Kiedy przed kilkoma dniami zajrzałem do dzisiejszej Ewangelii, zacząłem akurat czytać „Sońkę” Ignacego Karpowicza.

Powieść zaczyna się od nieoczekiwanego spotkania Igora, warszawiaka, któremu popsuł się mercedes na białostockich drogach, z Sońką, starą, miejscową kobietą prowadzącą krowę. Sonia zaprasza go do domu. Proponuje kubek mleka, smażone rano mączne placki, czekoladki z bombonierki, którą kupiła przed laty i dotychczas jeszcze nie otwarła, czekając z nią na lepszych gości. „Igor (…) przed progiem zdjął zamszowe sandałki – tak bardzo nie na miejscu, takie miękkie z ceną wyższą niż roczna renta. Zdał sobie sprawę, że od wielu już lat nie posiada znajomych, których odwiedza się boso; za dużo zarabiają. Gołą stopą wkroczył do ciemnej, chłodnej sieni, pachnącej sfermentowanym mlekiem, słoniną i cebulą, sianem, kiszoną kapustą i dymem, potem mydlinami i zbożem” – pisze Karpowicz.

W naturalny sposób ta powieściowa scena skojarzyła mi się z dzisiejszą Ewangelią. „Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: »Pokój temu domowi«. Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają; bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: »Przybliżyło się do was królestwo Boże«”. Oczywiście, Igor to nie apostoł posłany przez Chrystusa ani też współczesny misjonarz czy ewangelizator, choć w przekonaniu Sońki, bohaterki książki, to anioł. Ale przecież dzisiejsza Ewangelia nie musi być odczytywana – jak to zazwyczaj bywa – jako tekst o powołaniu, o kondycji Chrystusowego ucznia, o metodach ewangelizacji. Dzisiejsza Ewangelia jest przede wszystkim o spotkaniu. O tym, co może się wydarzyć między dwojgiem nieznanych sobie i obcych ludzi.

Kiedy myślimy o spotkaniu z nieznajomym, obcym czy innym – a trudno tutaj nie myśleć także o uchodźcach, którzy przecież kiedyś mogą pojawić się także u bram naszego miasta – najczęściej to ich poddajemy ocenie, nie siebie. Od tego, jacy oni są, a właściwie od tego, jakie mamy o nich wyobrażenie, uzależniamy to, jak będzie wyglądało nasze z nimi spotkanie. I jest w tym dużo racji. To bardzo ważne, czy ten, który przychodzi do nas, mówi: „Pokój temu domowi”, bez względu na to, czy mówi to dosłownie czy też nie. Czy przychodzi z misją pokojową, czy jest budowniczym zgody, czy jest do nas przyjaźnie nastawiony. Ale Jezus przypomina, że ten oczekiwany pokój nie zależy tylko od tego, kto przychodzi do naszego domu, ale także od tego, kto jest tego domu gospodarzem. „Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was”. I dopiero tutaj jest cała prawda o spotkaniu ludzi ze sobą. To może wcale nie on: przychodzień, nieznajomy i obcy nie jest godzien pokoju, ale ja? To może nie w nim, ale we mnie jest zarzewie wrogości? Pokój jest zawsze sprawą dwojga. Zdejmując swoje zamszowe sandałki, powieściowy Igor okazał szacunek wobec ubóstwa kobiety, a ta w swym ubóstwie ugościła go tym, co miała. A przecież mogło być inaczej: jedno mogło wzgardzić drugim, uznać za kogoś niegodnego pokoju. Mogła go wziąć za intruza, a zobaczyła w nim anioła.

Media donoszą, że po referendum w Wielkiej Brytanii, w którym jej mieszkańcy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej, nasiliły się różnorakie akty niechęci wobec Polaków. A przecież trudno naszych rodaków uznać za większych niż inne nacje potencjalnych terrorystów, gwałcicieli czy morderców. To nie są „islamiści terroryści”. To ludzie jak wszyscy, Europejczycy. W spojrzeniu na kwestię uchodźców grzeszymy często nazbyt uproszczonym myśleniem, w którym złych uciekinierów z Bliskiego Wschodu przeciwstawia się dobrym Europejczykom. Okazuje się jednak, że nie trzeba być muzułmaninem, arabem, Syryjczykiem czy Irakijczykiem, by stać się przedmiotem nienawiści, a przynajmniej niechęci. Okazuje się, że czasami wystarczy być Polakiem, by nie być kochanym. Nienawiść nie ma bowiem narodowości, wyznania, przynależności rasowej czy określonego koloru skóry. Polak też może stać się przedmiotem nienawiści. Polak też potrafi nienawidzić. Niestety. Serce, które nie jest godne pokoju, może się zrodzić w każdym narodzie. Ale i w każdym narodzie może się zrodzić ten, który przyjdzie i powie „Pokój temu domowi”.

Ewangelia wciąż się dzieje. Jezus wciąż wysyła „jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch przed sobą (…) do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał”. I dzisiaj nigdzie sam nie idzie. Wysyła awangardę, forpocztę, zwiadowców. Czasami „po dwóch” – tak jak kiedyś. Czasami po kilku. Czasami w pojedynkę. Każdy człowiek może być przecież ambasadorem Boga. Trzeba się dobrze wsłuchiwać w to, co mówią. Może – wbrew naszym wyobrażeniom i stereotypom – życzą nam pokoju. Jezus dobrze znał naturę ludzką i przewidywał, że nie wszyscy przyjmą Jego wysłańców. Dlatego powiedział: „Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: »Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam (…)«”.Obyśmy się okazali ludźmi godnymi pokoju. Bo jeśli nie, te słowa mogą być także o naszym mieście. A wtedy Sodomie lżej będzie w dzień sądu niż nam.

Lubsko, 3.07.2016 r.