Właściwie, co tu sensownego można napisać o trzęsieniu ziemi i tsunami w Japonii, żeby nie otrzeć się o banały? Że co? Że kara za grzechy? „Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie” – mówi Jezus. Teraz umilkli nawet ci prorocy kary, którzy zasłynęli teologiczną interpretacją tsunami w 2004 roku w Indochinach. Czy owi Japończycy byli większymi grzesznikami niźli my?

Mój wpis na FB dotyczący tragedii w Japonii ktoś skomentował następująco: „Hildegarda z Bingen powiedziała: »Gdy człowiek grzeszy, cierpi kosmos«”. Niby prawda. Grzech ma przecież wymiar społeczny i kosmiczny. Ludzkie zło odkłada się w przyrodzie. Ale – uczciwie mówiąc – katastrofy klimatyczne, geologiczne i wszystkie inne działy się jeszcze przed czasem historycznym, przed pojawieniem się człowieka. Czyżby wówczas przyroda cierpiała już awansem? Wydaje się, że wszystkie teologiczne „po co?” i „dlaczego?” muszą pokornie pozostać bez odpowiedzi.

Patrzymy bezradnie na ekrany telewizorów. Prócz modlitwy, niewiele możemy. Nawet nie do końca jesteśmy chyba zdolni uświadomić sobie ogromu tragedii i zniszczeń. Ci, którzy nie przeżyli wojny, katastroficznych ulew, powodzi, susz czy innych kataklizmów – jak na przykład ja – chyba nie mogą wyobrazić sobie tego, co tam się dzieje. Może z większym zrozumieniem i współczuciem patrzą na to ci, którzy wiedzą, co znaczy stracić wszystko. W Polsce też są tacy.

Słyszałem w telewizji, jak Janka Ochojska mówiła, że być może będzie potrzebna także nasza pomoc. Może odbudujemy szkołę czy przedszkole. Ktoś powie, że to noszenie drzewa do lasu, bo to przecież bogaty kraj, druga po Stanach Zjednoczonych gospodarka świata. Może i tak. Może nasza pomoc będzie kroplą w oceanie potrzeb. Może i sami by sobie dali radę. To przecież lud zaprawiony w walce z przeciwnościami przyrody. Ale przecież w pomocy okazywanej drugiemu człowiekowi czasami bardziej liczy się gest niż rzeczywista materialna skuteczność. Może to bardziej lekarstwo na naszą obojętność niż konieczna dla kogoś pomoc.

A tak swoją drogą to straszne, że człowiek potrzebuje aż takich tragedii, by uświadomić sobie na nowo właściwą proporcję rzeczy. Czy trzeba aż lustra śmierci, by rozpoznać, co ważne, co nieważne, co konieczne, co zbędne, co istotne, a co banalne? Pewno trzeba. Przecież i tak, gdy tylko minie smutek i żałoba, wracamy – przynajmniej większość z nas – do codzienności, w której z równowagi wyprowadzają nas rzeczy niemające żadnego znaczenia i podniecają nas plotki z półświatka. A przecież ludziom dookoła nas naprawdę ziemia trzęsie się niemal codziennie. I przeżywają niejedno tsunami, które zmywa całe ich życie.

Dzisiaj, gdy robiłem zakupy, podeszła do mnie kobieta z pytaniem, czy nie mógłbym jej kupić trochę sałatki warzywnej i jakąś puszkę rybną. Popatrzyłem na nią i pomyślałem, że do niej też dotarło kiedyś jakieś tsunami, że kiedyś też coś tąpnęło w jej życiu. Ale, żeby to sobie uświadomić, trzeba czasami wyłączyć telewizor, zgasić komputer, zamknąć gazetę, wyjść z domu, popatrzeć w twarze ludzi. Żeby nie zobojętnieć, patrząc na martwe ciała na japońskiej plaży, przeżuwając bułkę z polędwicą, popijając kawę z markowego ekspresu i myśląc o dobrym drinku na wieczór.