Historia królów i wszystkich innych, którzy są „zamieszani” w historię Jezusa, mówi nam, że na odnalezienie Boga nigdy nie jest ani za wcześnie, ani za późno.

Jak wiadomo, biblijni królowie byli raczej mędrcami niż monarchami. Choć tradycja włożyła im korony na głowy, to prawdopodobnie królami nie byli. Nade wszystko byli ludźmi wiedzy. Chętnie byśmy powiedzieli, że wiedzy prymitywnej, bo astrologicznej, ale wcale tak nie było, skoro to właśnie ta wiedza doprowadziła ich do Chrystusa.

W jakim stanie ducha, z jaką nową wiedzą i mądrością wracali do swoich domów i narodów? Św. Mateusz swoją relację z ich wizyty kończy stwierdzeniem, że „inną drogą wrócili do ojczyzny”. Teologowie zwykli słowa te odnosić nie tylko do geografii, ale także do stanu ducha mędrców. Wracali „inną drogą” nie tylko z powodu krwawych zamiarów Heroda, ale także dlatego, że sami byli już inni, odmienieni po spotkaniu z Tym, w którym przez swoje skarby uznali króla, kapłana i śmiertelnego człowieka.

Św. Grzegorz z Nazjanzu mówił, że w chwili, w której trzej Królowie, prowadzeni przez gwiazdę, adorowali nowego Króla Chrystusa, nastąpił koniec astrologii, gdyż od tej pory gwiazdy poruszają się po orbitach wyznaczonych przez Chrystusa. Innymi słowy – to nie gwiazdy decydują o Chrystusie, ale Chrystus decyduje o gwiazdach. Papież Benedykt XVI tak rozwija tę myśl św. Grzegorza: „To nie żywioły świata, prawa materii rządzą ostatecznie światem i człowiekiem, ale osobowy Bóg rządzi gwiazdami, czyli wszechświatem; prawa materii i ewolucji nie są ostateczną instancją, ale rozum, wola, miłość – Osoba. […] Niebo nie jest puste. Życie nie jest zwyczajnym następstwem praw i przypadkowości materii, ale we wszystkim i równocześnie ponad wszystkim jest osobowa wola, jest Duch, który w Jezusie objawił się jako Miłość” (Spe salvi, 5).

Czy z taką świadomością wracali z Betlejem królowie? Czy zamienili swą pogańską mądrość płynącą z gwiazd na mądrość jednej Gwiazdy – Jezusa Chrystusa? Tradycja mówi, że stali się wyznawcami Chrystusa, a ich domniemane relikwie znajdują się w katedrze w Kolonii. Mniejsza jednak o niepewną tradycję. Jedno jest wszak pewne: kto szczerze szuka Boga, ten Go znajduje, a kto Go znajdzie, wraca do siebie odmieniony. T. S. Eliot sformułował to może nieco ostrożniej: „Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw, / Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo”.

A jakie dla dzisiejszej homilii ma znaczenie wiek celebransa i kaznodziei w jednej osobie? Ile lat mieli wówczas królowie? – nie wiadomo. Tradycja ukazuje ich już jako mężów dojrzałych. Ci w naszej szopce też do najmłodszych nie należą. Trudno się dziwić, wszak mądrość kojarzona jest raczej z późnym wiekiem. Może mieli koło pięćdziesiątki? A może nawet i nie.

Oblicza się, że w starożytności średnia wieku wynosiła ledwo 22 lata, w średniowieczu wzrosła do lat 33, a jeszcze w połowie XIX wieku wynosiła tylko 40,3 lata życia. Poślubiając Maryję, Józef miał może jakieś 18 lat – taki był najlepszy wiek do ożenku, choć niektórzy dają mu 33, a nawet 80 lat w momencie ślubu. Jezus – jak wiemy – ok. 30 lat spędził w domu rodzinnym w Nazarecie, a wyruszył w świat już jako bardzo dojrzały mężczyzna. Trzeba było Mu aż 30 lat, by wzrastał w mądrości i w łasce u Boga i u ludzi. „Łaskawy Bóg po to czas stworzył, by człowiek w nim dojrzewał” – przeczytałem u Brandstaettera. Apostołowie prawdopodobnie do starców też nie należeli, ale na przykład taki Piotr był już po ożenku, skoro miał teściową. O Janie z kolei mówi niektórzy, że był jeszcze prawie dzieckiem. Tylko nieliczni dożywali biblijnej starości, o której pisał psalmista, że miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt, a osiemdziesiąt, gdy jesteśmy mocni (Ps 90). Chyba tych mocnych zbyt wielu nie było.

Każda radykalna zmiana w naszym kalendarzu życia sugeruje nam, że na coś już jest za późno, a na coś – może jeszcze za wcześnie. Ale historia królów i wszystkich innych, którzy „zamieszani” są w historię Jezusa mówi nam coś innego. W perspektywie wiary nie ma żadnego „za późno” i „za wcześnie”. „Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem”, jak przypomina nam mędrzec Kohelet. Może właśnie dlatego starożytna tradycja nakazuje odczytywać kalendarz świąt ruchomych właśnie w Objawienie Pańskie, czyli Trzech Króli. Strawili oni najpewniej wiele lat studiów mądrych ksiąg i zapisów, by pokojarzyć ruch gwiazd i zapowiedzi proroków. Nie wiadomo, jak długo szli. Być może nawet starość dopadła ich w drodze. Ich przygoda mówi nam, że dla wiary nie ma czasu złego. Nie ma czasu złego na odnalezienie Boga. Nigdy nie jest na to ani za wcześnie, ani za późno. Ani na nawrócenie. Ani na świętość. Ani na uznanie tego, że niebo nie jest puste, a nad tym wszystkim jest Miłość. Tylko niewiara jest zawsze stara. Wiara jest zawsze młoda. Ta przed pięćdziesiątką. I ta po niej.