Zauważyłem, że ostatnio red. Jan Turnau z „Gazety Wyborczej” z dużym upodobaniem sięga do mej książeczki pt. „Czy Bóg nas kusi? 55 pytań o wiarę”, by się mną podeprzeć przy wyrażaniu swojej opinii o świecie. Tydzień temu było o in vitro, dzisiaj o demokracji, polityce i mariażu Kościoła z partiami. W odnośnym rozdziale książki napisałem: „niejednokrotnie Kościół ulegał pokusie mariażu i konkretną opcję polityczną brał za Królestwo Boże, które nadchodzi”. I – jak wiemy – najlepiej na tym nie wychodził. Pokusa, by to Kościół wykorzystać do bieżącej polityki była i jest duża. Red. Turnau dokonał szybkiej aplikacji: „Przekładam to sobie na polskie sprawy i pytam, czy mariaż mojego Kościoła z partią Jarosława Kaczyńskiego jest dla tego pierwszego naprawdę zbawienny”. Nie wiem, czy jest. Tak samo, jak nie wiem, czy mariaż z jakąkolwiek inną partią byłby zbawienny w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo Kościołowi chodzi o zbawienie właśnie. Partii – zapewne każdej partii – przede wszystkim o lepsze jutro. Czy te perspektywy się wykluczają? Nie. Ale chyba rzadko idą w parze.

Problemowi relacji między polityką a Królestwem Bożym poświęcił dużo miejsca papież Benedykt w swej encyklice „Spe salvi”, która traktuje o nadziei, zbawieniu, eschatologii. Papież pisze o różnorakich, nowożytnych projektach politycznych, które dawały „nadzieję na ustanowienie doskonałego świata”. „W ten sposób – pisze Benedykt – biblijna nadzieja królestwa Bożego została zastąpiona nadzieją na królestwo ludzkie, nadzieją na lepszy świat, który będzie prawdziwym «królestwem Bożym»”. Niestety, świat doskonały jest mrzonką, gdyż nie liczy się z ludzką wolnością i jej konsekwencjami. „Tak więc – kontynuuje papież – choć jest niezbędne nieustanne zaangażowanie na rzecz poprawy świata, lepszy świat jutra nie może stanowić właściwego i wystarczającego zakresu naszej nadziei”. Inaczej mówiąc, ten, kto zaczyna utożsamiać określony porządek polityczny z prawdziwą realizacją nadziei, ten zdradza zbawienie. A i wybór porządku politycznego wcale łatwy nie jest: „I wciąż w nawiązaniu do tego rodzi się pytanie: Kiedy świat jest «lepszy»? Co czyni go lepszym? Według jakiego kryterium można oceniać, czy jest lepszy? W jaki sposób można osiągnąć «dobro»?”. Otóż to.

Oczywiście, są partie mniej lub bardziej – jeśli można tak powiedzieć – sprzyjające zbawieniu, tzn. takie, które stwarzają lepsze warunki, „aby religia nieustannie cieszyła się wolnością” – jak się modlimy w Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski. I to właśnie wydaje mi się najistotniejszym kryterium: stwarzanie takich warunków życia ludziom wierzących, w których mogą oni swobodnie wyznawać swoją wiarę, żyć według niej, praktykować, podejmować wybory moralne zgodne z przekonaniami, nie będąc jednocześnie zmuszanymi do życia wbrew swojej wierze. A wcale nie jest tak, że we współczesnym świecie ten warunek nie jest zagrożony. Jest. I nie mówię tutaj tylko o presji społecznej, opinii, o której mówił Marek Kamiński w swoim wywiadzie: „Żyjemy w czasach, w których wierzyć jest czymś niemodnym, ludzie się z tego śmieją, wyszydzają”. Mówię o różnego rodzaju naciskach politycznych, a nawet rozwiązaniach prawnych, które nie pozwalają postępować według własnego sumienia (vide kwestia burmistrzów odmawiających ślubu parom jednopłciowym w Europie Zachodniej).

Kwestia sumienia jest zresztą kluczowa, o czym sam niejednokrotnie pisałem. Tak, to prawda, że sumienie ma człowiek, a nie urząd. Starając się o urząd, trzeba mieć jasną świadomość, jakie się ma sumienie, a także ci, którzy popierają starającego o urząd muszą mieć tego świadomość. Sumienie chrześcijańskie, które chce rządzić w państwie demokratycznym i liberalnym, gdzie trzeba się troszczyć o wszystkich, a nie tylko o niektórych – nawet nie tylko o (własną) większość – skazane będzie zawsze na konflikt. Wiemy, jak z tego konfliktu wychodzi premier Ewa Kopacz, wiemy jak ustępujący prezydent Bronisław Komorowski. Zobaczymy, jak z tego konfliktu wybrnie nowa ekipa, która – jak wszyscy zresztą politycy chyba – chce służyć „wszystkim Polakom”.

Porządek polityki i porządek zbawienia pozostają ze sobą silnie powiązane. Tego się nie da odseparować, wszak o zbawienie trza się troszczyć już na tym świecie. Musi więc być więc między nimi i autonomia, i organiczna współpraca. Źle się dzieje, gdy jeden porządek zajmuje miejsce drugiego. „Wszyscy jesteśmy zwierzętami politycznymi w szerszym sensie słowa «polityka». Wszyscy jesteśmy powołani do politycznego działania, jakim jest budowa rzeczywistości naszego kraju. Głoszenie wartości ludzkich, religijnych ma wymiar polityczny. Czy nam się to podoba, czy nie. Ważne jest, by wskazując te wartości, nie popadać w miałkość polityki partyjnej” (kard. Bergoglio). Powtórzę raz jeszcze, że z mariażu ołtarza z tronem to właśnie ołtarz wychodzi poturbowany, a nie tron. Pokusa posłużenia się Kościołem do sprawowania władzy świeckiej jest bardzo duża. I choć Kościół przerabiał to już niejednokrotnie, wciąż się tego uczy.

A że historia magistra vitae est, przywołam jeden przykład. O Teodoryku, wielkim królu Gotów, pisano w pewnym liście: „Jeśli będziesz pytał, o jego codzienne zajęcia poza domem, są one następujące: z bardzo małą świtą podąża na jutrznię swoich kapłanów i modli się z wielką gorliwością, chociaż, jeśli mówimy w tajemnicy, można zauważyć, że zachowuje bojaźń Bożą raczej z przyzwyczajenia niż z przekonania”. W religijnym zaangażowaniu polityków bardzo ważne jest to, by odróżnić pozór od prawdziwej gorliwości, przekonania od przyzwyczajeń, polityczną grę od troski o zbawienie. A zaproszenie red. Turnaua do dziękczynienia za podpisanie rzeczonej ustawy jest co najmniej dyskusyjne