Z tą książką jest jak z zaplataniem warkocza. Pasma kolejnych historii zacieśniają opowieść, a my zaczynamy widzieć coraz więcej.

Są książki, które zostawiają w nas wiele słów. Jakby karmiony wyrafinowaną metaforyką umysł chciał zachować w sobie jak najwięcej fraz. Zakreślone ołówkiem zdania rezonują, wiercą w głowie, wreszcie – osiadają. „Cudze słowa” już tyłem sugerują, że Wit Szostak – jak zwykle – skonfrontuje nas z rozległą wieloznacznością języka.

Rytuał powszedniości

W nowej powieści dzięki cudzym słowom, i tylko dzięki nim, poznajemy postać Benedykta – enigmatycznego filozofa (bo – mimo nieskończonych przez niego studiów – bohatera inaczej interpretować nie sposób), który postanawia założyć własną, nietypową restaurację. Nietypową, gdyż jej właściciel serwuje w niej potrawy według własnej fantazji – codziennie inne, codziennie tylko w jednej wersji. Posiłki przygotowuje, doprawia i podaje samodzielnie. Jako czytelnicy towarzyszymy twórcy „Isoli” – tak nazywa się krakowski lokal – w rozmowach z gośćmi i kilkukrotnych zmianach konceptu serwowania potraw. Przyglądamy się współuczestniczącym w przygotowywaniu uczt, zasiadamy z nimi przy wspólnym stole, dzielimy się chlebem i domowym winem w karafkach.

Rozsmakowujemy się ponadto w opisach wspomnień śródziemnomorskich podróży, które były inspiracją do tworzenia cuciny povery pachnącej świeżymi ziołami, suszonymi owocami i oliwą. Dzięki tej kuchni czujemy, jak Benedykt odsłania przed nami prostą prawdę egzystencjalną: celem jest bycie tym, kim się jest.

Wit Szostak serwuje nam powieść eklektyczną, w której bardzo dużo dzieje się między słowami

Dzień upływa bohaterowi na krzątaniu – obieraniu warzyw, wycieraniu rąk o dżinsowe spodnie, doprawianiu dań według własnej fantazji, tworzeniu niepowtarzalnych kompozycji potraw. Na kartach książki obserwujemy swoisty rytuał powszedniości.

Z zaciekawieniem patrzymy, jak Benedykt krok po kroku tworzy wspólnotę – rezygnuje z rozpisywania cen, organizuje obiady dla bezdomnych. W końcu – siadamy razem z gośćmi, bezdomnymi i właścicielem przy jednym stole. „Udało się, wreszcie coś się udało” – mówi bohater i… znika.

Bo Benedykt znika zawsze. Ze studiów, z relacji, z przyjaźni i miłości. Magnetyzuje się, by za chwilę być już na przeciwnym biegunie. Poznajemy go powoli ze wspomnień innych osób, układając kolejne elementy portretu jak puzzle.

Bóg czy przechodzień?

Wit Szostak serwuje nam powieść eklektyczną, w której bardzo dużo dzieje się między słowami. Aromatyczną historię „Isoli” przeplata kilkanaście podrozdziałów z siedmioma głosami narratorów, którzy tworzą dogłębny, wielowymiarowy, skonstruowany różnymi językami portret Benedykta.
Z „Cudzymi słowami” jest jak z zaplataniem dobieranego warkocza. Pasma kolejnych historii zacieśniają powieść, a my zaczynamy widzieć coraz więcej.

Benedykta poznajemy go jako wybitnego studenta, jako przyjaciela z dzieciństwa, kochanka, partnera, ucznia, syna. Dla jednych jest bogiem, który „sprawiał, że ludzie czuli smak prawdziwego życia. Kiedy do nich mówił, mieli wrażenie, że są ważni, że wypełniają cały jego horyzont”. Dla innych – „jest tylko przechodniem”.

Pisał dziennik z podróży (a może to fikcja?). „Dotykał biedy Włochów, Greków i Arabów” (czy na pewno?). Dajemy mu się wodzić za nos do samego końca.

Zbieranie zwykłych słów

To, co w tej książce szczególne, to przede wszystkim przyglądanie się słowom i niesamowita umiejętność konstruowania przez autora różnych języków charakterystycznych dla poszczególnych bohaterów-narratorów. Mówi Magdalena: „Jestem pełnoletnia i jadę z ojcem do dużego miasta, gdzie poznam ciebie. Obok mnie na tylnym siedzeniu chłopak mego dotychczasowego życia. Jesteśmy wstępnie obwąchani nieśmiałymi wyznaniami. Wymieniamy cudze słowa, a z własnych wydzielin ślinę. Dziś to śmieszy, ale na progu pełnoletniości ślina znaczy wiele”. W pewnym momencie dziewczyna stwierdza także: „Tu wystarczą bardzo zwykłe słowa. Pewnego dnia sobie poszedłeś, a ja odetchnęłam z ulgą”.

Cudze słowa
Wit Szostak „Cudze słowa”, Wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2020

Jest i „Jakubek (…) dyscyplinką chowany, tak chowany, że się pochował, wystraszył się pierwszej osoby i teraz mówi te słowa w osobie trzeciej (…) Trzecia osoba bezpieczna, zasieki gramatyki”. Wreszcie Józef – ojciec Benedykta – który nie przebierając w słowach zaczyna swą opowieść od zdania: „Nie kochałeś nas, syneczku”.

Wit Szostak wertuje znaczenie słów, byśmy poczuli, jak wiele od nich zależy. To powieść jednocześnie słodka i gorzka. Historia Benedykta jest także opowieścią o głodzie bliskości, o tym, jak słowa wpływają na postrzeganie przez nas świata i jak widzą nas inni.

Na „Cudze słowa” warto przeznaczyć więcej niż jeden wieczór. Nastrójcie zmysły i dawkujcie kolejne porcje, by nie przegapić tego, co nie od razu wydaje się oczywiste.