Kunsztownie skonstruowana i wieloznaczna opowieść o czeskim zielarzu Janie Mikolášku to najlepszy film Agnieszki Holland od lat.

Jest coś oszałamiającego w tempie pracy Agnieszki Holland. Pamiętam dość dokładnie swój kinowy seans nominowanego do Oscara „W ciemności”. Od tamtego czasu nie minęło jeszcze dziesięć lat, a reżyserka zdążyła już nakręcić trzy kolejne filmy i pracować przy – jeśli dobrze liczę – sześciu serialach. Zapewne sekret tkwi w świetnym zorganizowaniu samej twórczyni, albo w znalezieniu przez nią recepty na kino, które łączy w sobie uznanie widzów i krytyków. Dzięki temu zapewnia sobie swobodne finansowanie własnych wizji przez producentów. A może przyczyną twórczej płodności najważniejszej polskiej reżyserki jest głód sztuki, ciągłego snucia opowieści, które cechują – jak w debiutanckich „Aktorach prowincjonalnych” – prawdziwych artystów?

Nieprzypadkowo zaczynam tu od wymienienia kilku możliwości i nie udzielam na nie jednoznacznej odpowiedzi. Podobnie postępuje sama Holland w „Szarlatanie”, swoim najnowszym dziele, które właśnie wchodzi na polskie ekrany.

Uwaga podstawowa: ten film to gobelin utkany z różnych tropów i elementów charakterystycznych dla twórczości reżyserki „Gorączki”. Nie chodzi tylko o to, że świat przedstawiony na ekranie jest, jak zwykle, jednocześnie bardzo sensualny (zjawiskowe zdjęcia Martina Štrby) i naturalistyczny (widzimy objawy chorób, które dosłownie zżerają ciała pacjentów). Ani o elementy, które widzieliśmy już wcześniej: uzdrowicielem był jeden z bohaterów filmu „Julia wraca do domu”, homoseksualny romans to temat „Całkowitego zaćmienia”, wątku relacji człowieka do natury dotyczy „Pokot”, zaś ludzkie zapasy z nieludzkimi totalitaryzmami zostały dobrze oddane w takich tytułach jak „Europa, Europa”, wspomniane „W ciemności” czy nagrodzony gdyńskimi Złotymi Lwami „Obywatel Jones”.

Josef Trojan i Jaroslava Pokorná
Josef Trojan i Jaroslava Pokorná w filmie „Szarlatan”, reż. Agnieszka Holland, 2020. Fot. Materiały prasowe Gutek Film

Przyzwyczailiśmy się już do solidnego poziomu ostatnich dokonań Holland. Siła „Szarlatana” leży w tym, że łączy on w sobie summę twórczych zainteresowań autorki i nowatorstwo, a także w wieloznaczności tej historii. Właśnie ona czyni opowieść o czeskim zielarzu Janie Mikolášku (znakomity Ivan Trojan) najlepszym filmem uznanej reżyserki od lat.

Holland nie wchodzi po prostu po raz enty do świetnie sobie znanej rzeki i nie skupia się jedynie na pokazaniu opresji absurdalnego i brutalnego totalitarnego systemu wobec jednostki. Jej najnowszy film ma wyraźne ramy historyczne – akcja rozgrywa się w Czechach od pierwszej wojny światowej do lat pięćdziesiątych, zaś bohaterem jest nieco zapomniany u naszych południowych sąsiadów znachor, u którego swego czasu leczył się niemal cały naród. A jednak u Holland przypadek niezwykłego uzdrowiciela nabiera cech uniwersalnej – i dodajmy, kunsztownie skonstruowanej – opowieści.

Zdumiewające jest to, jak wiele elementów udaje się w niej połączyć. Wizualny rozmach sąsiaduje z kameralnym dramatem, destrukcyjna miłość z potrzebą czułości, brutalność świata z jego sielankowością. Istotne jest też napięcie między naturą i wiarą, które stara się w sobie godzić Mikoláškek. Protagonista filmu nie jest wcale „szarlatanem”, gorliwie (i cierpiętniczo) modli się, by „wiedzieć, skąd pochodzi”, jak sam zastrzega – nie dokonuje nad ludźmi cudów, patrząc na mocz potrafi co prawda często udzielić prawidłowej diagnozy i pomóc chorym, ale też nierzadko pozostaje – jak wszyscy – bezradny wobec śmierci, wobec świadomości, że każdy z nas jest – mówiąc Miłoszem – „igraszką sił chichoczących”.

Obejrzałem niedawno po latach „Pętlę” Wojciecha Hasa. Jeden z bohaterów w pijackim zrezygnowaniu rzuca: „Nie ma gorszego snu jak życie”. Przywołuję ten cytat przewrotnie, bowiem postacie „Szarlatana” postępują zupełnie odwrotnie: trzymają się swojej egzystencji kurczowo, mimo wszystko i za wszelką cenę. Dotyczy to prostych ludzi, komunistycznych czy hitlerowskich dygnitarzy, a także głównego bohatera.

„Szarlatan” to gobelin utkany z różnych tropów i elementów charakterystycznych dla twórczości Holland

Bo też „Szarlatan” to na najgłębszym poziomie moralitet o naturze ludzkiej, zaś jego najciekawsza opozycja między dobrem a złem rozgrywa się we wnętrzu człowieka, a nie na zewnątrz. Rimbaud ustami Leonarda DiCapria mógł w „Całkowitym zaćmieniu” deklarować: „Zdecydowałem, że będę geniuszem”. Inaczej jest w przypadku Mikoláška: wariant wyboru zostaje skurczony, otrzymuje on dar, który niekoniecznie stanowi wybawienie, raczej sprowadza na niego trudności, które kumulują się latami.

Nieprzypadkowo bohater „Szarlatana” powtarza, że „możliwość wyboru to najgorsza kara”. W działaniach zielarza, obok autentycznej chęci pomocy innym, raz za razem odsłania się niepokojąca strona jego osobowości (nawiasem mówiąc, doskonałym pomysłem było obsadzenie w retrospekcjach Josefa Trojana, bardzo podobnego do ojca – Ivana): a to w porywie złości bierze do ręki siekierę i zamachuje się na rodzica, a to brutalnie morduje kocięta, a to manipuluje kochankiem i przymusza go, by ten podał swojej ciężarnej żonie środek na poronienie.

Przed laty Holland budowała nas niesamowitą historią Sally’ego Perela, protagonisty filmu „Europa, Europa”, który jako Żyd potrafił zakamuflować się w Hitlerjugend i ocalić samego siebie od Zagłady. „Szarlatan” to swoiste niepokojące post scriptum po latach do tamtego filmu. Totalitarny system zmusza nas do nieludzkich zachowań, ale to tylko jedna strona medalu. Mniej lub bardziej banalne zło drzemie w każdej ludzkiej istocie i ujawnia się w choćby pozornie niewinnych relacjach władzy nad innymi – zdaje się mówić reżyserka. Piekło to nie jakaś odległa pozaziemska rzeczywistość. Piekło jest w nas…