Jeśli stworzony przez Kalinę Jan Paweł II miałby być Mojżeszem przeprowadzającym jakiś nowy naród wybrany, czyli Polskę, przez Morze Czerwone, to nie ma on w sobie nic z mocarza. To Jan Paweł II sfrustrowany Polską.

Na dziedzińcu Muzeum Narodowego w Warszawie stanął pomnik papieża Jana Pawła II. Pośrodku basenu wypełnionego breją o kolorze niedojrzałej wiśni papież trzyma nad sobą kamień-meteoryt. Nie bardzo wiadomo, po co go trzyma. Żeby gdzieś zanieść, przenieść, położyć? A może żeby nim cisnąć w tę czerwoną kałużę? Przecież nie po to, by trzymać dla trzymania. To nie podnoszenie ciężarów.

Autor instalacji, Jerzy Kalina, nazwał ją „Zatrutym źródłem”. Co w tym źródle robi papież? I kto to źródło zatruł? Samo dzieło niestety na te pytania nie odpowiada. W materiałach muzeum można przeczytać: „W ujęciu Kaliny Jan Paweł II nie jest bezsilnym, starym człowiekiem przygniecionym meteorytem, lecz tytanem o nadludzkiej sile”. Tytan? A może wkurzony Mojżesz?

Z tej studni pijemy trucizny

Nie wiem, czy wymyślając tytuł, Kalina pamiętał o „Strumieniu” z  poematu „Tryptyk rzymski” Jana Pawła II. Druga część „Strumienia” zatytułowana jest właśnie „Źródło”. Papież pisze: „Jeśli chcesz znaleźć źródło, / musisz iść do góry, pod prąd. / Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj, / wiesz, że ono musi tu gdzieś być – / Gdzie jesteś, źródło?… Gdzie jesteś, źródło?”.

Ciekawe, że źródło jest nie tylko przedmiotem poszukiwań papieża, ale także jego rozmówcą. Nie pyta on „gdzie jest?”, ale „gdzie jesteś?”. Podmiotowi lirycznemu odpowiada cisza, która prowokuje do dalszych pytań o tajemnicę początku. W końcu papież zwraca się bezpośrednio: „Pozwól mi wargi umoczyć / w źródlanej wodzie / odczuć świeżość, ożywczą świeżość”. Cała rozmowa ze źródłem dokonuje się w dwóch kontekstach. Jednym jest zdumienie, które od chwili stworzenia pozostaje udziałem człowieka. Drugim – zmaganie, które towarzyszy poszukiwaniu źródła, a więc początków, genezy, owego „rodzaju”, który dał nazwę pierwszej księdze Biblii. Źródło to początek, czystość, życie, stworzenie, nieskazitelność, „woda żywa”, o którą Samarytanka prosi Jezusa.

Jerzy Kalina, „Zatrute źródło”
Jerzy Kalina, „Zatrute źródło”. Fot. Jakub Halcewicz

Zatruwanie źródeł, a właściwie studni, w których bije źródło, było jednym z najpierwotniejszych sposobów prowadzenia wojen. Zatruć wodę, źródło, studnię to de facto skazać człowieka na śmierć lub choćby chorobę. Metaforę zatrutej studni wykorzystał Jacek Malczewski w swoim cyklu pięciu płócien noszących ten sam tytuł – „Zatruta studnia”.

Obrazy te – czytane w kluczu symbolicznym – stały się natchnieniem dla Lucjana Rydla, który napisał do nich wierszowany komentarz. Motywem przewodnim jest historia Polski, która wyrosła „na ziemi praojców” jako „przeczysta krynica”. Niestety „studnię zatruła nam zła Upiorzyca”, „I odtąd, synowie nieszczęsnej Ojczyzny, / Od dziecka z tej studni pijemy trucizny”. Tekst Rydla pozbawia złudzeń co do przyszłych losów ojczystych: „A przyszłość? A młodzi?… Na studni cembrzynie / Dziewczątko niebożę usiadło, W jej żyłach z krwią razem trucizny jad płynie”.

Do motywu zatrutej studni powrócił jeszcze Jacek Kaczmarski, który w tekście napisanym w roku 1980 wydaje się podzielać fatalizm Rydla. Zdaje się, że są dwaj w nas Polacy. Jest taki, który „póki życia każdą chwilę strawi / Żeby zatrute źródło bólu zdławić”, ale też i ten, do którego poeta zwraca się słowami wyrzutu: „Nie wierzysz, uśmiech twoją twarz rozjaśnił / Bo tyś się dawno już z tej studni napił!”.

Krwi nie odmówi nikt

Myśli o Malczewskim, Rydlu i Kaczmarskim przyszły mi do głowy, gdy przeczytałem w materiałach prasowych: „instalacja z figurą papieża ciskającego głaz w czerwoną wodę nie jest pomnikiem, ma charakter efemeryczny, wpisuje się w nurt sztuki zwany site-specific. […] Dzieło należy zatem analizować w kontekście otaczającej je przestrzeni i architektury muzeum. Skrzydła gmachu tworzą wizualną ramę oraz kontekst historyczno-symboliczny, z którymi wchodzi ono w dialog. Sam tytuł, zobrazowana postać świętego trzymającego wielki głaz oraz czerwona woda w niecce fontanny, nawiązują do polskich mitów i symboli. Stawiają pytania o rolę sztuki, tradycji i pamięci”.

Muzeum to świątynia historii. Muzeum Narodowe to świątynia historii narodu. Tutaj otwiera się całe pole interpretacyjne.

Zatrute źródło bije na dziedzińcu Muzeum Narodowego, a nie gdzie indziej. Skoro przestrzeń instalacji stanowi jej ramę interpretacyjną, to nie ma innego kontekstu jak tylko historyczny, patriotyczny, ojczyźniany

Czyżby Kalina, który stał się artystą „dobrej zmiany”, wpadł w pułapkę, którą sam stworzył? Zatrute źródło bije na dziedzińcu Muzeum Narodowego, a nie gdzie indziej. Skoro przestrzeń, w której pojawiła się instalacja, stanowi jej istotną ramę interpretacyjną, to nie ma innego jak tylko historyczny, patriotyczny, ojczyźniany. To z tą ideą, którą ucieleśnia gmach muzeum, dialoguje artysta.

Nie da się w tym kontekście nie pomyśleć o czerwieni jako symbolu krwi, która wodę zatruwa, a nie ożywia. Krew i woda – pomieszane ze sobą – choć zdają się być symbolicznie piękne, nie są wcale życiodajne. Krew wodę zatruwa. Owszem, „krwi nie odmówi nikt”, tylko czy rzeczywiście zawsze daje ona życie?

Polski Mojżesz?

Pośród tej czerwieni staje papież z meteorytem nad głową. Nawiązanie do pracy Maurizio Cattelana jest zamierzone. Nic odkrywczego nie podpowie nam konfrontacja tych prac. To raczej istotne ograniczenie artystyczne niż dodatkowa wartość. Aby relacja do pracy „La Nona Ora” była czytelna, Kalina musiał użyć podobnego materiału co Cattelan. Skąd więc meteor nad głową papieża? Wstał z upadku i podniósł, by teraz cisnąć nim w narodowo-ojczyźnianą zatrutą studnię? Dokonał rewanżu na „lewackiej” sztuce?

Gdy zobaczyłem rzeźbę na dziedzińcu muzeum, postura Jana Pawła II, kształt jego rąk, pozycja, wygląd twarzy wywołały we mnie jeszcze jedno skojarzenie – z Mojżeszem rozbijającym tablice Dekalogu. „A Mojżesz zbliżył się do obozu i ujrzał cielca i tańce. Rozpalił się wówczas gniew Mojżesza i rzucił z rąk swoich tablice i potłukł je u podnóża góry” (Wj 32, 19). Spójrzmy choćby na obraz Rembrandta, który – jak chcą niektórzy – ukazuje Mojżesza w chwili gniewu na moment przed rzuceniem tablic o ziemię.

Łatwo robić rachunek sumienia innym i wskazywać na tych, którzy wyczyniają „ekscesy z symbolami religijnymi”. Trudniej zapytać o własną wierność tym symbolom

Jeśli stworzony przez Kalinę Jan Paweł II miałby być Mojżeszem przeprowadzającym jakiś nowy naród wybrany, czyli Polskę, przez Morze Czerwone, to nie ma on w sobie – wbrew intencjom wyrażanym przez samego autora – nic z tytana, atlety, mocarza. To Jan Paweł II sfrustrowany Polską.

Owszem, sam artysta ma prawo twierdzić, że dotąd nie pozbyliśmy się „czerwonych złogów z polskich ulic” i że trzeba nam Jana Pawła II, by się ich pozbyć. To jego wizja rzeczywistości. Ale może dobrze byłoby przypomnieć słowa samego zainteresowanego? „«Jeden drugiego brzemiona noście»” – to zwięzłe zdanie Apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni – przeciw drugim. I nigdy «brzemię» dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza nad solidarność. Nie może być program walki ponad programem solidarności. Inaczej – rosną zbyt ciężkie brzemiona. I rozkład tych brzemion narasta w sposób nieproporcjonalny” – tak mówił Jan Paweł II w Gdańsku na Zaspie 12 czerwca 1987 r.

Tańce wokół cielca

Nie to było zamysłem Kaliny, ale – nolens volens – artysta ukazał Jana Pawła II jako człowieka samotnie dźwigającego brzemię, pogrobowca solidarnościowej idei. Może trzeba więc zapytać o naszego cielca i tańce wokół niego. Mojżesz zszedł do swoich, do tych, którzy – zapomniawszy o Bogu – oddali się bałwochwalczym tańcom. Łatwo jest robić rachunek sumienia innym i wskazywać na tych, którzy wyczyniają „ekscesy z symbolami religijnymi”. Trudniej zapytać o własną wierność tym symbolom.

Jakie kręgi ukażą się na „Morzu Czerwonym” Polski, gdy Jan Paweł II ciśnie w owo morze meteorytem, owym kamieniem z góry, kamieniem z nieba? Praca Kaliny nie odpowie nam oczywiście na to pytanie. Czy się morze rozstąpi? Kogo pochłoną „powracające fale” (Wj 14,28). Odpowiedzi zależą od przyjętych ram interpretacyjnych, od spojrzenia widza. Łatwo wziąć czerwoną kałużę za duchowy Egipt i niewolę. Za plagę, która zamieniła w krew Nil i wszystkie wody Egiptu (Wj 7,19-20). „Gdzie jesteś, źródło?” – wciąż pyta Jana Paweł II z tryptyku. Co jednak zrobić, gdy się okaże, że zatrute źródło bije w nas i że – być może – samiśmy je zatruli?  

Praca Kaliny poddana jest powszechnej krytyce, z którą należy się zgodzić. I nie ma sensu jej tutaj przywoływać. To artystycznie słaba praca. Okazuje się, że jej największą siłą jest potencjał memiczny. Ten zasłużony artysta, który kojarzy się ostatnio prawie wyłącznie z pomnikiem smoleńskim, a który w stanie wojennym i później w swoich świetnych pracach głosił mądrość krzyża, dzisiaj jednak oddał się doraźnej publicystyce. A publicystyka – jakakolwiek by była: lewicowa czy prawicowa – sprowadza dzieło wyłącznie do jednego z głosów publicznego dyskursu. Taki jest los wszelkiej sztuki krytycznej. Twórca zapomniał jednak, że jak przez oślicę Balaama, tak i przez złą sztukę Pan może przemówić.