Reakcja młodzieży na lockdown wystawiła bez znieczulenia ocenę programowi wychowawczemu realizowanemu w danej szkole. Żeby chcieć współtworzyć warunki pracy zdalnej, wspierać kadrę i podporządkować się specyficznym wymaganiom nauki online, uczniowie musieli wcześniej czuć się w szkole jak u siebie.

[…] początki były mimo lęku wywołanego nadejściem pandemii dość atrakcyjne. W wielu szkołach lekcje online udało się zorganizować błyskawicznie. W niewielkim prywatnym liceum w mieście stołecznym, gdzie uczę, nie straciliśmy ani jednej godziny! Uczniowie, zaalarmowani przez system Librus, służący dotąd przede wszystkim jako elektroniczny dziennik, w ciągu jednego popołudnia zorganizowali grupy klasowe w komunikatorze Messenger – i następnego dnia o ósmej spotkaliśmy się na czacie.

Zanim przedstawię ciemną stronę tej sytuacji, najpierw o tym, co dodawało otuchy. Wydaje się dość oczywiste, że umysł nastolatka lubi okoliczności niezwykłe, bodźce zaskakujące i że wychowawczo korzystna jest sytuacja, w której uczeń nie jest wprawdzie zostawiony sam sobie (bo nauczyciel przedstawia przecież konkretny problem do rozwiązania), ale może poczuć się kimś od nauczyciela sprawniejszym, na jakiś czas przejąć od niego inicjatywę. Taka chwilowa zamiana ról – nauczyciel zgłasza, że trzeba np. skonfigurować grupę w internecie, a uczeń wie, jak to zrobić – nie dość, że pozwala młodemu człowiekowi się wykazać, to jeszcze nas, nauczycieli, uczłowiecza. Nie ma nic bardziej odstręczającego niż belfer, który jakoby zna się na wszystkim i wszystko wie lepiej. Rzecz jasna, takich chodzących doskonałości realnie nie ma i podobny wizerunek, celowo lub mimowolnie przez nas kreowany, musi prędzej czy później się rozsypać. Zatem ograniczona bezradność, którą mogliśmy ujawnić, zbudowała kolejną (daj Boże, nie pierwszą) nić porozumienia między obiema stronami szkolnego spotkania. „Poradźcie mi” – to bezcenne zdanie, jeśli nauczyciel ma być wiarygodny. I ono właśnie padało w wielu szkołach po 11 marca.

Ograniczona bezradność, którą mogliśmy ujawnić w pandemii, zbudowała kolejną (daj Boże, nie pierwszą) nić porozumienia między obiema stronami szkolnego spotkania

Z pewnością nie wszędzie było tak dobrze i to „nie wszędzie” będzie odtąd domyślnym refrenem mojego tekstu. Nikt z nas, nauczycieli, nie przewidywał oczywiście pandemii, ale jestem zdania, że reakcja młodzieży na lockdown wystawiła bez znieczulenia ocenę programowi wychowawczemu realizowanemu w danej szkole. Żeby chcieć współtworzyć warunki pracy zdalnej, żeby wspierać kadrę, a potem podporządkować się specyficznym wymaganiom uczenia online, uczniowie musieli wcześniej czuć się w szkole jak u siebie.

Staram się nie idealizować młodzieży ani licealnych profesorów: jedni i drudzy są ludźmi, którym się czasem nie chce, którzy miewają ciekawsze zajęcia od studiowania poezji polskiego baroku, rozkładu prawdopodobieństwa czy budowy pantofelka, tudzież pisania i sprawdzania wypracowań; nauczanie zdalne stwarzało niespotykane wcześniej okazje do leserowania, z czego niejedna osoba skwapliwie skorzystała. Niemniej klimat, który udało się – lub nie – szkole stworzyć w warunkach normalnych, miał według mnie ogromny wpływ na poziom wzajemnego zaufania i współpracy, na którym „złapało nas” zagrożenie COVID‑em. Mam na myśli poziom statystyczny, przeciętny, nieokreślający zapału poszczególnych uczniów i nauczycieli, ale opisujący reakcje całych szkolnych społeczności.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2020

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie wiez_jesien_2020-mockup-208x300.png

Kup tutaj