Surowy prawomocny wyrok skazujący duchownego za dwukrotny gwałt na 17-latce może pociągnąć za sobą zarzuty dla byłego metropolity gdańskiego.

W Sądzie Okręgowym w Gdańsku zapadł 7 października 2020 r. – prawomocny już – wyrok w sprawie ks. Michała L. Duchowny został uznany za winnego dwukrotnego gwałtu na 17-letniej Agnieszce. Skazany został na 10 lat więzienia. Ma również zapłacić pokrzywdzonej 100 tys. zł nawiązki. Otrzymał też 15-letni (maksymalny) zakaz zbliżania się do ofiary oraz – na zawsze – zakaz zajmowania wszelkich stanowisk oraz wykonywania wszelkich zawodów i działalności związanych z wychowywaniem, edukacją i leczeniem małoletnich lub z opieką nad nimi.

Przedmiotem sprawy były przestępstwa popełnione przez ks. Michała L., a nie zachowania jego przełożonego. Jednak surowy wyrok w tej sprawie (za gwałt grozi od 2 do 12 lat pozbawienia wolności, a w tym przypadku sąd ostatecznie orzekł karę 10 lat) niewątpliwie jest złą wiadomością także dla byłego metropolity gdańskiego, abp. Sławoja Leszka Głódzia. Sprawa ks. Michała L. jest bowiem jednym z przypadków, zgłoszonych na mocy motu proprio „Vos estis lux mundi”, analizowanych w ramach trwającego obecnie kościelnego dochodzenia w sprawie prawidłowości postępowania abp. Głódzia. Gdyby okazało się, że wiedział on o sprawie w 2011 r., bezpośrednio po gwałtach, a nie wszczął dochodzenia kanonicznego i nie powiadomił Stolicy Apostolskiej, to powinien ponieść poważne konsekwencje kanoniczne.

Proces w sprawie ks. L. (łącznie z uzasadnieniem wyroku) był prowadzony z wyłączeniem jawności, jednak dziennikarzom udało się nieoficjalnie zdobyć wiele ważnych informacji. Sprawę opisywały w ciągu ostatniego roku media ogólnopolskie i lokalne. Najbardziej szczegółowo dotychczas przedstawił ją Radosław Gruca na portalu Oko.press. Ważne przecieki ze śledztwa pojawiły się także w materiałach „Faktów TVN”, które przygotowywał Jan Błaszkowski. Obaj cytowani dziennikarze dotarli do osoby pokrzywdzonej, której relacje przywoływali. Poniżej porządkuję te informacje i uzupełniam je w oparciu o swoje dodatkowe źródła.

2011: na plebanii i w saunie

Najpierw o tym, co jest w tej sprawie bezsporne. Podtrzymany w dwóch instancjach skazujący wyrok sądu państwowego nie pozostawia wątpliwości co do stanu faktycznego. W październiku-listopadzie 2011 r. ks. Michał L., wówczas 28-letni wikary w parafii Matki Bożej Bolesnej w Gdańsku, dwukrotnie zmusił do współżycia seksualnego 17-letnią Agnieszkę. Pierwszy raz sytuacja ta miała miejsce na plebanii, w mieszkaniu duchownego. Za drugim razem miejscem przestępstwa była hotelowa sauna, do której sprawca zaciągnął swoją ofiarę, aby ją… przeprosić.

Ks. Michał L. wykorzystywał relację duszpasterską ze swoją wychowanką nawet bezpośrednio po gwałcie. 26-letnia dziś pani Agnieszka opowiadała Radosławowi Grucy: „On do mnie dzwonił. Płakał. Pisał w esemesach, że jak go zabiorą z parafii, to stracę przyjaciela i nie będę miała się komu wygadać. Potem znów dzwonił i przepraszał. Powiedział, że zrozumiał, co zrobił i chciałby mnie przeprosić. Miałam w głowie obraz Jana Pawła II i Ali Agcy w celi. Pomyślałam, że skoro on był w stanie wybaczyć swojemu zamachowcy, to dlaczego ja miałabym tego nie zrobić, że tak powinien postępować katolik”. Wtedy właśnie umówili się na kolację w hotelu, co jednak skończyło się gwałtem w saunie.

Sprawa ks. Michała L. jest jednym z przypadków analizowanych w trwającym obecnie kościelnym dochodzeniu dotyczącym abp. Głódzia

Pokrzywdzona nastolatka bezpośrednio po pierwszym gwałcie usiłowała odebrać sobie życie. Zażyła dużo tabletek, przecięła sobie żyły. Dzięki interwencji rodziców nie doszło do kolejnego nieszczęścia.

Gdy po kilku dniach rodzice – miejscowi parafianie – dowiedzieli się o przyczynie próby samobójczej córki, interweniowali najpierw u swojego proboszcza. Mieli też (do tego jeszcze wrócę) informować o sprawie miejscowego biskupa. Po ich protestach wkrótce ks. Michał L. został przeniesiony do parafii w Wejherowie. Następnie trafiał do czterech innych parafii archidiecezji gdańskiej.

Arcybiskup nic nie mówił

Z moich ustaleń wynika, że proboszczowie parafii, do których przenoszony był przez biskupa ks. Michał, nic nie wiedzieli o wydarzeniach z 2011 r. Otwarcie mówi mi o tym ks. Jacek Socha, proboszcz parafii św. Mikołaja w Gdyni Chyloni, skądinąd jeden z tych duchownych, którzy wielokrotnie protestowali przeciwko działaniom abp. Głódzia (opisywałem te działania w tekście „Z Gdańska na watykański Berdyczów, czyli kalendarium działań bezowocnych”).

Wedle słów ks. Sochy, abp Głódź jedynie przysyłał wikarych do parafii, nie informował proboszczów o ich postawach, nie przestrzegał przed możliwymi problemami. W przypadku ks. Michała L. z pewnością nie pojawiły się żadne informacje o jakichś nadużyciach seksualnych w przeszłości.

Nie ulega wątpliwości, że przenosiny ks. Michała L. z Gdańska do Wejherowa nastąpiły z dniem 1 grudnia 2011 r., czyli bezpośrednio po dokonaniu przestępstwa

Za młodym duchownym szła jednak wśród księży inna fama: że miał skłonność do drobnych kradzieży. Ustalenia dziennikarzy potwierdzają, że w różnych parafiach za sprawą ks. Michała ginęły: telefon komórkowy ministranta, pieniądze z tacy, ofiary składane podczas kolędowej wizyty duszpasterskiej.

Te właśnie skłonności były powodem dłuższego wyjazdu ks. L. do ośrodka terapeutycznego dla duchownych poza granicami Polski. Wrócił stamtąd do pracy duszpasterskiej w Rumi. I to była jego ostatnia placówka.

2018: zawiadomienie

Jesienią 2018 r. pani Agnieszka, którą 7 lat wcześniej wykorzystał ks. Michał L., opowiedziała o swoich doświadczeniach w rozmowie duszpasterskiej jednemu z zakonników pracujących na terenie archidiecezji gdańskiej. Zakonnik ten – przejęty tragedią, jaką poznał – uznał, że ma obowiązek zgłoszenia przestępstwa gwałtu w prokuraturze i w gdańskiej kurii archidiecezjalnej.

Wkrótce po złożeniu przez zakonnika zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa ruszyły dwa postępowania – w kościelnym trybunale i w prokuraturze. Warto podkreślić, że w 2018 r. kanoniczne dochodzenie wstępne prowadzone było bardzo sprawnie. Według relacji wspomnianego zakonnika postępowanie kurii było wówczas nawet bardziej profesjonalne niż prokuratury. Szybko doszło do przesłuchania pokrzywdzonej i innych osób. Kuria gdańska pokrywa też koszty terapii pani Agnieszki. Rzecz jasna, można tę gorliwość wytłumaczyć również świadomością biskupa i kurialistów, że skoro sprawa została zgłoszona także organom ścigania, to sprawność postępowania kanonicznego może stać się kiedyś tematem do publicznego wyjaśnienia, trzeba się więc wykazać.

W ramach kościelnego postępowania aresztowany ks. L. został zawieszony w obowiązkach kapłańskich, a jego nazwisko znikło z diecezjalnej strony internetowej. Natomiast prokuratura po kilkumiesięcznym śledztwie postawiła duchownemu zarzuty, zaś sąd zdecydował we wrześniu 2019 r. o jego tymczasowym aresztowaniu. Wkrótce rozpoczął się proces karny, który – w dwóch instancjach – zakończył się, jak na polskie standardy, bardzo szybko.

Kto zna prawdę?

A dlaczego kłopoty w tej sprawie może mieć obecnie abp Głódź? Otóż niewykluczone, a wręcz bardzo możliwe jest, że doszło w tym przypadku do skandalicznej 7-letniej zwłoki w rozpoczęciu przez metropolitę gdańskiego procedury kanonicznej, pomimo posiadanej wiedzy o poważnym przestępstwie popełnionym przez duchownego na szkodę osoby małoletniej.

Nie ulega wątpliwości termin przenosin ks. Michała L. z parafii Matki Bożej Bolesnej do parafii Trójcy Świętej w Wejherowie. Zgodnie z informacjami zamieszczonymi w „Biuletynie Archidiecezji Gdańskiej” zmiana ta nastąpiła z dniem 1 grudnia 2011 r., czyli bezpośrednio po dokonaniu osądzonych obecnie czynów przestępczych. Kluczową sprawą będzie zatem teraz ustalenie w ramach prowadzonego postępowania kościelnego, czy abp Sławoj Leszek Głódź i/lub bp Ryszard Kasyna (wówczas biskup pomocniczy gdański, obecnie biskup pelpliński) jesienią 2011 r. poznali prawdziwe powody prośby rodziców pani Agnieszki o przeniesienie ks. Michała L. z ich parafii w inne miejsce.

W lutym 2020 r. abp Głódź w specjalnym oświadczeniu stwierdził: „Chcę podkreślić, że nie wykazałem żadnej opieszałości w sprawie jakichkolwiek duchownych, którzy dopuścili się przestępstwa. Prowadzone są one zgodnie z procedurami określonymi przez Stolicę Apostolską i Konferencję Episkopatu Polski”. Zapowiedział wtedy również, że wobec padających pod jego adresem oskarżeń „wystąpi na drogę działań prawnych”, czego jednak nie zrealizował. Czy rzeczywiście w tej sprawie nie było bagatelizowania przestępstwa, opieszałości i kanonicznych zaniedbań?

Być może sedno problemu tkwi tu w biskupiej nieumiejętności spojrzenia na gwałt oczami osoby skrzywdzonej

Najwięcej, rzecz jasna, mogą na ten temat powiedzieć sama pokrzywdzona i jej najbliższa rodzina. Według informacji medialnych pani Agnieszka mówiła, że w roku 2011, bezpośrednio po gwałcie, jej rodzice rozmawiali z proboszczem i osobiście z bp. Kasyną. Miały się też odbywać narady duchownych w tej sprawie z udziałem abp. Głódzia.

Janowi Błaszkowskiemu z TVN pani Agnieszka mówiła: „Biskupi schowali to pod dywan”. Według niej ostatecznym argumentem skłaniającym przełożonych do jakiejkolwiek interwencji (czyli przenosin do innej parafii) była groźba matki, że o sprawie zostaną poinformowane media. Adwokat pokrzywdzonej, Paweł Łukasiak, mówił zaś przed rokiem: „Nikt z Kurii nie pofatygował się, by porozmawiać z panią Agnieszką. Jedyny kontakt Kurii z moją klientką był wówczas, gdy stanęła ona przed Trybunałem Metropolitalnym”.

Prawdę znają oczywiście sami wymienieni biskupi. Przed sądem podobno zeznawali jednak, że nie pamiętają sprawy z 2011 r.

Doskonale temat zna także ks. kanonik Stanisław Linda, który od 2010 r. jest proboszczem parafii Matki Bożej Bolesnej. Zeznawał on w procesie ks. Michała L., lecz treść jego zeznań jest niejawna. Według relacji dziennikarskich ks. Linda został poinformowany o sprawie przez matkę pokrzywdzonej i/lub przez jednego ze swoich wikariuszy, a sam miał informować biskupa i osobiście spotykał się w tej sprawie z metropolitą. Miał pokazywać biskupowi – udostępnione mu przez pokrzywdzoną – esemesy, jakie otrzymywała Agnieszka od ks. Michała, proszącego ją, aby nie zgłaszała nikomu swojej krzywdy. Dwukrotnie proponowałem ks. Lindzie rozmowę na ten temat, ale pozostawił moje prośby bez odpowiedzi.

Niewykluczone, a wręcz bardzo możliwe jest, że doszło w tym przypadku do skandalicznej 7-letniej zwłoki w rozpoczęciu przez metropolitę gdańskiego procedury kanonicznej

Dotarłem także do dwóch innych księży, ówczesnych wikariuszy parafii na gdańskim Dolnym Mieście. Jeden nie chce w ogóle na ten temat rozmawiać. Drugi natomiast – bardzo życzliwie – wyjaśnia mi, że nic nie chce ukrywać, ale był spowiednikiem pokrzywdzonej, jest zatem związany tajemnicą tego sakramentu.

Z pewnością jest więcej osób posiadających wiedzę na temat działań podejmowanych w roku 2011 przez pokrzywdzoną, jej rodziców i przez archidiecezję. Widać więc, że kościelna komisja powołana w celu sprawdzenia prawidłowości postępowania byłego metropolity gdańskiego ma przed sobą sporo pracy.

„Zwykły” romans?

Przyszłe konsekwencje tej sprawy w odniesieniu do abp. Sławoja Leszka Głódzia mogą być bardzo znaczące. Być może sedno problemu tkwi tu w biskupiej nieumiejętności spojrzenia na gwałt oczami osoby skrzywdzonej. W mediach pojawił się bowiem znaczący cytat z wypowiedzi samego ks. Michała. Z jego zeznań, do których dotarły „Fakty” TVN, wynika, że abp Głódź miał w 2011 r. potraktować jego czyn nie jako przestępstwo, lecz jako romans. Jan Błaszkowski ujawnił fragment zeznań duchownego o spotkaniu z metropolitą. „Ochrzanił mnie – to jest mało powiedziane (…), że zamiast zająć się duszpasterstwem, to pozwalam sobie na miłostki jakieś”.

A owe „miłostki” to przecież – stwierdzony prawomocnie przez sąd państwowy w dwóch instancjach – dwukrotny gwałt księdza na zależnej od niego 17-latce, znajdującej się w trudnej sytuacji psychicznej. Biskup, który dowiaduje się o takim czynie, ma kanoniczny obowiązek rozpoczęcia wstępnego dochodzenia wyjaśniającego sprawę. Obowiązek podwójny – ze względu na wiek pokrzywdzonej poniżej 18 roku życia oraz ze względu na przymuszenie do współżycia i zastosowanie przemocy przez duchownego.

Abp Głódź miał w 2011 r. potraktować dwukrotny gwałt dokonany przez ks. Michała nie jako przestępstwo, lecz jako romans

W Gdańsku w 2011 r. żadnego dochodzenia w sprawie ks. L. jednak nie wszczęto. Wersję o relacji uczuciowej między pokrzywdzoną a ks. Michałem L. podtrzymywał przed sądem sam gwałciciel. Może i w kurii uznano tę sytuację za „zwykły” romans księdza z prawie dorosłą kobietą?

Byłoby to jednak poważne bagatelizowanie poważnego przestępstwa i wyraz niskiej skali moralnej wrażliwości ówczesnego metropolity gdańskiego. Ewentualna, nawet bardzo skromna, kara kanoniczna dla tego akurat biskupa miałaby w Polsce olbrzymie znaczenie symboliczne. Pokazywałaby bowiem, że w przypadku poważnych win nie ma osób nietykalnych. Co jednak uda się ustalić? I jakie decyzje zapadną?