Człowiek wciąż staje przed wyborem Boga lub Jego odrzuceniem; przed wyborem Chrystusa i pójściem za Nim lub wyborem innej drogi; przed wyborem wspólnoty Kościoła lub odwróceniem się od niej.

W rozważaniach, które rozpoczynam, chciałbym podjąć problem: dlaczego Kościół? Warto, jak myślę, podjąć to zagadnienie, ponieważ dzisiaj coraz częściej zdarza się słyszeć: ja sam biorę odpowiedzialność za mój stosunek do Boga. Zdarzają się również dyskusje, w których wierni, krytykując Kościół, opowiadają się jednak za pozostaniem w jego wspólnocie.

*

Najbardziej fundamentalną odpowiedź na pytanie, dlaczego wybieram Kościół, możemy znaleźć u jednego z najgłębszych myślicieli chrześcijańskich XX stulecia, Romano Guardiniego. W okresie, kiedy rozpoczynał studia z chemii na uniwersytecie w Monachium – było to w roku 1905 – jego przekonania religijne zaczęły się nagle chwiać. Sam nie był w stanie podać, co jest tego powodem. A jednak jego wiara stawała się coraz słabsza. Wieczorem, kiedy próbował odmawiać pacierz, nie wiedział, dokąd ma skierować swoją modlitwę. Doszło do tego, że wielokrotnie zachowywał się groteskowo: powtarzał sobie dowód na istnienie Boga, aby przekonać samego siebie, że istnieje Bóg, do którego można się modlić.

Pewnego razu spotkał się z innym studentem, kantystą. Gdy Guardini przedstawił mu znane sobie, tradycyjne argumenty za istnieniem Boga, tamten  odpowiedział na nie kantowską krytyką. „Wtedy – wyznaje Guardini – cała moja wiara zaczęła się rozpływać, a ujmując rzecz dokładniej, stwierdziłem, że w ogóle nic z niej już nie pozostało”.

Dużą rolę w dalszym życiu Romano Guardiniego odegrał jego przyjaciel, kolega od lat szkolnych, Karl Neundörfer, prawnik (zmarł dość młodo, w roku 1925 – dla Guardiniego była to ogromna strata i ból). On również pod wpływem kantowskiej krytyki metafizyki stracił przekonania katolickie. Przeżywał kryzys religijny podobnie jak Guardini. Po feriach spędzonych wspólnie w obu przyjaciołach nastąpiła jednak zmiana.

Jak wyznaje Guardini, tym, co odsunęło go od wiary, nie były rzeczywiste racje rozumowe przeciwko niej, ale fakt, że dowody na istnienie Boga nic mu nie dawały. Świadomy akt wiary stawał się w nim coraz słabszy, aż w końcu zupełnie zaniknął. Guardini czuł mimo to, że utajona więź z chrześcijańską rzeczywistością nie została całkiem zerwana. Od tego momentu pierwiastek religijny stopniowo przybierał w nim na sile.

Guardini opisuje, co stało się przeżyciem przełomowym, właściwym kluczem do aktu wiary. Otóż kiedy pewnego razu na poddaszu w domu rodzinnym rozmawiał z Karlem Neundörferem, zakończył swój wywód słowami Jezusa Chrystusa z Ewangelii św. Mateusza: Kto chce zachować swe życie, straci je, a kto odda swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 10, 39). W tym momencie dla Guardiniego stało się jasne, że istnieje prawo-zasada: człowiek, który „zatrzymuje swoją duszę” – to znaczy ten, który pozostaje zamknięty sam w sobie i przyjmuje jako ważne tylko to, co mu się bezpośrednio odsłania – traci to, co naprawdę istotne. Jeśli ktoś chce dojść do prawdy i do swego prawdziwego „ja”, to musi siebie dać (oddać), innymi słowy – „stracić” (podobnie pisał Józef Ratzinger w 1965 roku: tylko w zagubieniu samego siebie [sich verlieren] może człowiek odnaleźć samego siebie. Tylko oddając siebie, znajduje samego siebie…).

Wyczuł więc Guardini, że otwiera się tu droga do prawdy, nie prawdy-wiedzy, ale prawdy życia, prawdy istnienia. Zaczął dalej drążyć. Oddać swoje życie, ale komu? Kto może tego ode mnie żądać? I jak oddać życie w taki sposób, abym już nie ja był tym, który bierze je w swoje ręce? Czy jakiś człowiek albo jakieś dzieło są w stanie zażądać ode mnie mojej duszy i potem z powrotem mi ją zwrócić? Oczywiście nie. Człowiek i dzieło to rzeczywistości skończone, za małe, są tylko światem. Gdybym im uległ, moja dusza pogrążyłaby się w pustce. Któż zatem może zażądać ode mnie mojej duszy? Tylko Bóg! Jemu mogę całkowicie oddać moje życie, moją duszę, oddać do głębi i być wolnym.

Jakie warunki muszą być spełnione – pytał dalej Guardini – ażeby rzeczywiście można Go było spotkać? Jeśli mam spotkać Boga, i to tak, aby móc oddać Mu swoją duszę, to On sam musi się najpierw przede mną odsłonić, musi wyjść mi naprzeciw, wezwać mnie. Oto nowe pytanie. A jak brzmi odpowiedź, której musi udzielić człowiek? To spotkanie dokonuje się w Chrystusie!

I dalsza refleksja. Kto ustrzeże Chrystusa przede mną samym? Kto uczyni Go wolnym od podstępu ze strony mojego „ja”. Odpowiedź, jaką dał Guardini, brzmiała: Kościół!

Musi istnieć obiektywna instancja, która moją odpowiedź uchroni od ryzyka, że będzie ona tylko potwierdzaniem samego siebie. Problem zachowania swej duszy bądź jej oddania rozstrzyga się ostatecznie nie wprost przed Bogiem, ale poprzez Kościół. To Kościół zapewnia prawdziwe i obiektywne spotkanie z Bogiem. W tym momencie Guardini był gotów do podjęcia decyzji – za lub przeciw katolicyzmowi. Nie dokonało się to za sprawą jakiegoś specjalnego poruszenia, oświecenia czy przeżycia. To był ogląd: tak jest – i lekkie poruszenie: tak powinno być.

Guardini opowiedział to wszystko swemu przyjacielowi. Dowiedział się, że i u niego dokonał się podobny proces. Już od dawna brzmiało w nim wiodące słowo. Największa szansa prawdy jest tam, gdzie istnieje największa możliwość miłości. Karl Neundörfer zrozumiał, że brakuje mu świata miłości, a pełnia egzystencji zależy od tego, by ją zdobyć. I przed nim pojawił się więc problem, gdzie jest droga, która do niej prowadzi. I dla niego także odpowiedź będzie brzmiała: ta droga prowadzi przez Kościół!

Zwróćmy uwagę na argumentację, która przywiodła na powrót Romano Guardiniego i jego przyjaciela Karla Neundörfera do wiary w Boga. Nie chodziło tu o przedmiotowe dowody za istnieniem Boga jako Pierwszej Przyczyny, czy Bytu Koniecznego. Ci dwaj młodzi ludzie postawili sobie pytanie o prawdę swego istnienia, o jego sens. Problem Boga jawił się im jako coś najbardziej podstawowego dla bycia osobą. Nie był to problem czysto teoretyczny, im chodziło o fundamentalne rozumienie bytu człowieka. Zrozumieli, że ten byt to miłość – w sensie całkowitego oddania siebie, stracenia siebie, by siebie zachować.

Transcedentalnym, przekraczającym nas warunkiem spełnienia tego aktu miłości, warunkiem jego pełnej obiektywności jest Kościół. Tylko on może uchronić jednostkę od subiektywizmu, od brania tego, co swoje, za pierwiastek boski, zarówno w płaszczyźnie przekonań, jak i działania. Chrystus nie powierzył sensu swego posłannictwa zmienności dziejów czy dowolności ludzkich przeżyć, ale przyporządkował mu przestrzeń, która jest dobrze zbudowana, tak iż ten sens może być w niej poprawnie odczytany i przyjęty. Tą przestrzenią jest właśnie Kościół.

Tylko dlatego można zrozumieć i przyjąć słowa Chrystusa wypowiedziane do Apostołów: Kto was słucha – Mnie słucha. Ale na temat miłości Kościoła i posłuszeństwa w nim Chrystusowi – już następnym razem.

Tekst ukazał się w miesięczniku WIĘŹ nr 4-5/2008.