Kościół, który kocham, potrzebuje jak najmniej deklaracji, a jak najwięcej ludzi żyjących Ewangelią, zdolnych wybaczać i o wybaczenie prosić.

I znowu przypowieść o winnicy (Mt 21, 33-43). Tym razem o chciwych dzierżawcach, którzy postanowili ją zawłaszczyć. Gdy na horyzoncie pojawili się wysłani po plon słudzy gospodarza, nie zostali najlepiej potraktowani. Gdy w bramach winnicy stanął jego syn, rozzuchwaleni dzierżawcy posunęli się do jeszcze większej niegodziwości. Postanowili go zabić, by pan nie miał komu przekazać dziedzictwa.

Ta przypowieść to zapowiedź śmierci Bożego Syna. Sponiewierany przez swoich i zabity, staje się kamieniem węgielnym powstającego Kościoła.

Czy ta przypowieść nie jest też sygnałem skierowanym do tych, którzy zostali zaproszeni do współpracy z Bogiem i do pełnienia odpowiedzialnych posług w Kościele? Czy to nie jest tak, że Jezus im, nam, mnie chce powiedzieć, że dobre owoce trudno znaleźć tam, gdzie ludzie obdarzeni przez Boga wielkim zaufaniem całą uwagę skupiają na sobie, gorliwie szukają przywilejów, z niecierpliwością oczekują awansów, są łasi na poklask i wyrazy uznania, imponuje im władza i nie dopuszczają myśli, że mogą ją utracić? Czy słowa Jezusa nie są przypomnieniem, że to On jest Panem winnicy, a my powołanymi dzierżawcami mającymi za zadanie troszczyć się o nią w Jego imieniu i Jemu oddawać należny plon?

Benedykt XVI na ostatniej audiencji generalnej, gdy kończył posługę Piotrową, powiedział: „Wiedziałem zawsze, że łódź Kościoła nie jest moja, nie jest nasza, lecz Jego”. Te słowa warto dla przypomnienia umieścić nie tylko w kancelariach parafialnych, kuriach biskupich, a nawet dykasteriach watykańskich, ale wszędzie tam, gdzie spotykają się, żyją, tworzą i modlą się uczniowie Jezusa. Ile razy przekonani o własnych racjach ludzie odrzucają inaczej myślących, inaczej modlących się, wyrażających swą wiarę na inny sposób? Podziały w Kościele, jeszcze bardziej wyostrzone w czasie pandemii, są efektem tego, że często zapomina się o podstawowej prawdzie: Kościół nie jest moją własnością, nie jestem w nim panem. Pan jest jeden.

Dobre owoce trudno znaleźć tam, gdzie ludzie obdarzeni przez Boga wielkim zaufaniem całą uwagę skupiają na sobie, gorliwie szukają przywilejów

Winnica Pańska będzie trwała i rozwijała się zgodnie z pragnieniem jej Założyciela, gdy wszyscy wierzący, duchowni i świeccy, zrozumieją, że ich rolą jest kochać i służyć, a nie zabiegać o zdobycie aktu własności Kościoła. „Mój Kościół” mogę mówić tylko wówczas, gdy chcę Go przytulić w geście miłości i oddania, nigdy zaś, gdy chcę Go zawłaszczyć dla siebie i manifestować w Nim swoją władzę.

„Mój Kościół”, czyli Kościół, który kocham, potrzebuje jak najmniej płomiennych oświadczeń, dokumentów i deklaracji, a jak najwięcej ludzi żyjących Ewangelią, ufnych w Bożą miłość, miłujących prostotę i pokorę, zdolnych wybaczać i o wybaczenie prosić. „Mój Kościół” do rozwoju i odnowy potrzebuje tych, którzy rozpoznają Jezusa w odrzuconych i wzgardzonych, którym obce jest pragnienie znaczenia i władzy, którzy mniej pouczają, a więcej kochają.

Tekst został przez autora opublikowany na Facebooku. Tytuł od redakcji