jak pytanie o to, skąd i po co w naszym życiu cierpienie. Jest też równie nieuniknione. Chyba każdy takie pytanie stawia – i nikt nie uzyskuje na nie odpowiedzi, przynajmniej w tym życiu.

Teraz z tego, co mówicie, wynika, że nie tylko same skłonności homoseksualne, ale także pójście za nimi nie stanowi żadnego problemu. Życie osób homoseksualnych niczym w istocie ma się nie różnić od życia tych, którzy takich skłonności nie przejawiają – jedni i drudzy powinni żyć zgodnie z tym, jacy zostali stworzeni. Jedynym specyficznym problemem osób homoseksualnych miałoby być ich niewłaściwe traktowanie.

Mówisz, Kasiu, jak akceptacja życia zgodnego „z naturą” takich osób umożliwiła Ci prawdziwe z nimi spotkanie, na równej płaszczyźnie, bez wyższości i pouczania. Mówisz tak, jakbyś nie zauważała, że tym samym negujesz nauczanie Kościoła, który skłonności homoseksualnych nie uważa za zgodne, ale – przeciwnie, za sprzeczne z naturą człowieka.

Niesamowystarczalność

Zostaliśmy genialnie wymyśleni przez Stwórcę. Jesteśmy ludźmi albo jako mężczyźni, albo jako kobiety. Każde z nas – mężczyzna i kobieta – jest w pełni człowiekiem, zarazem żadne nie jest samowystarczalne. Potrzebujemy się wzajemnie. Najbardziej wyrazistym znakiem tej niesamowystarczalności jest to, że do powstania nowego człowieka konieczna jest współpraca kobiety i mężczyzny. W tym kryje się najgłębsza prawda o człowieku.

Homoseksualizm tej prawdzie zaprzecza. Dlaczego istnieje – tego nie wiemy i wiedzieć nie będziemy, jak w przypadku każdej innej formy krzyża. Dla osób dotkniętych takim cierpieniem Kościół ma jedyną mądrą, dobrą i prawdziwą odpowiedź – ten krzyż trzeba nieść. To bardzo trudne, ale innej drogi nie ma.

To właśnie mówiliście kiedyś swym homoseksualnym znajomym i przyjaciołom, towarzysząc im na ich drodze. Teraz mówicie im: nie przejmujcie się, żyjcie tak, jak zostaliście stworzeni. Tych, którzy próbowali z Bożą pomocą iść tą drogą, teraz zostawiacie, by nie rzec mocniej. Wy i Wasza przyjaźń nie jesteście im w stanie zastąpić Boga.

Mówicie im: żyjcie zgodnie z naturą, tak jak Wy teraz ją rozumiecie. A według Kościoła znaczy to: żyjcie w grzechu. Jak rozumiem, uznaliście teraz, że to nie grzech. Ja bardziej ufam Kościołowi niż Wam. Dlatego powtarzam: nie wspieracie swych przyjaciół, ułatwiacie im brnięcie w zło, w grzech. To nie jest dobra pomoc, niezależnie od Waszych intencji, choćby najlepszych.

Mówisz, Kasiu, że w homoseksualnych związkach swych przyjaciół dostrzegasz dobro. Ależ w nowych związkach heteroseksualnych, zbudowanych na gruzach małżeństwa, też zdarza się niewątpliwe dobro! Mąż, który porzucił żonę i dzieci, nieraz z wielką troską opiekuje się swą nową partnerką. Tylko że – bagatela – ten nowy związek opiera się na krzywdzie innych osób.

W przypadku związków homoseksualnych nie ma zwykle tego rodzaju krzywdy. Jest jednak zaprzeczenie prawdy o człowieku. To nie jest abstrakcja. Tej prawdzie – w tej i w innych dziedzinach – nie da się zaprzeczyć bez następstw. To tu leży źródło bólu, które niosą w sobie osoby dotknięte takimi skłonnościami. Kiedyś to chyba widzieliście – tak przynajmniej wynikało z Waszych wcześniejszych tekstów, które dziś traktujecie z takim lekceważeniem. Dziś temu zaprzeczacie.

Nasze nieuporządkowania

Przed kilku laty podczas spotkania w redakcji „Więzi” mądry człowiek, Joseph Weiler, odpowiadał także na Twoje, Zbyszku, pytanie o homoseksualizm. Powiedział, że on jako Żyd go odrzuca, bo tak mówi Pan w Torze. Jednak Żyd nie pyta, dlaczego tak się dzieje – on ufa Panu. Zarazem nie uważa, by Jego zalecenia miały charakter uniwersalny. „Ale Wy, katolicy, macie trudniej – mówił Weiler – by Wy macie prawo naturalne”. Znaczy to, że zalecenia Boga nie są arbitralne – są obiektywnie dobre i to dobro jest dostępne dla każdego mocą rozumu. To właśnie jest prawo naturalne.

Bardzo się cieszę, że nam jest trudniej. Dzięki temu możemy nieść tę prawdę i dobro, którą głosi nasz Kościół, do wszystkich, także tych, którzy nie dostąpili łaski wiary – w naszym Kościele lub w ogóle żadnej. Dlatego tak poważnie traktuję wskazania naszego Kościoła, również w kwestii homoseksualizmu.

W tej samej perspektywie widzę, Czarku, katechizmowe stwierdzenie, że same skłonności homoseksualne są obiektywnie nieuporządkowane. Ależ są – bo pójście za nimi prowadzi do grzechu. Same one grzechem nie są – nikt z nas nie odpowiada za nasze usposobienie. Tak samo skłonność do łatwego wpadania w gniew nie jest sama w sobie grzeszna – jednak jest niebezpieczna, gdyż ktoś się nią odznaczający łatwiej niż osoba bardziej zrównoważona może stracić panowanie nad sobą. Każdy pewnie nosi w sobie różne nieuporządkowane skłonności, które, jeśli im ulegnie, ułatwiają mu popadnięcie w grzech.

Dostrzegam oczywiście problem w tym, że wiele osób homoseksualnych widzi tę swoją skłonność jako część swojej najgłębszej tożsamości. Rozumiem, że może to stanowić problem w bezpośrednich relacjach, zwłaszcza bliskich, przyjacielskich czy rodzinnych, z takimi osobami. Wymaga to wielkiej i trudnej delikatności. Jednak to sam Pan Bóg niejako stworzył tę trudność, dopuszczając homoseksualizm. My tego nie rozwiążemy. Pomoc, którą proponujecie, takim osobom nie pomaga, a wręcz przeciwnie.

Bez konsultacji

No i na koniec: czy nie uważacie, że tego rodzaju działanie, daleko wykraczające poza bieżące funkcjonowanie redakcji i angażujące całe szeroko rozumiane środowisko „Więzi”, powinno być poprzedzone jakąś konsultacją, Zbyszku? Czy choćby poinformowaniem, Kasiu i Czarku? Nie mogliście mieć wątpliwości, że nie wszyscy członkowie środowiska będą waszym działaniem zachwyceni. Postanowiliście przejść nad tym do porządku dziennego. Szkoda.

Mam nadzieję, że na moim tekście cała sprawa się nie skończy – przydałaby się wewnętrzna dyskusja, choćby post factum, skoro wcześniej nie widzieliście powodu, by ją odbyć.