Jako uczniowie Chrystusa nie mamy prawa demonizować adwersarzy, gardzić nimi ani próbować ich niszczyć. W taki sposób nie dajemy odporu złu, tylko właśnie mu ulegamy.

Po publikacji na tych łamach tekstu „Obrona Ewangelii – ale jaka?” spotkałem się z komentarzem, że propaguję eskapizm, dobry dla kontemplatyków, ale nierealny w świecie, w którym chrześcijanie stale muszą walczyć z wrogimi ideologiami. Zastanówmy się zatem – z Biblią w ręku i patrząc na Jezusa – nad tym, jaka ma być nasza walka.

Chrystus króluje nie na sposób tego świata i nie oczekuje, by się za Niego dosłownie lub w przenośni bić (por. J 18,36). Wprowadza nas nie do oblężonej twierdzy, lecz na „drogę pokoju” (Łk 1,79), a Jego Ewangelii trzeba bronić przed myśleniem chrześcijan „nie po Bożemu, tylko po ludzku” (Mt 16,23). Lecz gdy już to rozumiemy – afirmując Boskie „słowo pojednania” z nami i całym światem (zob. 2 Kor 5,19) – wtedy możemy i powinniśmy się zająć sztuką walki, której uczy nasz Mistrz. Bo jednak Pismo mówi o byciu „żołnierzem Jezusa Chrystusa” (por. 2 Tm 2,3), choć zaznacza, że przeciwnikiem w tej walce nie są istoty „z ciała i krwi” (por. Ef 6,12).

Czemu służy duchowa broń

Choć Chrystus idzie do ludzi jako „Król łagodny” (Mt 21,5), to jednak w pewien sposób „przynosi z sobą miecz” (por. Mt 10,34), a tuż przed ukrzyżowaniem poleca uczniom „kupienie miecza” (por. Łk 22,36). Przy tym z fragmentu o „przynoszeniu miecza” jasno wynika, że to nie Jezus wypowiada wojnę, której powodem się staje – a zatem i my nie mamy prawa wzniecać konfliktu. Wywołują go wrogowie pokoju, który Chrystus uosabia (por. Ef 2,14) i którego każe życzyć wszystkim bez różnicy (por. Łk 10,5-6).

Wbrew mylącym kaznodziejsko-publicystycznym sformułowaniom Jezus jest nie „znakiem sprzeciwu”, tylko „znakiem zanegowanym (antilegomenon)”, czyli budzącym sprzeciw (por. Łk 2,34). A my pamiętajmy, że wprawdzie żyjąc po Jezusowemu wzbudzimy czasem sprzeciw, lecz z faktu, że budzimy sprzeciw, nie wynika automatycznie, że żyjemy po Jezusowemu.

Z kolei scena w Getsemani, gdzie Jezus zabrania użyć miecza przeciw napastnikom (por. Łk 22,49-51), potwierdza nie tylko niematerialny charakter broni, w którą mamy się zaopatrzyć, ale również niegodziwość używania jej przeciw ludziom.

Spierając się z faryzeuszami, Jezus nie zrywa w nimi relacji; będąc stanowczym, nie wpada w zacietrzewienie. Walczy bez wrogości

W języku Nowego Testamentu miecz symbolizuje słowo Boże (por. Hbr 4,12) jako instrument wnikliwego osądu ludzkiego wnętrza. Mówiąc po dzisiejszemu, miecz słowa służy oddzieleniu człowieka od duchowego nowotworu, który go niszczy. Działa jak skalpel chirurga. Jest to „miecz Ducha” (Ef 6,17), więc możemy po niego sięgać tylko kapitulując przed Duchem Chrystusa, dając się podbić „Chrystusowemu myśleniu” (nous Christou, por. 1 Kor 2,16). Inaczej będziemy naszych bliźnich „zabijać literą” Pisma (por. 2 Kor 3,6), zamiast asystować Lekarzowi dusz (por. Mt 9,12) przy ratujących życie operacjach… To najpierw mnie, wierzącego, ma przeniknąć świetliste ostrze – łagodne, lecz bezkompromisowe. Słowo Biblii jest nie po to, by się nim posługiwać, ale żeby mu się poddać i z respektem służyć nim Duchowi Boga oraz ludziom, nad którymi On pracuje.

Zgodnie z przywołanym już zastrzeżeniem, poprzedzającym w Liście do Efezjan opis „Boskiego rynsztunku” (zob. Ef 6,11-17), zarówno miecz słowa Bożego, jak i „pas prawdy” (spinającej osobiste życie), „pancerz prawości” (której nie przebiją oskarżenia), tarcza wiary-ufności (zatrzymującej destrukcyjne myśli) i „hełm wybawienia” (świadomość bycia ratowanym przez Boga), nie służą atakowaniu bliźnich. Wyposażenie „żołnierza Chrystusa” obejmuje też „sandały gotowości, by nieść Ewangelię pokoju”. Nasza walka w ramach pokojowego marszu przez ziemię to zmaganie o samych siebie i napotkane osoby, a przeciwnikami są „zwierzchnie moce ciemności w przestworzach” (por. Ef 6,12), zło z poziomu duchowego, pasożytujące na ludziach.

Jak walczą pokój czyniący

Gdy więc dochodzi do konfliktu z otoczeniem – nawet (i zwłaszcza) o pryncypia – nie mamy prawa demonizować adwersarzy, gardzić nimi, ani próbować ich ranić czy wręcz niszczyć. W taki sposób nie dajemy odporu złu, tylko właśnie mu ulegamy. Zamiast pancerza prawości wkładamy zbroję rygoryzmu, naszą tarczą staje się fanatyzm, przepasujemy się łańcuchem doktrynerstwa, a na głowę wbijamy kask podejrzliwości. Depczemy ludzi butami arogancji, wywijając cytatami z Pisma i wszystkich świętych. Płoniemy gniewem na grzeszny świat, nie widząc, że „ludzki gniew sprawiedliwości Bożej nie wypełnia” (Jk 1,20). A toksyczna zbroja niszczy nas samych.

W królestwie Bożym wszystko jest ze sobą spójne, nie da się osiągać dobrego celu podłymi środkami ani oddzielić formy od treści. Nie mówmy, że bronimy czci Boga, jeśli przy tym zwalniamy się z szacunku i empatii wobec kogoś, kto jest Jego obrazem – nawet gdy ten człowiek jawi się nam jako grzesznik, gorszyciel, bluźnierca. Marnotrawny syn nie przestaje być synem (por. Łk 15,24).

Bóg, w którego wierzymy, jest „dobry dla niewdzięcznych i złych” (Łk 6,35) oraz „nie postępuje z nami według naszych grzechów” (Ps 103,10). Przypisywane Mu w Biblii karanie to w gruncie rzeczy zgoda, by ktoś uparcie tkwiący w złu odkrył jego samobójczą naturę. Czytamy w Psalmach: „Własna przemoc spadnie mu na ciemię (…) zostawiłem ich we własnej twardości serc, niech idą za swymi zamysłami (Ps 7,17; 81,13). Jeśli Chrystus plastycznie kreśli obraz autodestrukcji, jakiej ulega deprawator dzieci i ludzi prostych – mówiąc, że lepsze byłoby dla kogoś takiego utopienie w morzu z kamieniem młyńskim u szyi (por. Mt 18,6) – to nie wolno nam tego traktować ani jak Boskiej groźby, ani jak instrukcji dla inkwizytorów.

Nie ten naprawia świat, kto w kółko wytyka bliźnim błędy, lecz ten, kto całym sobą pokazuje urok życia w harmonii z Jedynym Dobrym

Ale przecież sam Jezus nazywał niektórych „pomiotem żmij” (Mt 23,33) i pewnego razu powywracał stoły w słusznym gniewie! Wielu chrześcijan oburzonych na świat skwapliwie o tym przypomina. Wypadałoby równie gorliwie pamiętać, że właściwie jedynymi adresatami gniewnych mów są w Ewangeliach obrońcy religii pilnujący systemu zasad, zamiast dbać o relacje z Bogiem i ludźmi. A jedyny przykład gwałtownego zachowania Nazarejczyka to protest przeciw robieniu interesów na pobożności…

Ta ostatnia sytuacja to czytelna wskazówka, żebyśmy (jako jednostki i jako wspólnota) surowo oceniali grzechy własne, a nie cudze. Natomiast wobec upadłych – od prostytutek i poborców rzymskich opłat po oficerów okupacyjnej armii – Jezus okazywał delikatność, nie tracąc swej moralnej tożsamości. Nie ten naprawia świat, kto w kółko wytyka bliźnim błędy, lecz ten, kto całym sobą pokazuje urok życia w harmonii z Jedynym Dobrym (por. Mt 19,17).

Nie można jednak zaprzeczyć, że w przypadku konfrontacji z zepsutymi faryzeuszami Jezus walczy. Walczy z głoszeniem szkodliwych zasad oraz ze zniewalaniem innych chorym ideałem religijności. Zauważmy, że widzi przy tym pozytywy swych adwersarzy, nie neguje totalnie ich autorytetu jako znawców i nauczycieli Pisma (Mt 23,3) – choć bez ogródek demaskuje nadinterpretacje i nadużycia, jakich się dopuszczają (zob. Mt 23,15-24; Mk 7,10-12). Jednak krytycyzm w odniesieniu do tej grupy nie przeszkadza Mu utrzymywać z jej przedstawicielami kontaktów towarzyskich, spotykać się z nimi przy stole (Łk 7,36; 14,1). Potrafi też spokojnie dyskutować (zob. Łk 7,40-47; 10,25-37).

A zatem spierając się z faryzeuszami, Jezus nie zrywa w nimi relacji; będąc stanowczym, nie wpada w zacietrzewienie. Walczy bez wrogości, bo Jego gniew to namiętny sprzeciw wobec czegoś, czym nie tylko krzywdzą innych (zob. Mt 23,4; Mk 12,40), ale co również niszczy ich samych od środka. Mocne słowa, do których czasem się posuwa, mają otrzeźwić duchowych samobójców i wypowiada je Ktoś gotowy za nich oddać życie (co w końcu zrobi).

Gwałtowność zakotwiczona w pokoju

Żeby móc naśladować Tego, kto – pozostając „łagodnym i pokornym” (Mt 11,29), oraz unikając „podnoszenia krzyku na ulicach” (zob. Iz 42,2) – umie w razie potrzeby „uderzyć ziemię rózgą swych warg” (Iz 11,4), trzeba głęboko oddychać Jego Duchem.

Wyciszając się przy Chrystusie, możemy chłonąć usposobienie, które On sam czerpał z „głębiny Boga” (zob. 1 Kor 2,10), oraz przyswajać sobie Boski styl walki. Możemy uczyć się reagować na wyzwania życia nie z poziomu emocji, lecz z głębi wewnętrznego zjednoczenia „z Ojcem wszystkich, który jest nad wszystkimi, działa przez wszystkich i trwa we wszystkich” (Ef 4,6).

Celem konfrontacji z ludźmi dopuszczającymi się zła jest w gruncie rzeczy odbudowa wspólnoty z nimi. Komunia z „Bogiem pokoju” (Rz 15,33) uzdalnia – by użyć sformułowania brata Rogera z Taizé – do „gwałtowności pokój czyniących” (la violence des pacifiques). Taka jest gwałtowność Chrystusa, „Króla łagodnego” (por. Mt 21,5), który zgodnie z proroctwem zwalcza samego ducha walki i używa siły przeciwko przemocy: „Zniszczy rydwany Efraima i rumaki Jeruzalem, a łuk wojenny połamie. I ogłosi pokój narodom” (Za 9,10). Ta gwałtowność to nie ludzka wściekłość, będąca elementem spirali odwetu, lecz dojrzała reakcja Kogoś zakotwiczonego w harmonii z Bogiem i stawiającego granice chaosowi.

Wprawdzie żyjąc po Jezusowemu wzbudzimy czasem sprzeciw, lecz z faktu, że budzimy sprzeciw, nie wynika automatycznie, że żyjemy po Jezusowemu

Wydaje się, że symboliczną ilustracją tej zasady może być opowieść o „skarceniu wichru” przez Jezusa podczas sztormu na jeziorze (zob. Mk 4,35-41). Zawiera ona wzmiankę, że w momencie powstania burzy Mistrz spał w tyle łodzi – i ocknął się dopiero po chwili, zbudzony przez uczniów. Kontrast miedzy paniką towarzyszy a Jego snem „na zagłówku” (jak precyzyjnie odnotował Marek) pokazuje ogrom wewnętrznego wyciszenia. Jezus żyje „w Ojcu” (por. J 14,10), zanurzony w Jego obecności i afirmujący ją w głębi siebie. Ufna bliskość z Tym, który „uśmierza huk morza, huk jego fal i zgiełk narodów” (Ps 65,8), daje Mu zarówno spokój, jak i siłę, żeby rzucić pod adresem żywiołów: „Milcz, cicho bądź!” (Mk 4,39).

To wewnętrzne zakotwiczenie w komunii z Ojcem nie zawsze zmienia (jak w przypadku burzy na Genezaret) okoliczności, lecz zawsze ratuje – nieco później pomoże prowadzonemu na krzyż „uczynić twarz swoją jak krzemień” (Iz 50,7), z kamiennym spokojem znosić zniewagi i tortury. Przy tym pokój serca oddanego Bogu nie oznacza braku emocji i nie wyklucza ani wstrząsów, ani cierpienia.

Zanim Jezus wszedł niewzruszony między oprawców, przeżywał swój spazm lęku w Getsemani (zob. Łk 22,44). Już na krzyżu doświadczył chwili porażającej ciemności, choć jednocześnie Duch Ojca pozwolił Mu to wyrazić słowami Pisma. Krzyk „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Ps 22,1; Mk 15,34) okazuje się świadectwem więzi z pozornie nieobecnym, w którego objęciach Ukrzyżowany tonie głębiej niż w śmierci: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego!” (Łk 23,46; por. Ps 31,6). Również dzięki tej więzi Jezus zwycięża nie swoich wrogów, lecz ich wrogość, której wybuch przyjął na siebie bez odwzajemniania się tym samym. Ludzka wrogość tonie w Nim i przepada, Chrystus „uśmierca wrogość w sobie” (zob. Ef 2, 16).

Mądrość i moc wyciszenia

Podczas gdy „ludzki gniew” (Jk 1,20) popycha do wrogiej konfrontacji, mądrość „z góry” (zob. Jk 3,17) uczy: „Wstrzymajcie się i we Mnie uznajcie Boga” (Ps 46,11). Nie będziemy wiedzieć, kiedy mocniej potrząsnąć czyimś sumieniem, kiedy „poprawiać z łagodnością” (2 Tm 2,25), a kiedy tylko dyskretnie emanować „aromatem Chrystusa” (2 Kor 2,14) w nieprzyjaznym otoczeniu, jeśli nie postawimy Boga, „jedynego mądrego” (Rz 16,27) ponad naszymi przekonaniami i „religijnymi uczuciami”.

Tak, trzeba „sprzedać płaszcz i kupić miecz” (Łk 22,36) – nabyć „obosieczny miecz” słowa Bożego, wnikający najpierw we mnie, żeby „osądzić intencje i myśli”, oddzielić porywy duszy od natchnień Ducha (Hbr 4,12). Trzeba go nabyć kosztem płaszcza przyzwyczajeń, okrycia utkanego z bezpiecznych pewników. Nie chodzi o negację tego, „czego się nauczyłem” z Pisma i apostolskiej tradycji (zob. 2 Tm 3,14), lecz o porzucenie togi mędrca, o nagość wobec badającej mnie Prawdy (zob. Hbr 4,13). „Jeśli ktoś sądzi, że coś wie, to jeszcze nie wie, jak należy wiedzieć” (1 Kor 8,2).

Nie potrafimy toczyć „dobrego boju wiary” (zob.1 Tm 6,12) bez przekłucia bańki dogmatyzmu, abstrakcyjnej ortodoksji, nabożnej „wiedzy, która czyni nadętym” (zob. 1 Kor 8,1). Może ją przekłuć ostrze, które nie rani, bo „miecz Ducha” jest orężem Pocieszyciela, narzędziem wsparcia. Jego cięcie uwalnia, otwiera kokon sztywnej religijności i pozwala odetchnąć powiewem znad „zielonych pastwisk i spokojnych wód” (zob. Ps 23,2). Daje swobodę bycia posłusznym Bogu jak dziecko, zamiast być wobec Niego poprawnym jak najemnik (por. Łk 15,19).

Nie mówmy, że bronimy czci Boga, jeśli przy tym zwalniamy się z szacunku i empatii wobec kogoś, kto jest Jego obrazem

„Posłuszeństwo wiary” (Rz 16,26) bierze się z „posłuchania” głosu Dobrego Pasterza (zob. J 10,4), wsłuchania się w Słowo miłości Ojca i uwierzenia tej miłości (zob. 1 J 4,16). W duchu takiego posłuszeństwa można „walczyć za wiarę i łagodną sprawiedliwość” (Ps 45,5), wiedząc, że dla Boga sprawiedliwe jest nie potępienie marnotrawnego, lecz odzyskanie jego serca: „Należało się cieszyć i radować, bo ten twój brat był umarły, a ożył, zgubił się, lecz się odnalazł” (Łk 15,32).

Żeby przyswoić Jezusową sztukę walki i (zamiast bić ludzi pałką „litery”) rozcinać ich więzy „mieczem Ducha” (por. 2 Kor 3,6), potrzebujemy lektury Pisma przez pryzmat słów i zachowań Tego, który je „wypełnił” – ucieleśnił w sobie sens Boskich pouczeń (zob. Łk 24,27). Potrzebujemy „przemiany przez odnawianie umysłu” (zob. Rz 12,2), ciągłego nawracania się na mentalność naszego Mistrza. Potrzebujemy też bardzo otwierania się na wpływ Chrystusa przez proste trwanie przed Nim, obecnym tutaj i teraz, chociaż nieuchwytnym.

Oddychając ciszą wobec Ukrytego, „zakorzeniamy się” w Nim (zob. Kol 2,7). Nasza walka z siłami mroku wymaga takiej kontemplacyjnej podbudowy. Pismo uczy: „Nawrócenie i spokój da wam wybawienie, w ciszy i ufności będzie wasza siła” (Iz 30,15). Kto nie pielęgnuje chwil milczenia przy sercu Jezusa, ten w zamęcie świata nie walczy, tylko się miota.