Jak wiadomo, prezydent Obama rozpocznie swoją drugą kadencję – jak każdy zresztą prezydent USA – przysięgą złożoną na Biblię, tym razem nawet na dwie – jedna należała do prezydenta Abrahama Lincolna, druga – do Martina Luthera Kinga. Nie łączyłbym jednak z tym faktem wielkich nadziei. Amerykańska doktryna prawna zakłada bowiem z jednej strony rozdział państwa i religii, z drugiej zaś – tradycyjnie uznaje tzw. deizm ceremonialny. Odniesienie do Biblii wcale nie oznacza wezwania na świadka Boga, który się przez nią objawił, ale – jak się podkreśla – jest odniesieniem się do idei Boga, który jest dalekim źródłem praw człowieka. Tak rozumiany Bóg jest częścią religii obywatelskiej, która służy budowaniu państwa, a nie zbawieniu człowieka.

W wywiadzie, którego ostatnio udzielił „Listowi” bp Ryś dzieli się swoimi wrażeniami z ostatniego Synodu Biskupów: „Na Synodzie Biskupów padło określenie: »religia obywatelska«, i to jest – dodajmy – określenie pejoratywne. Religia obywatelska, to taka, która ma służyć państwu;, nie zajmuje się budowaniem wiary, a budowaniem społeczeństwa. Biskupi zadali sobie pytanie, czy Kościoły lokalne przepracowały w sobie pokusę pokazywania chrześcijaństwa jako religii obywatelskiej”. Chodzi o to, by odróżnić, czy mamy do czynienia z troską o Kościół „czy to jest raczej interes polityczny przebrany w kostium religijny?”. W tym samym wywiadzie biskup przytacza także wypowiedź pewnego biskupa z Indii: „Przez sześć dni słuchaliśmy o problemach w europejskim Kościele. To są wasze problemy, one nas zupełnie nie dotyczą. Sekularyzm, kryzys rodziny, kryzys wartości, to wszystko zrodzone jest z europejskiego egoizmu. To nas kompletnie nie dotyczy”. Bp Ryś dodaje: „W Azji większość katolików to ludzie, którzy wchodzą do Kościoła jako dorośli po przeżytym katechumenacie, poprowadzeni w dojrzały sposób do decyzji o własnej wierze. To rodzi owoce”.

Zupełnie inaczej rzecz się ma w krajach starego chrześcijaństwa, jak w Europie czy Ameryce Północnej. Zazwyczaj chrzest przyjmuje się w wieku niemowlęcym, a wejście w Kościół jest mniej lub bardziej naturalnym procesem. Niestety, często bardziej ufano kulturze chrześcijańskiej jako przekazicielowi wiary niż osobistemu procesowi wejścia w relację z Bogiem. Postępująca sekularyzacja tych rejonów pokazuje, że kultura – nawet ta najbardziej chrześcijańska – może być sprzyjającym matecznikiem dla rozwoju wiary (zastępy świętych są tego świadkami), ale sama z siebie nie jest jej wehikułem. A brak osobistych i wewnętrznych motywacji wiary prowadzi do szybkiego porzucenia Boga i Kościoła, gdy zmieniają się kulturowe uwarunkowania. Wtedy właśnie zrzuca się religijność jak ubranie, z którego się wyrasta. Jednym z przejawów odrywania się kultury od wiary jest właśnie religia obywatelska, która wciąż jeszcze wykorzystuje religijne odniesienia, mając jednocześnie coraz mniej wspólnego z samym Bogiem, wzywając Go nawet niejednokrotnie publicznie. Jeszcze w 2005 r. poseł Janusz Palikot do roty ślubowania dodał wezwanie „Tak mi dopomóż Bóg!”.

Wiara z natury rzeczy wytwarza kulturę, a wierzący chrześcijanin powinien zmierzać do wytworzenia takich standardów życia społecznego, które zgodne są z Ewangelią. Problem zaczyna się wtedy, gdy wiarę sprowadza się do kultury, a religię – do porządku społecznego. Dzisiaj dużo mówi się o sekularyzacji Europy, że odchodzi ona od wiary w Boga. Coraz bardziej jestem przekonany, że to teza nie do końca prawdziwa. Europa odchodzi od chrześcijańskiej religijności, porzuca chrześcijańską kulturę i cywilizację, nie jest nawet skłonna – inaczej niż Ameryka – posłużyć się chrześcijaństwem jako religią obywatelską, ale wcale nie odchodzi od wiary, bo w bardzo wielu przypadkach tej wiary po prostu nie miała. Chrzcić bowiem należy ludzi, a nie państwa, narody czy całe społeczeństwa, żeby wiary w Jezusa Chrystusa nie sprowadzić do usłużnego polityce deizmu.