Niezależnie od wyniku negocjacji między Kaczyńskim a Ziobrą wydarzenia ostatnich dni to więcej niż sezonowa polityczna burza.

Ze zdumienia przecierają oczy nie tylko uważni obserwatorzy polskiej sceny politycznej, ale chyba wszyscy. Oto koalicja Zjednoczonej Prawicy – po pięciu latach wspólnych rządów, serii zwycięskich kampanii wyborczych i z perspektywą trzech lat niemal nieograniczonej władzy – sama zafundowała sobie głębokie polityczne turbulencje. Takich wstrząsów polska polityka nie pamięta bodaj od czasów burzliwej koalicji PiS-Samoobrona-LPR w latach 2006-2007.

Prawdziwych przyczyn tego niespodziewanego kryzysu trudno oczywiście szukać w projektach dwóch ustaw (o zwierzętach i prawnej ochronie urzędników), które bezpośrednio poróżniły partie Zjednoczonej Prawicy. Rzecz chyba także nie w samych politycznych animozjach w obozie „dobrej zmiany”, o których od dawna donoszą media. Obie inicjatywy, a także polityczne ambicje, uznać można co najwyżej za polityczny katalizator głębszego procesu politycznego, który zaczął się rok temu: gdy obóz władzy w obecnym koalicyjnym kształcie znalazł się w politycznym klinczu – koniecznej współpracy i nieusuwalnej rywalizacji. 

Jak się robi koalicje

Funkcjonalne koalicje polityczne udają się na ogół w dwóch przypadkach. Albo gdy tworzące je partie są na tyle różne programowo, że swymi ambicjami nie wchodzą sobie w drogę, albo gdy zasadnicza różnica potencjału między nimi nie pozostawia wątpliwości, kto rozdaje karty. 

Pierwszy warunek zachodzi z grubsza w relacjach między PiS-em, kierującym się do szerokiego elektoratu socjalno-konserwatywnego, a Porozumieniem Jarosława Gowina, które próbuje celować w elektorat centrowy, a nawet wielkomiejski. W tym sensie, niezależnie od napięć i różnicy zdań (jak w przypadku majowych wyborów prezydenckich), we współpracy obu partii pojawiać się może nawet wartość dodana: dla PiS-u będzie nią posiadanie oferty dla miejskiego wyborcy, a dla niedużego środowiska Gowina – udział we władzy.

Inaczej natomiast wyglądają dziś relacje między PiS-em a Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry. Obie partie mają bowiem dość podobne przesłanie polityczne, koncentrujące na kontestacji status quo sprzed roku 2015 i kierują się właściwie do tego samego elektoratu. Fakt, że w latach 2015-2019 mogły w miarę spokojnie współpracować, wynikał głównie ze wskazanego wyżej warunku drugiego istnienia funkcjonalnej koalicji, czyli z zasadniczej i czytelnej dla każdego różnicy politycznych potencjałów.

Oto na politycznej ziemi swego seniora i jego kosztem Ziobro buduje własne niezależne księstwo. A w przyszłości być może i królestwo

I tu dochodzimy do istoty dzisiejszych napięć. Sytuację istotnie zmieniły bowiem ubiegłoroczne jesienne wybory parlamentarne. Wprawdzie wygrał je obóz Zjednoczonej Prawicy, ale kształt tego zwycięstwa – i wyłaniająca się z niego nowa sejmowa geografia – zasadniczo ograniczył pole politycznego manewru PiS. 

Nie chodzi nawet o to, że Gowin i Ziobro wprowadzali do Sejmu w sumie prawie 40 posłów. Rzecz w tym, że po roku 2019, inaczej niż po roku 2015, PiS nie ma już w opozycyjnych klubach żadnej ławki posłów potencjalnie rezerwowych, której istnieniem mógł dyscyplinować koalicyjnych partnerów. Oznacza to, że bez wywracania parlamentarnego stolika PiS skazane jest na współrządzenie z Porozumieniem i Solidarną Polską, a to z kolei – co pokazały ostatnie tygodnie i dni – zmieniło zasadniczo polityczną samoświadomość i aspiracje środowiska politycznego Ziobry. 

Po długich miesiącach kampanii prezydenckiej, która opisywaną tu sytuację niejako zamroziła, Solidarna Polska przejęła od Prawa i Sprawiedliwości sztandar walki ze środowiskami LGBT i rozpoczęła marsz ku własnej politycznej podmiotowości, a także ku własnemu – również odebranemu PiS-sowi – konserwatywnemu wyborcy. Ten marsz zamienia dotychczasowego politycznego lennika w politycznego księcia: oto na politycznej ziemi swego seniora i jego kosztem Ziobro buduje własne niezależne księstwo. A w przyszłości być może i królestwo.

Ziobro mocniejszy

Trudno się dziwić politycznemu przebudzeniu Solidarnej Polski. Do jej polityków, coraz bardziej świadomych bezalternatywnej pozycji w obozie władzy, coraz mocniej dociera, że ich droga do upodmiotowienia się wiedzie nie tyle przez trwanie przy stoliku, ile przez polityczną rywalizację z PiS-em. 

Trudno też dziwić się emocjonalnej reakcji PiS-u, który w ostatnich dniach nerwowo próbuje znaleźć drogę wyjścia z kryzysu. Tym bardziej, że Jarosław Kaczyński musi dziś politycznie walczyć nie tylko – i być może nie przede wszystkim – o subordynację Solidarnej Polski, lecz także o spójność własnej partii. Wiele wskazuje bowiem na to, że część polityków PiS-u, nieprzekonanych do odwołania premier Beaty Szydło w roku 2017, z uwagą przygląda się próbie politycznej wolty Zbigniewa Ziobry i w razie jej powodzenia mogłaby wyciągnąć z niej daleko idące wnioski.

Kaczyński musi dziś politycznie walczyć nie tylko – i być może nie przede wszystkim – o subordynację Solidarnej Polski, lecz także o spójność własnej partii

Można powiedzieć, że niezależnie od wyniku negocjacji między Kaczyńskim a Ziobrą wydarzenia ostatnich dni to nie sezonowa polityczna burza, po której nad obozem „dobrej zmiany” znów wzejdzie słońce oślepiające zaspaną opozycję, ale głębokie polityczne tąpnięcie odsłaniające obraz politycznego klinczu – sytuację skrzyżowania się politycznych interesów dwóch środowisk, które twardo między sobą rywalizując o ten sam polityczny elektorat, muszą ze sobą zarazem współpracować.

Sekwencja wydarzeń – od sejmowej wolty Solidarnej Polski, przez publiczne dyskredytowanie przez PiS środowiska Zbigniewa Ziobry, po przedłużające się twarde negocjacje – raczej umacnia pozycję ministra sprawiedliwości, niż ją osłabia. Co wskazany wyżej strukturalny konflikt czyni jeszcze poważniejszym.

Za oknami gabinetów

By oddać pełną dramaturgię tego politycznego obrazu, trzeba na koniec oderwać się od poziomu samej gry politycznej i dostrzec, że za oknami gabinetów zbierają na polskim niebie coraz ciemniejsze chmury – pandemii, kryzysu gospodarczego czy strukturalnych problemów społecznych i służby zdrowia.

Od polityków obozu rządzącego mamy prawo oczekiwać, że w swych politycznych rozgrywkach będą pamiętali także o tym, że z władzy mają robić na co dzień dobry użytek. A od opozycji – że swą polityczną zręcznością i prezentowaniem wyraźnej politycznej alternatywy będzie skłaniać władze do lepszego rządzenia.