Kaznodziejskie problemy średniowiecza wcale nie różnią się zbytnio od współczesnych. Słuchacze – podobnie jak dzisiaj – narzekali na jakość kazań. Kaznodzieje – nie inaczej niż ich współcześni kontynuatorzy – narzekali na słuchaczy, że niewiele sobie z ich nauk robią.

W tym roku pierwszy raz od kilku lat wróciłem do wykładania historii kaznodziejstwa. Przyznać zresztą muszę, że im dłużej wykładam homiletykę, tym częściej do dawnych kazań wracam. Historia jest bardzo ważną nauką, uczy bowiem dystansu do współczesności. Gdy się ją dobrze pozna, okaże się, że „wszystko już było”, a dylematy współczesności są tylko powtórzeniem tego, z czym się borykały dawniejsze pokolenia, jeno w nowej scenerii. Podobnie jest z kaznodziejstwem. Kaznodziejskie problemy średniowiecza wcale nie różnią się zbytnio od współczesnych. Słuchacze – podobnie jak dzisiaj – narzekali na jakość kazań. Kaznodzieje – nie inaczej niż ich współcześni kontynuatorzy – narzekali na słuchaczy, że niewiele sobie z ich nauk robią. Przyczyn nieskuteczności kaznodziejstwa doszukiwano się już to po stronie kiepskich mówców, już to po stronie leniwych słuchaczy.

Ale jest chyba między współczesnym a średniowiecznym kaznodziejstwem jedna różnica – zdaje się, że przypisywano mu wówczas o wiele większą rolę niźli dzieje się to dzisiaj. Skoro łacińska liturgia była dla większości ludzi niezrozumiała, sens obecności na Mszy sprowadzano do wysłuchania kazania głoszonego w języku narodowym. Tak duża waloryzacja kazania miała określone konsekwencje moralne. Mówcy tamtego czasu często przypominali wiernym, że nieobecność na kazaniu skazywała ich na uleganie podszeptom szatana. Jeden z kaznodziejów mówił, że wówczas diabeł jak wilk pośród hordy potulnych i milczących psów rośnie w siłę i bardziej kąsa. Głoszono, że unikanie kazań to grzech śmiertelny zagrożony karą piekła wiecznego. Zasada ta dotyczyła zarówno kaznodziejów, jak i słuchaczy. Ksiądz, który zaniedbuje tę posługę, zaciąga winę, gdyż nie daje wiernym okazji do pogłębiania wiary. W społeczeństwie, w którym dominował analfabetyzm, słowa św. Pawła, że „wiara rodzi się z tego, co się słyszy”, brane były dosłownie.

„Słowa kaznodziei to epifania słów Bożych”

Ale i słuchacze nie zawsze należeli do gorliwych. Kaznodzieje niejednokrotnie ganili wiernych za lenistwo w słuchaniu, co stało się treścią wielu przykładów pojawiających się w ówczesnych kazaniach, czyli w tzw. egzemplach. Okazuje się, że i wówczas wielu „wysłuchiwało” Mszy stojąc pod kościołem, a więc tam, gdzie głos z ambony nie dochodził. Jeden z kaznodziejów ganił wiernych, że sterczą przed bramą kościoła i wpatrują się w środek jak pies we wnętrze kuchni. Podczas wizytacji biskupich padały pytania, czy wierni podczas kazania śmieją się lub rozmawiają. Popularny był przykład o diable spisującym na pergaminie słowa ludzi, którzy w kościele rozmawiali, mruczeli, śmiali się lub przysypiali. Kaznodzieje wyliczali także warunki dobrego słuchania: pokora, spokój od trosk doczesnych, brak pogardy dla mówiącego, uczucia czyste i niezepsute oraz umysł niezaślepiony. A że słuchacz słuchaczowi nierówny, wiedzieli także mówcy. Jakub z Vitry wyróżnił 120 kategorii słuchaczy!

Poza wszystkim, kaznodzieje średniowieczni byli realistami. Przyrównywali głoszenie słowa Bożego do czerpania wody dziurawym czerpakiem. Nie zawsze pożytek z kazania jest widoczny, ale samego aktu „zanurzenia” w słowie Bożym nie można lekceważyć. „Ból nieskuteczności kazań – pisze jeden z badaczy – łagodziło przekonanie o misterium Verbis, gdzie słowa kaznodziei to epifania słów Bożych, które przenikają ludzkie trzewia i performują wewnętrznie, nawet jeśli się kazań nie przyswaja intelektualnie”. I jest w tym stwierdzeniu nadzieja dla współczesnych kaznodziejów i ich słuchaczy. Pewno „grzeszą” podobnie jak ich antenaci: jedni mają braki w mówieniu, a drudzy – w słuchaniu. Tylko słowo wciąż tak samo nieprzewidywalnie skuteczne. A kaznodzieja – jak rybak – musi rzucać sieci, choć nie wie, czy połów się powiedzie czy też nie.

Komentarz pierwotnie opublikowany w „Przewodniku Katolickim” 24/2016